Z ROMANEM MISIEM PRZECHADZKA PO STARYM ZEGRZU
Kronika Miasta Poznania 2001 Nr3 ; Rataje i Żegrze
Czas czytania: ok. 23 min.BARBARA FABIAŃSKA
N a współczesnym planie miasta w obrębie obecnego Zegrza znajdują się dwa osiedla - Stare Zegrze i Orła Białego. Obszar zamyka linia ulic: Inflanckiej, Kurlandzkiej i Bobrzańskiej. - Przed powstaniem osiedli Inflanckiej tu nie byłol.
Kurlandzka nazywała się po wojnie Obodrzycka, a jeszcze wcześniej - Forteczna. Przebiegała inaczej, o tak - Roman Miś pokazuje linię ulicy od Starołęki aż do Malty. - Potocznie nazywano ją Okr ężną 2. Bobrzańskiej w ogóle nie kojarzę - zastanawia się. - Nie, nie było tu takiej ulicy. Obszar wyznaczała ziemia gospodarzy - mówi i rysuje granice starego Zegrza. Od północy Zegrze sięgało zbiegu obecnych ulic Katowickiej i Milczańskiej oraz ul. Wołkowyskiej. Od wschodu graniczyło najpierw z Chartowem, wzdłuż dzisiejszej Inflanckiej i Piaśnickiej, potem z Franowem, a jeszcze bardziej na południe sięgało torów kolejowych przy Pokrzywnie i Goraszewie. Od południa dochodziło do Fortu la i ul. Warownej. Od zachodu granicą Zegrza była ul. Katowicka 3 .
* * *
Na mapie z 1927 roku, kiedy urodził się Roman Miś, Zegrze znajduje się zaraz za granicami miasta. Oznaczone jest punktem przy trasie "kolejki" łączącej Maltę i Starołękę i nazywa się Przystanek Zegrze. - To nie była stacja kolejowa - objaśnia Miś. - Nazywaliśmy to miejsce "punkt Stop".
Tory przecinały tu ul. Rzeczańską. Nadjeżdżał pociąg, zatrzymywał się, wysiadali dwaj kolejarze z chorągiewkami, stawali na ulicy po obu stronach torów i go przepuszczali. - Nazywaliśmy tę linię "kolejką', ale to była normalna, szerokotorowa kolej. Przewoziła do głównego węzła rozrządowego w Starołęce towary z papierni na Malcie, ogrodów Mielocha, z huty szkła w Antoninku.
Ryc. 1. Rataje i Zegrze na planie miasta z 1%3 r.
Miała też bocznice do ratajskiej fabryki musztardy, cegielni i fabryk papy w Ratajach i w Zegrzu. Tych torów już nie ma. Nieopodal "punktu Stop" znajdowała się ochronka dla dzieci. Roman Miś pamięta towarzyszący zabawom dźwięk młotów. Rozbrzmiewała w ten sposób montownia lokomobili Kaniewskich i Chudowiczów z Zegrza. - Te podobne do lokomotywy maszyny pomagały orać pola w majątkach. Koło zamachowe uruchamiane parą ciągnęło linę, a lina pługi, przeważnie dziesięcioskibowe. Potrzebne były dwie lokomobile jednocześnie, po obu stronach pola. Ulica Rzeczańska w czasach Miasta Twierdzy była drogą łączącą Fort II z miastem, dlatego była wybrukowana. Od Przystanku Zegrze prowadziła do centrum wsi. Tam zbiegała się z Ostrowską i Milczańską, dwiema ulicami przecinającymi całe Zegrze i prowadzącymi w kierunku granic z Ratajami i z terenem Malty. Główną ulicą była Ostrowska. - Tak wyglądała, jak się wjeżdżało do Zegrza od strony Rataj - Roman Miś pokazuje pocztówkę sprzed I wojny. Ostrowska
Barbara Fabiańska
Ryc. 2. Centrum Zegrza (ul. Ostrowska przy Rzeczańskiej i Milczańskiej), po lewej od góry dom i sklep kolonialny Katarzyny z Leitgeberów i Jana Sobkowiaków, pocztówka sprzed I wojny światowej
u zbiegu z Milczańską i Rzeczańską do końca istnienia starego Zegrza nie zmieniła prawie swojego wyglądu. N awet grupa mężczyzn stoi w tym samym miejscu, w którym zbierała się dzień w dzień przez kolejne kilkadziesiąt lat - na tzw. Kancie. Jedynie dom Wieruszewskiego na pocztówce jest parterowy, później miał dobudowane piętro (ryc. 2). Kantem nazywano miejsce między stodołą Wieruszewskiego i płotem Piechowiaka na rogu Ostrowskiej i Rzeczańskiej. Zbierała się tam głównie młodzież, przeważnie bezrobotna. Miejscowi gospodarze zatrudniali ich czasem do dorywczych prac. Niekiedy udało im się coś ukraść z jadących tamtędy na targ wozów i sprzedać pośrednikom. Po przeciwnej stronie Ostrowskiej, w najwyższym domu na pocztówce, Kaniewscy prowadzili restaurację. - Restauracja miała dwie salki - wspomina Roman Miś. - W przedniej siedzieli miejscowi pijaczkowie, a do tylnej wpuszczano wybranych: handlarzy bydłem, rzeźników. Miejscowi gospodarze raczej tu nie przychodzili, schodzili się u siebie, mieli swoje miejsca. Zegrze było bogate. Większość żegierszczan posiadała ziemię i gospodarstwa.
Najzamożniejsi lokowali swój kapitał w kamienicach, niezbyt luksusowych, bez kanalizacji, bez wody, z wygódkami i śmietnikami na podwórku. W tych kamienicach mieszkali przede wszystkim ci, którzy nic nie posiadali. Mężczyźni pracowali przeważnie w Stomilu, w maltańskiej fabryce papieru albo uMielocha,
Ryc. 3. Rodzina Wojciecha i Marianny z Wittigów Leitgeberów, dziadków Romana Misia; po lewej siedzi w stroju bamberskim żona syna Stanisława Leitgebera, Helena Leitgeber z Genslerów, w stroju zakonnym córka Ewa Leitgeber, przy stoliku siedzi córka Katarzyna Sobkowiak prowadząca z mężem Janem sklep i salon towarzyski żegierskich narodowcóww jego ogrodach. - Kobiety między śniadaniem i gotowaniem obiadu latały do gospodarzy do opielania - wspomina Miś. - Zarabiały niewiele, ale za to zawsze coś przyniosły do domu, jakiejś zieleniny, i odrabiały czynsz. Całą pracę na roli wykonywano wówczas ręcznie. Warzywa trzeba było wiele razy opielać, obdziabywać dziabkami. Mężczyźni chodzili na cięższe prace, takie jak żniwa. Często całe rodziny od pokoleń pracowały ujednego gospodarza. Gospodarzy "porządnych", bogatych Roman Miś pamięta dwudziestu pięciu.
Więcej niż gospodarzy było chałupników, tzn. tych, którzy mieli własne domy i przydomowe ogrody. Ci pracowali w różnych zawodach w mieście albo prowadzili żegierskie sklepy. Ojciec Romana Misia pracował w straży więziennej, sąsiad Dąbek, który miał trochę mniejszy ogród, na kolei. Koźmiński, drugi sąsiad, z dziada pradziada był rybakiem. Miał łódź, sieci, należał do Cechu. Dzierżawił odcinek Warty między Wielką Starołęką i Rogalinem i wyjeżdżał tam na całe lato. Co złowił, sprzedawał na miejscu, w Rogalinie. - Miał w skrzynkach różne gatunki ryb i kto chciał sandacza, to sandacza, kto suma, to suma, kto węgorza - węgorza - opowiada Miś. - Mogliśmy też u niego zamówić rybę, np. na Gwiazdkę. Wtedy przywoził w beczkach.
Według Romana Misia podawana liczba trzech tysięcy mieszkańców Zegrza w międzywojniu jest zawyżona. - Mogło nas wtedy być co najwyżej dwa tysiące. Po wojnie tak, trzy tysiące i więcej.
Barbara Fabiańska
Ta niewielka społeczność utrzymywała stosunkowo dużo sklepów i zakładów rzemieślniczych. Pięciu rzeźników i cztery sklepy kolonialne wcale nieźle prosperowały. - Ciocia Hirschka posyłała mnie do rzeźnika po "pół funta od brzucha i resztę nazad". Od brzucha to boczek - wyjaśnia Roman Miś. - Gotowała na tym grochówkę. Miała pięcioro dzieci, była wdową, więc się nie przelewało. Gotowała na zmianę grochówkę i ślepe ryby, czyli aintopf. Głównie z kartofli, ale z jarzyną, wszystko tam można było włożyć. Pływały na nim oczka ze smalcu czy innej zasmażki. Mięsa w cioci ślepych rybach nie było. Zamożniejsi gotowali na mięsie. W piątek była zupa z dwóch śledzi i kartofle w mundurkach. Każdy dostał po dwa, trzy kartofle w talerz, zupą zalane i to było dosyć smaczne. Rzeźnikami byli Szymański, Olejnik i drugi Szymański, DybiRyc. 4. Ewa Leitgeber, córka Wojciecha Leitgebera zbański byl piekarzem. Toboła i Sobkowiakowie mieli sklepy kolonialne. Trzeci sklep spożywczy miała wdowa po Wlaźlaku - Imaszewska. Żona Ptaka, elektryka, prowadziła zlewnię mleka. Na tyłach kamienicy z restauracją Kaniewski miał kuźnię. Bartkowiak drugą. Stolarzy było też dwóch. Chudowicz najpierw miał prywatny autobus, a potem fabryczkę papy. Autobus kupił od niego, jeszcze przed wojną, Dąbrowski. Chudziccy furmanili, mieli dwa konie. Wozili węgiel, koks, śmieci, co kto potrzebował. Takich wozaków było kilkunastu.
Matka Romana Misia, Zofia, pochodziła z bamberskiego rodu Leitgeberów. Jej protoplasta, Andreas Leitgeber, przywędrował z Bambergu w połowie XVIII wieku i osiedlił się w Ratajach. Bardzo szybko, bo w drugim pokoleniu, ta linia rodu Leitgeberów zamieszkała w Jeżycach. Mniej więcej sto lat później dziadek Romana Misia Wojciech Leitgeber wrócił za Wartę i kupił w Zegrzu duże gospodarstwo.
Roman Miś należał już do chałupników, był pielęgniarzem. Ziemię, na której się urodził, nazywa przydomowym ogrodem. W tym ogrodzie w momencie likwidacji starego Zegrza prócz warzyw i kwiatów rosło 150 drzew owocowych.
,-Jg M T
AAICA y
.5
Ryc. 5. Rodziny Hirschów, Maciejewskich, Misiów; druga kobieta od lewej to Weronika Hirsch, za nią stoi jej siostra Katarzyna Sobkowiak, pierwsza od prawej z kwiatami w rękach stoi Zofia Miś z Leitgeberów, matka Romana Misia
Ryc. 6. Wenta parafialna, od prawej stoją: Zofia Miś, Weronika Hirsch (ciocia Hirschka w stroju bamberskim) i córka Weroniki - Helena Karpińska; po prawej stronie stoi Krystyna Henke, od lewej siedzi Teresa Wołkowiecka, fot. z 21 lipca 1946 r.
Barbara Fabiańska
- Nasz dom stał przy ul. Byteńskiej. Odchodziła od Rzeczańskiej i biegła w stronę Rataj. Polna droga z pięcioma posesjami. Była ślepa, ginęła wśród pól - opisuje swoją ulicę Miś. Rozległe pola z rosnącymi na nich dorodnymi warzywami to charakterystyczny dla starego Zegrza widok. Dolina żegierska miała bardzo urodzajną glebę. Już w międzywojniu mało kto uprawiał tutaj zboże. - Na tej ziemi pięknie rosły warzywa - kalafiory, kapusta. Gospodarze sprzedawali je głównie na rynkach Bernardyńskim i Wielkopolskim. Babcia i dziadek, wtedy jeszcze mieli duże gospodarstwo, jeździli na rynek konikiem i specjalnym rozkładanym wozem - można go było zamienić na stragan. Babcia miała wagę i sprzedawała, a dziadek spacerował i pilnował. Bliżej drugiej wojny sprzedawało się wszystko zawodowej przekupce. W międzywojniu na żegierskich polach pojawił się rabarbar. - Wie pani? Każdy szczery poznaniak powie: rabarber. Jak ktoś powiedział poprawnie, to mówiono: taki z wysoka goda, będzie galon. Galon to ten z Galicji. Pobliscy ratajarze, uznając wyższość swoich upraw, z lekceważeniem mówili o żegierszczanach: "a, to ci ze stolicy rabarberu". - W Ratajach nie uprawiano rabarberu, bo mieli blisko miasto - wyjaśnia Roman Miś. - Uprawiali głównie szpinak, redychę i takie inne warzywa. U nas, jak sięgam pamięcią, zawsze były duże pola, nieraz połowa areału, rabarberu. Był bardzo popularny. Pierwszy szedł na rynek, na kompot. A to się rwie i on nadal rośnie. Do września. Coraz grubszy, badyle jak moja ręka. Wtedy na kompot już nie bardzo, ale panie zaprawiały na zimę, robiły doskonały napitek. Sok rabarberowy jest bardzo orzeźwiający. Po wojnie rabarbar jechał na Śląsk. - Ślązaczki są pewnie jeszcze bardziej oszczędne niż Wielkopolanki, więc one pewnie też na kompot - próbuje wyjaśnić to zjawisko Miś. W ostatnim okresie Zegrza najwięcej rabarbaru kupowały
Ryc. 7. Teresa z Misiów Wotkowiecka, siostra Romana Misia, w stroju bamberskim
winiarnie. - Z postępem mechanizacji winiarnie życzyły sobie, żeby im "nie zwozić tego całego łajna", tylko sam sok. Gospodarze mieli specjalne prasy do wyciskania i wozili sok w plastikowych baniakach na J23 (słynnego "jabola"). Powszechne było mniemanie, że J23 był z jabłek. Nie. Był bardziej z rabarberu. Choć owszem, były w nim i spady. Dawniej wszystko skrzętnie się zbierało ijak świnki nie zjadły, woziło się do punktów skupu i zawsze trochę grosza z tego było. Żegierszczanie związani byli wspólnotą losu z bratnimi ratajarzami. Wydaje się, że wśród współczesnych poznaniaków tylko oni potrafią rozpoznać swoją odrębność, bo dla miasta jedni i drudzy byli zza Warty. Miastu przywozili wozy pełne warzyw. Na rynku rabarbar mieszał się z redyską. Żegierszczanie i ratajarze, choć żyjący tak blisko centrum coraz większej aglomeracji i uczestniczący w jej życiu na równi z mieszkańcami Jeżyc czy Łazarza, byli z nieco innego świata. Łazarscy rówieśnicy Romana Misia kochali swoje mieszkania, kamienice, ulice. Roman Miś, jego żegierscy i ratajscy krewniacy kochali ziemię. Nawet, jeśli nie była ich własna. - Kiedy już byliśmy oszacowani do wysiedlenia, ale jeszcze nie wiadomo było, kiedy i ciągle ziemia jeszcze była nasza - mówi wzruszony Roman Miś - któregoś dnia, gdy ledwo wjechaliśmy z żoną po pracy na podwórze, teściowa zawołała do nas: Idźcie tylko do ogrodu zobaczyć. Nigdy nie. zapomnimy obrazu, który zobaczyliśmy. Nasz piękny, uwielbiany ogród i sad, pełen dorodnych drzew owocowych przepołowiony był rowem pod kolektor i trzymetrowym wałem ziemi, na którego szczycie, jak poukładane zapałki, jedno obok drugiego leżały nasze wyrwane z korzeniami drzewa - po jednej stronie nasypu korzenie, po drugiej korony z kwiatem w pełnym rozkwicie. To był moment kwitnącej wiśni.
Jak zobaczyliśmy te rozbujałe kwiatem wisienki wyrwane z korzeniami... Mnie się zakręciło w żołądku, dostałem nogi z waty... Żal okrutny, bezsilna złość. Spojrzałem na żonę, żonie ciurkiem leciały łzy. Wspólnotę losu mieszkańców
obu dzielnic wyznaczały również najważniejsze w życiu człoo ,.,., .
, .....
" . .
Ryc. 8. Widok z ogrodu Misiów na Rataje, fot. z 1 7 czelWca 1957 r. C lewej Teresa Wołkowiecka, w środku Zofia Miś)
1 I U 1 1 <I af"N 1 I laalk** !
Barbara Fabiańska
Ryc. 9. Pielgrzymka świętojańska do Tulec, 14 września 1919 r.
Ryc. 10. Cmentarz żegierski, od lewej Cecylia, Ewa i Zofia Miś, drugi i trzeci od prawej Kazimierz i Marian Sobkowiakowiewieka mIejSCa - narodzin, modlitwy i pochówku. - Przed wojną Zegrze było wsią w gminie Krzesiny, ale z Urzędem Stanu Cywilnego w Ratajach. Jak się urodziłem, ojciec mnie rejestrował w urzędzie ratajskim. Do czasu powstania w połowie lat 70. parafii św. Mateusza, Zegrze i Rataje należały do parafii św. Jana Jerozolimskiego. - Przed pierwszą wojną wszystko odbywało się w kościele św. Jana. Moja mama chodziła tam na religię, chrzczona była, ja też tam byłem chrzczony. Nie istniała jeszcze parafia św. Rocha. Stał tylko kościół, wtedy na co dzień nieczynny, na pół zrujnowany, msze odbywały się tylko okazjonalnie. N owy kościół św. Rocha wybudował w 1934 roku proboszcz Hejducki i utworzył parafię z części parafii świętojańskiej. Dla Zegrza i Rataj. Tam spotykali się przy modlitwie. Każdego 14 września chodziły pielgrzymki do Tulec. Pielgrzymowali głównie żegierszczanie i ratajarze ze św. Jana, później ze św. Rocha. Również po II wojnie. Chodzili całymi rodzinami, tylko małe dzieci z opiekunami zostawały w domu. - Wieczorem, o szarej godzinie wychodziliśmy na drogę z lampionami witać pielgrzymów - wspomina Miś. - Każdy dzieciak trzymał swój lampion na tyczce z gałązki. Lampiony miały różne kształty - kuliste, podłużne, najróżniejsze. W środku paliła się świeczka. Po wojnie wkładaliśmy żaróweczki na baterie, różnokolorowe, mrugające. Powitanie odbywało się przy Ostrowskiej na skrzyżowaniu z Forteczną. Było pełniuteńko ludzi, głowa przy głowie. Pielgrzymka wracała Ostrowską i Kórnicką prosto do kościoła św. Rocha. Kres drogi żegierszczanie i ratajarze mieli też wspólny. Do drugiej wojny światowej chowali swoich bliskich na parafialnym cmentarzu świętojańskim na Malcie, bo parafia św. Rocha do tego czasu cmentarza nie miała. - Jezioro maltańskie zaczęli budować Niemcy, kopali je Żydzi. Prace były tak daleko zaawansowane, że po wojnie je kontynuowano. Zimą 1946/47 roku zlikwidowano cmentarz parafii św. Jana, bo leżał zbyt blisko jeziora - wyjaśnia Roman Miś. - Przeniesienie cmentarza zostało bardzo dobrze zorganizowane. Przenoszono szczątki, gdzie kto sobie życzył. Wszyscy byli powiadomieni. Jeśli chcieli, mogli uczestniczyć w przenosinach. Nie obciążano też rodzin żadnymi kosztami. Przenieśliśmy wtedy naszych dziadków, wujostwo, siostrę i brata na wybudowany krótko przez drugą wojną cmentarz na Zegrzu. Ten cmentarz należał do parafii św. Rocha, więc przyjeżdżali tu i chowali swoich bliskich również rataj arze, podobnie jak wcześniej na św. Janie. W latach 70. okazało się, że i ten cmentarz będzie likwidowany. - Szczątki naszych bliskich miały być znowu przenoszone. Większość chciała na Miłostowo. Ja jednak, jak zobaczyłem, jak to się odbywa... Rozkopane, potratowane groby, pijani grabarze, ludzie dawali w łapę, żeby ich szczątki przeniesiono prędzej, "najpierw moje, panie". Psychoza jakaś zapanowała. Trudno już było rozpoznać, który grób jest który. Zdecydowałem, że ja swoich dziadków nie ruszam, niech sobie spokojnie leżą. Kto wie, czy za parę lat i Miłostowa nie będą chcieli likwidować. Ciągle te gnaty będą przenoszone, niepokojone. Decyzję ułatwiła mi wystawa w Zamku - na planie nowej dzielnicy w miejscu cmentarza przewidziano park. Widziałem też, jak ci grabarze kopali. Moje kuzynki zdecydowały się na prze
Barbara Fabiańska
Ryc. 11. Weronika Hirsch z Chalupkową niosą obraz podczas procesji oktawy Bożego Ciała w latach 50niesienie swoich bliskich na Miłostowo. Jestem pewien, że nie kopali w miejscu, gdzie były ich groby. Cmentarz leżał między Milczańską i Wiatraczną. Dziś jest tam przejście pod ul. Krzywoustego z os. Czecha na os. Stare Zegrze. Stoją kioski, kwiaciarnia, kawiarenka. Obok rosną topole - to pozostałość cmentarza. - Na tym cmentarzu razem z naszymi ratajskimi krewniakami chowaliśmy ciocię Hirschkę. Tak jak moja mama i mama Juliusza Kubła z domu była Leitgeber. Całe życie chodziła, od święta i na co dzień, w sukniach bamberskich i w takim stroju została pochowana. Znana była nie tylko w Zegrzu i Ratajach, ale i w mieście. W oktawę Bożego Ciała w swoim pięknym stroju nosiła obrazy święte w różnych parafiach (ryc. 11).
***
Do miasta było daleko. Na Stary Rynek szło się pieszo pół godziny, do kościoła św. Rocha - 20 minut. Przed wojną od Kantu na Groblę kursował prywatny autobus Chudowicza, a później Dąbrowskiego. Jeździł co pół godziny tam i z powrotem. - Taka przyjemność kosztowała 30 groszy - wspomina Roman Miś. - Do pracy ludzie nie jeździli, bo to za drogo. Chodzili albo pieszo, albo jeździli rowerami. Młodzież do średnich szkół też. Potem, przez trzy łata po wojnie nie było żadnego połączenia z miastem. Pierwsze powojenne autobusy miejskie zaczęły kursować ok. 1950 roku. Ruskie ZIS-y. Ciągle się psuły.
Ryc. 12. Teresa z Misiów Wołkowiecka (siostra Romana Misia) i Krystyna Henke (córka melioranta z Zegrza) w odświętnych strojach bamberskich niosą obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem (środkowa część fotografIi) w czasie procesji oktawy Bożego Ciała
Ryc. 13. Procesja idąca ul. Rzeczańską, od Doleńskiej w stronę Ostrowskiej, fot. z lat 70
Barbara Fabiańska
Życie toczyło się przede wszystkim w Zegrzu. Ochronkę koło montowni lokomobili prowadziła pani Boińska. Organizowała dziecięce teatrzyki. Roman Miś występował w różnych przedstawieniach, religijnych i świeckich, które odbywały się w sali w kamieniczce Kaniewskich. Spotykali się w niej zresztą wszyscy - dzieci, gołębiarze, Koło Śpiewacze, gospodarze. Zimą odbywały się tam zabawy. Po wojnie również nauka religii; szosa Ostrowska była już dosyć ruchliwa, nie miała pobocza, więc matki bały się wysyłać dzieci do kościoła. Latem Koło Śpiewacze i Stowarzyszenie Katolickie organizowały zabawy i wenty parafialne na boisku szkolnym. - Orkiestra grała na wozie - opowiada Roman Miś. - Odbywały się popisy tańców ludowych w różnych strojach, bamberskich, góralskich... Wszyscy się przebierali. Po wojnie w ten sam sposób, z tym że było już więcej alkoholu. Przed wojną ludzie tak nie pili. W miejscu obecnej szkoły żegierskie Koło Towarzystwa Gimnastycznego Sokół wybudowało boisko. - Bramki, bieżnia, żużlem wysypane, porządnie to wyglądało. Bez ogrodzenia, więc jak oni nie ćwiczyli, my, dzieciaki, mogliśmy tam biegać do woli. Niemal codziennie żegierskie podwórza odwiedzali uliczni grajkowie. - "Hej, spójrz na morze gwiazd - recytuje Roman Miś - tam na prawo od miesiąca, świeci gwiazda ta błyszcząca" śpiewali albo "Zimny drań", "Umówiłem się z nią na dziewiątą", "Mała kobietko, ty wiesz", te piosenki znam od podwórkowych grajków. Chodzili od podwórza do podwórza. Rzucano im 2 lub 5 groszy zawinięte w papierek, wtedy z muzyką wychodzili z podwórka. Żegierskie podwórka odwiedzali też domokrążcy - lutowali na poczekaniu garnki, ostrzyli noże, drutowali siatką gliniane garnki. Roman Miś pamięta, że lutowanie było wówczas bardzo popularne. - Dużą dziurę potrafili zalutować. Długo to nie wytrzymywało, ale na dwa, trzy razy starczyło. On zarobił, a kobieta była zadowolona, że garnek uratowany. Przed wojną szosa okrężna, czyli Forteczna, była aleją spacerową. - Samochody nie jeździły, musiało być, gdy jakiś się zabłąkał, więc jak była pogoda wszyscy całą szerokością Fortecznej maszerowali na Maltę. Na Malcie były tańce, strzelanie z wiatrówki, rzucanie piłkami do celu, skoki i inne atrakcje. Jak na wentach parafialnych. Różne cudaki się zjeżdżały, sprzedawali maści na odciski albo przyrządy do mycia okien (taką gumkę oprawioną w drzewo moja mama kupiła na Malcie). Maść na odciski reklamowano historyjką o istnieniu firmy już za czasów Napoleona. Sprzedawca opowiadał, że Napoleon kupił maść, gdy szedł na Moskwę i był tak zadowolony, że, wracając, kupił cały karton. Dla szpasu, dla śmiechu sprzedawca kończył opowiastkę tak: "W ciągu 200-lecia nasza firma otrzymała wiele podziękowań oraz... listów z pogróżkami". "Tak dobrze gada, trzeba kupić", mówili ludzie i kupowali. Wszystko odbywało się u podnóża Kopca Wolności. To wstyd, że dotąd nie odtworzono Kopca - oburza się Miś. - Nasze mamy usypały go w niespełna rok, koszykami i wiaderkami nosiły ziemię. Większość gospodarzy i właścicieli sklepów należała przed wojną do Stronnictwa Narodowego. - Byli bardzo zaangażowani - mówi Roman Miś. - Młodzież defilowała od czasu do czasu po Zegrzu w mundurach, zaznaczając w ten sposób swoją obecność - że są, że są silni, że ich jest tylu. Nieśli sztandary narodowe,
biało-czerwone, bez żadnych innych emblematów. W cywilnych ubraniach mieli wpięty mieczyk Chrobrego, szczerbiec, ale z błyskawicą. Powtarzali naczelne hasła: "Polska dla Polaków", "Dmowski prezydentem", "Religia katolicka religią państwową". Urządzali biwaki nad Wartą, głównie w Puszczykowie. Jednym z liderów żegierskich narodowców był kuzyn Romana Misia, Marian Sobkowiak. Bardzo dobrze mu się powodziło. Wyuczył się kupiectwa u słynnego Bogdana Leitgebera i został u niego ajentem - sprzedawał w całej Polsce towary spożywcze z hurtowni Leitgebera. Żegierska "śmietanka" Stronnictwa spotykała się u jego rodziców, Katarzyny i Jana Sobkowiaków, prowadzących w swojej kamienicy sklep kolonialny. - Mieli werandę, przy niej dosyć duży pokój i tam spotykało się czterech, pięciu gospodarzy, rzemieślników, właścicieli sklepów. Grywali czasem w kopa - wspomina Miś. Było też w Zegrzu dosyć liczne grono komunistów. Przewodził im Bartkowiak, właściciel kuźni. - W 1920 roku, w czasie wojny polsko-bolszewickiej, dostał się na dwa lata do niewoli. Tak się skomunizował, że tutaj grupował. Nie było to legalne, ale działał, to było widać. Namawiali ludzi, rzucali ulotki, napisy robili. Przede wszystkim przed wyborami. Kilka osób należało też do sanacyjnego Towarzystwa Strzeleckiego, ale silnej grupy, takiej jak narodowcy czy komuniści, w Zegrzu nie było. Liczną grupę stanowili gołębiarze zrzeszeni w Towarzystwie Hodowców Gołębi. Gołębie pocztowe były powszechną i prawdziwą pasją żegierszczan. - Jeździli setki kilometrów, wysyłali naloty, z zegarami latali, jak gołębie wracały. Nic dla nich wtedy nie istniało. Po wojnie nawet pójście do pracy, zawsze się jakoś wytłumaczyli. Gołębie hodowali i gospodarze, i chałupnicy. Bardzo o nie dbali, dezynfekowali, odpowiednio karmili. Zabawa polegała na tym, że w określonych okresach wysyłali gołębie w koszach najpierw na małe odległości, potem dalej, na 500 km i więcej, a gołębie musiały wrócić do swojej klatki w gołębniku mocowanym na strychu lub na słupie. Miały na nóżkach pierścionki wkładane do maszyny oznaczającej czas. Musiały też być rejestrowane. Chodziło o szpiegostwo. Przeloty, szczególnie międzynarodowe, musiały być dokładnie uzgadniane co do trasy i czasu. W okresach takich akcji gołębiarze zbierali się w salce Kaniewskich. Zwycięzcy otrzymywali nagrody. Poza tym - tak jak z końmi - zwycięskie gołębie uzyskiwały najwyższe ceny przy sprzedaży. Prawdziwymi fanatykami byli moi sąsiedzi, Chudziccy, J oachimiaki, Szymańscy, wszyscy, ile ich tam było, Strojny. Z gospodarzy - Florkowscy, Szymkowiaki i Łajpy. Łajp miał czterech synów i wszyscy byli gołębiarzami. Tradycja hodowania gołębi przetrwała do dziś. Rodziny gołębiarzy nadal je hodują, tyle że już nie w Zegrzu, a w Krzesinach i Spławiu, gdzie się przenieśli.
Przed wojną tacy gospodarze, jak Wieruszewski, Płotkowiak, Szymkowiak, Kozak, mieli 25-30 hektarów. - To nie było dużo, jak na warunki ogólnopolskie, ale to było dużo, jak na taki układ, jak tutaj, w Zegrzu, tak bliziutko miasta. Najbogatszym gospodarzem był Stanisław Wieruszewski. Miał stałych parobków mieszkających w jego kamienicy na Kancie sąsiadującej z kamienicą Kaniewskich. - Kiedy z mamą jechaliśmy autobusem, zawsze wsiadał pan Wieruszewski
Barbara Fabiańska
- wspomina Roman Miś. - Podobno jeździł na giełdę. Widywaliśmy go też na naszej Byteńskiej jadącego dokartem doglądać swoje pole koło Rataj - brzuchaty, z cygarem w ustach, elegancko ubrany. W kościele zawsze zbierał na ofiarę, chodził z tacką, poważny gospodarz, szczególnie znajomi krępowali się pięć groszy wrzucić. Jeszcze po wojnie Roman Miś widywał Wieruszewskiego na wentach parafialnych przy kościele św. Rocha w czapce KSM-owskiej. Pan Wieruszewski i proboszcz, jako członkowie wspierający Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży, zakładali KSM -owskie rogatywki. Syn Wieruszewskiego skończył przed wojną studia rolnicze. W podchorążówce dosłużył się stopnia porucznika kawalerii i brał udział w kampanii wrześniowej jako zastępca dowódcy kompanii. Po śmierci ojca w latach 50. przejął gospodarstwo, a w czasie wysiedleń kupił ziemię pod Tarnowem Podgórnym. Urząd sołtysa pełnili na zmianę Florkowski i Łajp, też bogaci gospodarze.
Mieszkali obok siebie, urzędowali w swoich domach.
Gospodarzy Roman Miś pamięta dobrze zorganizowanych, od zawsze. - Znali nowoczesne metody upraw, zapraszali prelegentów do salki Kaniewskich, spotykali się tam regularnie i omawiali np. wspólne dostawy nasion, maszyn rolniczych, transporty ze swoimi plonami. Bardzo szybko się zmechanizowali. Maszyny do młócenia wprowadzili zaraz po wojnie. Pierwsze poszły do lamusa kieraty, wszyscy już mieli silniki elektryczne (elektryczność założyli Niemcy w czasie wojny). Jako jedni z pierwszych mieli też traktory. Byli postępowi, bardzo postępowi. Sprowadzali kartofle kiełkowane z Bonina, klasyfikowane ziarno. Dosyć wcześnie mieli dojarki elektryczne. Sami to sobie organizowali, również po wojnie. Nieomal wszyscy zamożniejsi mieli Żuki z przetargów; podstawieni ludzie pilnowali przetargów w zakładach pracy. Między końcem wojny i czasami Gomułki nie było to wszystko łatwe. - W latach 50. nie było widać gospodarzy - opowiada Miś. - Wieruszewski wyjrzał na ulicę przed swoim gospodarstwem i tyle. Ludzie wtedy się cofali do swoich domów. Dręczeni byli domiarami. Kilku z nich siedziało - na żniwa ich zamykano albo jak kartofle wybierano. Wtedy, kiedy gospodarz powinien być na miejscu, zamykano go na tydzień, dwa, trzy. Potem wypuszczano, bez wyroku, bez tłumaczenIa za co. Na skrzyżowaniu Obodrzyckiej i Ostrowskiej milicja miała rogatkę, zatrzymywała i kontrolowała wszystkie samochody, ciężarowe i osobowe, jadące w obu kierunkach. Przepuszczała tylko wojskowe czy UB, porozumiewali się umówionymi znakami. Kontrolowano dokumenty, pytano, dokąd i po co się jedzie. Sprawdzano zawartość samochodu. - Jeśli ktoś w tym czasie miał własny samochód, już był podejrzany - mówi Roman Miś. Firmowe samochody sprawdzano nie mniej dokładnie - szukano handlarzy i pytano o pochodzenie towarów. - Najgorzej było ze zbożem. Gospodarze musieli oddawać tzw. plan, a jak było mało, to i ponad plan. To, co zostało, można było mieć na własny użytek. Handel był bardzo podejrzany i ścigany. Złożone z ZMP-owców czy aktywu partyjnego brygady jeździły po wsiach i kontrolowały. Od miejscowego urzędnika mieli listę zalegających z dostawą obowiązkową. Wchodzili na podwórze i pytali, dlaczego nie oddał. No bo nie mam, padała odpowiedź. No to zobaczymy! I pękcono po domach, po stodołach. Różnie to bywało, przeważnie znajdowali.
N asi żegierscy gospodarze byli tak zamożni, że często kupowali gdzieś zboże i oddawali, bo sami zboża nie uprawiali - po wojnie był taki boom z warzywem, że krocie na nim zarabiali. Byli w stanie kupić i... okupić się od tych kontrolujących. Kontrolujący też ludzie i też mieli potrzeby. W 1953 roku zlikwidowano restaurację Kaniewskich i umieszczono tam pocztę.
Upaństwawiano sklepy. Roman Miś pamięta, że dopiero w latach 70. przy ul. Ostrowskiej postawiono pawilon i zrobiono w nim państwową knajpę "Dobosz" i sklep spożywczy. Do tego czasu w kamienicy Kaniewskich był ciasny sklepik PSS. Po roku 1956 gospodarze odkryli dla siebie możliwości organizacyjne w kółkach rolniczych. Nie mieli w ten sposób problemów z kupnem maszyn, nawet traktorów. Odkryli też, że poprzez kółka taniej im jest obrabiać pola, a pracownicy kółek mają lepszy zarobek. - To wszystko skończyło się za późnego Gierka, ale wtedy już o tę organizację tak bardzo nie dbali, wiadomo już było, że nas wywłaszczą. Każdy rozglądał się za ziemią gdzieś dalej, głównie w Krzesinach, Spławiu i Daszewicach.
Kanalizacji w Zegrzu nie było do końca. Wzdłuż Ostrowskiej i Katowickiej ciągnęły się rowy melioracyjne czyszczone przez pan Henke, zawodowego melioranta. Wodę Zegrze zawdzięcza dwóm radnym dzielnicowym - Witkowskiemu, wieloletniemu, od lat 50., kierownikowi szkoły, i gospodarzowi Chmielewskiemu. Chmielewskiego Roman Miś nazywa bardzo światłym, odważnym człowiekiem, Witkowskiego - społecznikiem. Zegrze od lat miało swoje głębinowe studnie i bardzo dobrze zorganizowane nawadnianie ziemi. Przy Milczańskiej, jedynej w tak dużym fragmencie ocalałej ulicy starego Zegrza, stoi wieżyczka ze skrzydłem wiatracznym. To pompa wodna. Takie pompy na Milczańskiej, przy której na całej długości, prawie do Maltańskiej, były ogrody, miało wielu ogrodników. Wieże stawiali na studniach głębinowych, a wiatraki pompowały z nich wodę do zbiorników znajdujących się w wieżach. W ten sposób ogrzewano wodę do podlewania ogrodów. Właśnie na tych niżej położonych terenach Zegrza w latach 70. pojawiły się poważne problemy z wodą. Podczas budowy Rataj poprzecinano jej naturalne nitki i wiele studni wyschło. - My mieszkaliśmy wysoko i, o dziwo, nie było problemów, ale im niżej, tym gorzej. W dolinie między Zegrzem i Ratajami, na tzw. Azji, kompletnie nie było wody. Ci, co tam mieli ogrodnictwo, ratowali się beczkowozami. Witkowskiemu i Chmielewskiemu udało się doprowadzić do dociągnięcia sieci miejskiej i założenia kilku punktów czerpania wody na ulicach. Główna nitka prowadziła do szkoły. - Na podłączenie sieci do domów miasto nie miało funduszy - wyjaśnia Roman Miś. - Gospodarze mieli, ale jak się rozniosło, że gospodarzom podciągną, bo mają czym zapłacić, czy że sami sobie podciągną, a biedocie nie, to zaraz na zebraniach głosy się podnosiły, że bambry znowu górą, bo mają pieniądze. Zaniechano tego. Mogliśmy tylko w kilku miejscach czerpać wodę z kranów ulicznych. W tych czasach dla Zegrza charakterystyczny był widok ludzi pchających spacerówki dziecięce z kotłami do prania pełnymi wody. Co zamożniejsi wozili plastikowe baniaki. - Wszyscy sobie tej wody nawozi
Barbara Fabiańska
Ryc. 14. Pompa wodna przy ul. Milczańskiej w pol. lat 90., fot. B. Fabiańska
li na zapas i używano jej do picia i do przygotowywania jedzenia. Nie miała kamienia. Nasza żegierska miała zawsze bardzo dużo kamienia. O własny kościół i parafię żegierszczanie zaczęli zabiegać już w latach 60., jednak wtedy bezskutecznie. Pewne możliwości przyniosła dopiero polityka Gierka. - Krążyło wówczas powiedzenie: Barany Szydlaka i owieczki Baraniaka. Szydlak się spotykał z Baraniakiem i załatwiali sprawę żydowskim targiem: ty uspokoisz swoje owieczki, a my pozwolimy wybudować jeden czy dwa kościoły. Jak zaczynano budować nasz kościół, zezwolenia jeszcze nie było. Mieliśmy tylko kaplicę, też z trudem wychodzoną. Zanim powstała kaplica, na cmentarzu w kostnicy zrobiono małą kapliczkę. Mieścił się w niej tylko ksiądz z celebrą. Latem, już od lat 60., odbywały się tam msze pod gołym niebem odprawiane przez księdza ze św. Rocha. Kaplicę wybudowano ze stodoły Szymkowiaka - podarował ją kościołowi na ten cel. Już w kaplicy powstała parafia (ryc. 15). W tym samym czasie rozpoczęły się zabiegi władz o opróżnienie żegierskiej ziemi pod budowę nowych osiedli. - Nasze wysiedlenie było bezprawiem w majestacie prawa. Nie mieliśmy nic do gadania. Nie mogliśmy się nie zgodzić. Określano to inwestycją miejską i mówiono, że to jest przymusowe. Akcja zaczęła się w latach 70. Misiów "oszacowano" w 1975 roku. Mieli dwie działki, razem 5 tys. m 2 . - Wyceniono to wtedy na 750 tys. zł. - wspomina Miś. - Gdyby nas wywłaszczono od razu po oszacowaniu, moglibyśmy kupić za to trzy nowe duże fiaty, mieszkanie i meble. Ale sprawę zarzucono do 1981 roku.
Kiedy w stanie wojennym nas wysiedlano, kwota oszacowania nie starczała już nawet na jednego fiata. W tym czasie metr kwadratowy nieuzbrojonej ziemi kosztował na wolnym rynku 4 tys. zł, a nam płacono 130 zł za metr ziemi w części uzbrojonej. "Oszacowanie" nie dotyczyło tylko ziemi, choć za tę płacono najgorzej. Szacowano uprawy, sady, zabudowania. - Nasze zabudowania były stare, domek, który już ja wybudowałem, niewielki, ale i tak dopiero to zrobiło tę kwotę 750 tys. Roman Miś nie chciał się zgodzić na opuszczenie terenu. - Pełnomocnik powiedział mi w końcu: "Proszę pana, jeśli jest pan taki hardy, to zrobimy inaczej. Jak przyjdzie pana czas, pieniążki, które są dla pana przeznaczone, zdeponujemy w banku, a jak pan zmądrzeje, to je pan sobie z banku odbierze". Krążyły plotki, że miasto dysponuje ostatnimi nowymi mieszkaniami i kto się nie zdecyduje, będzie przesiedlony do starych, zrujnowanych kamienic. - Jedyną możliwość, jaką mieliśmy, to potargowanie się o to, co na tej ziemi było. Jeśli na przykład rosło 20 drzew, to udawało się wpisać 50, jeśli budynki miały 100 lat, wpisywano, że miały 40. Taksatorzy trochę szli na rękę. Mimo to było to straszne złodziejstwo. Zegierszczanie musieli starać się o mieszkania w normalnym trybie - zakładać książeczki mieszkaniowe, wpłacać wkład na kilka lat przed uzyskaniem oszacowanego odszkodowania. Ich przywilej polegał tylko na tym, że nie obowiązywała ich normalna kolejka. - Pieniądze na książeczki mieszkaniowe wpłacaliśmy
Ryc. 15. Polowy ołtarz przy kaplicy na ZegIZU, po prawej fragment kaplicy budowanej ze stodoły Szymkowiaka, przy mikrofonie proboszcz żegierskiej parani Aleksander Rawecki
Barbara Fabiańska
zaraz po oszacowaniu, a kto nie wpłacił, był przesiedlany do starego budownictwa. Większość się postarała, zapożyczyła, bo chciała zostać w swojej dzielnicy, szczególnie ludzie ze starych rodów. Misiowie zamieszkali w 1982 roku na os. Czecha. - Kiedy już prawie wszystko było załatwione, dowiedziałem się gdzieś, że można ubiegać się o działkę zastępczą. Oficjalnie nikt o takiej możliwości nie informował. Urzędnicy zwodzili mnie przez cztery lata. Kiedy w końcu tę działkę wychodziłem, okazało się, że ma to być wieczysta dzierżawa. Zabrano nam prawdziwą własność, a dano dzierżawę na 99 lat. Tłumaczono, że państwo nie wyzbywa się ziemi i że wieczysta dzierżawa to to samo. "Czym się pan przejmuje, przecież to jest na 99 lat", mówiono. Ja się mogłem nie przejmować, ale moi potomni powiedzą, że dziadek głupi, bo tak się dał oszukać. Niestety, prawnicy powiedzieli mi, że sprawy nie wygram, trzeba brać. Teraz żegierszczanie występują na drogę sądową o zwrot terenów, na których dotąd nic nie powstało.
***
Po starym Zegrzu zostało zaledwie kilka miejsc. N a Ostrowskiej dom Piechowiaka, dużego gospodarza. On już nie żyje, ale mieszkają tam, w odnowionym domu, jego dzieci. Stoi tam jeszcze ich kapliczka. Piechowiakowie nie zgodzili się na wykup. Ziemię musieli oddać, ale domu nie oddali i zostawiono ich w spokoju. W dole do niedawna stał dom i zabudowania gospodarcze Florkowskiego.
- Florkowscy przenieśli się do Spławia, ale naj starsza córka Florkowskiego wyszła za mąż za Szymkowiaka i została w Zegrzu. Póki szło, uprawiała ogród, potem dzierżawiła budynki. To były duże zabudowania, duże podwórze, więc dzierżawiła je firmom na magazyny i jakoś z tego żyła. Korzystał też z tych zabudowań ksiądz, dopóki nie miał plebanii. Trzymał w nich sprzęty do dekoracji kościoła. Po lewej stronie, idąc ul. Rzeczańską w stronę Fortu, jest dom Rzyminiaka.
- Mieszka tam do dziś jego zięć Błaszczyk. Jest tam jakiś sklepik, kiedyś było rzeźnictwo Żyminiaka. Kiedy upaństwawiano sklepy, było tam MHD. Przy Rzeczańskiej, już za Byteńską, stoi kapliczka Św. Wawrzyńca. Należała do rodziny Frąckowiaków. Frąckowiakowie mieli w pobliżu ziemię i opiekowali się tą kapliczką. - Kapliczka stała na skrzyżowaniu dróg. Nazywało się, że na ich ziemi. Jak ja rosłem, to ta kapliczka zawsze była. Postawili ją Rzyminiakowie. Frąckowiak wżenił się w tę ziemię i przejął opiekę nad kapliczką.
Dwa domy stojąjeszcze na skraju os. Powstań Narodowych, obydwa należały do Sztangierskiego. Kiedyś były równe, jeden został uszkodzony w czasie wojny i teraz jest tylko jednopiętrowy. Na dawnej ziemi Romana Misia pozostała jeszcze kapliczka św. Rocha, tyle że już bez figurki. Kapliczka stała tuż przy bramie. Według podań rodzinnych powstała na przełomie XVIII i XIX wieku jako wotum dziękczynne za przeżycie zarazy po wojnach szwedzkich. Postawiła ją rodzina Greków, od których dziadek Romana Misia kupił gospodarstwo. - To byli starzy ludzie, nie mieli dzieci i poszli mieszkać do miasta. Sprzedając gospodarstwo, polecili dziadkom opiekę nad
%,e*:. A *WI?
Ryc. 16. Dom Piechowiaka przy ul. Ostrowskiej w pol. lat 90, w oddali kapliczka Frąckowiaka, fot. B. Fabianska
.Vbr'rSSF
HHHSBAAAAHHHI
< T '" **i& -rfijśtfŁ" -.;_Jm
Hi
Ryc. 17. Dom Chmielewskich przy ul. Bytenskiej w pol. lat 90., fot. B. Fabianska
Barbara Fabiańska
kapliczką. To był warunek sprzedaży. Opieka przechodziła z pokolenia na pokolenie na tego, kto zostawał na ziemi. Każdego roku w święto św. Rocha zbierali się przy niej miejscowi. - Śpiewaliśmy nabożne pieśni, kapliczka zawsze była wystrojona i oświetlona. Cały tydzień było odświętnie - modlili się, litanie odprawiali. Z biegiem lat to ustawało. Ludzie laicyzowali się na potęgę, byli też tacy, co się wyśmiewali. W ostatnich latach ludzie zaprzestali modłów, ale my zawsze na św. Rocha tradycyjnie stroiliśmy naszego świętego. Robiliśmy wieniec, paliliśmy światło. Zdarzało się kilka razy, że wybito szybę w kapliczce i wyrzucano figurkę w otaczający kapliczkę żywopłot. W 1981 roku, kiedy wiadomo już było, że trzeba będzie niebawem Zegrze opuścić, zgłosił się do Romana Misia pracownik Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy i zaproponował kupno figurki św. Rocha, która już wtedy była objęta ochroną zabytków. Roman Miś nie chciał sprzedać. - Nie handluje się świętościami. Próbował przekazać figurkę do kościoła św. Rocha., potem do Muzeum Archidiecezjalnego - bezskutecznie. Oddał figurkę do Lednicy.
Swoją "miejską" historię stare Zegrze miało krótką, niespełna 40-letnią (włączono je w granice miasta w 1942 roku). Do końca zachowało swoją specyfikę przymiejskiej wsi. Więcej jeszcze - choć aglomeracja wchłonęła żegierską ziemię, nie wchłonęła gospodarskiej społeczności, silnej, dobrze zorganizowanej grupy "miejskich" gospodarzy, od pokoleń żyjących ze swojej ziemi i żywiących miasto. Dawne żegierskie "bambry" nadal gospodarzą w Krzesinach, Spławiu, Daszewicach. Również chałupnicy nie przenieśli się na stałe do mieszkań w blokach. Pobudowali nowe domy, mają inne ogrody, choć już nie tak duże jak w swoim Zegrzu. Roman Miś mieszka wAntoninku.
PRZYPISY:
1 Jeszcze w latach 60. Inflancka była krótką ulicą biegnącą od Majakowskiego do rzeki Piaśnicy (nitka rzeki pokrywa się na tym odcinku z linią dzisiejszej ulicy Piaśnickiej) i stanowiła granicę między Chartowem i Zegrzem. Dzisiaj ciągnie się dalej, wzdłuż os. Lecha i os. Stare Zegrze prawie do Hetmańskiej, oddzielając Chartowo i Zegrze od Rataj. Ta część Inflanckiej nie ma odpowiednika w dawnych liniach ulic - wtedy były tam żegierskie pola. 2 Fragment ul. Kurlandzkiej między obecnymi ulicami Zegrze i Obodrzycką również nie ma ówczesnego odpowiednika. Część od Obodrzyckiej do Bobrzańskiej w latach 60. była nadal ul. Obodrzycką, kończącą się przy Ostrowskiej. Za Ostrowską ulica biegła dalej wzdłuż prawego brzegu Piaśnicy; nazywała się Wałecka, by zamienić się w Inflancką. Przed wojną cały ten szlak komunikacyjny - od Starołęki do Majakowskiego (wtedy Maltańskiej) miałjednąnazwę: ul. Forteczna. 3 Przed budową osiedli ratajskich ul. Katowicka biegła dalej na południe niż dzisiaj, prawie do miejsca, w którym obecnie znajduje się Rondo Starołęckie.
Powyższy artykuł jest częścią publikacji Kronika Miasta Poznania 2001 Nr3 ; Rataje i Żegrze dostępnej w Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej dla wszystkich w zakresie dozwolonego użytku. Właścicielem praw jest Wydawnictwo Miejskie w Poznaniu.