WIERZYLIŚMY WE WŁASNE SIŁY... Wspomnienia z 1939 roku
Kronika Miasta Poznania 2009 Nr2; Okupacja 1
Czas czytania: ok. 26 min.STANISŁAW SZAFRAN Przygotował do druku PRZEMYSŁAW MATUSIK
Autor wspomnień Stanisław Szafran urodził się w Poznaniu w 1923 roku. Był synem Jana Szafrana, mate1]1-atyka i nauczyciela języka niemieckiego w szkole powszechnej przy ul. Wszystkich Swiętych, oraz Seweryny z Kurzawów, o której pisał, że doskonale ją pamięta "bezustannie krzątającą się po mieszkaniu, jej codzienne wyprawy na targ na Rynku Wildeckim, reperowanie odzieży tudzież tygodniowe, monumentalne prania, które przewracały dom do góry nogami". Szafranowie mieszkali przy ul. Górna Wilda 42. Prócz Stanisława mieli jeszcze córkę Halinę. Podobnie jak w przypadku tysięcy poznaniaków, ich szczęśliwe i ustabilizowane życie zburzyła wojna. U działem Szafranów stał się zwykły - rzec można - poznański, okupacyjny los: wypędzenie z mieszkania, utrata dorobku całego życia, wreszcie wywózka do Generalnego Gubernatorstwa. Udało się tego uniknąć tylko 16-letniemu wówczas Stanisławowi - dla niego wojna oznaczała bowiem początek niezwykłej przygody, godnej awanturniczej powieści dla chłopców... Wspomnienia Stanisława Szafrana mają w intencji Redakcji pokazać jeszcze jeden punkt widzenia na poznański wrzesień 1939 roku. Po dramatycznych, apokaliptycznych zapiskach Bronisława Dembińskiego i rzeczowej relacji urzędnika Ignacego Głodowskiego otrzymujemy oto wspomnienia kogoś, kto obserwował ówczesne wydarzenia z perspektywy nastolatka. Chcieliśmy także pokazać niezwykłą, wojenną epopeję młodego poznaniaka, który w obliczu groźnej beznadziei hitlerowskiej okupacji postanowił wziąć los we własne ręce. Warto zauważyć, że wspomnienia te powstały niejako na zamówienie "Kroniki", są więc dziełem ostatnich miesięcy. Powinniśmy o tym pamiętać, nie szukając w nich przede wszystkim warstwy faktograficznej, po - bagatela - 70 latach pamięć może niekiedy zawodzić. Historycy jednak dobrze znają ten mechanizm: pamiętamy, że coś się zdarzyło, ale możemy się mylić w datach, miejscach czy okolicznościach. Istotniejszy jest dla nas zapis osobistego doświadczenia, podejmowanych działań, zapamiętanych wrażeń i nastrojów. A zapis doświadczeń Stanisława Szafrana, obdarzonego skądinąd bardzo dobrym piórem, wart jest poznania.
Aby zrozumieć i trafnie odczuć atmosferę Poznania i nastroje jego mieszkańców w chwili wybuchu wojny, należy cofnąć się co najmniej o miesiąc, kiedy to przeczucie nadchodzącej wojny zaczęło poważnie narastać, osiągając szczytowy punkt przy samym końcu sierpnia. Dla mnie osobiście ewentualna wojna miała charakter ciekawej awantury, na przyjście której czekaliśmy, nie myśląc o wszelkich możliwych konsekwencjach! Szczęśliwy wiek. Dla usprawiedliwienia muszę wspomnieć, że byliśmy "karmieni" rządową propagandą gloryfikującą nasze militarne siły lądoweJ morskie i powietrzneJ naszą sławną kawalerię z jej wspaniałą tradycją i hasłami, takimi jak: "w jedności siła", "nasz wodzuJ Rydzu-Smigły, prowadź nas do zwycięstwa" itd. Wierzyliśmy więc we własne siły tudzież pomoc ze strony Wielkiej Brytanii, która w naszych umysłach była nadal niezwyciężoną królową mórz, i Francji, naszego odwiecznego sojusznika. W sumie, kiedy w czerwcu 1939 roku otrzymałem świadectwo małej matury z gimnazjum im. L Paderewskiego z prawie jednoczesnym przyjęciem do humanistycznego liceum im. Karola Marcinkowskiego bez wstępnego egzaminuJ mój świat wyglądał uroczo! W wielce optymistycznym nastroju spakowałem swój plecak i z grupą harcerzy z 33. drużyny 1 lipca wyruszyłem na obóz harcerski w Bilczu Złotym nad Seretem na Podolu. Obóz trwał miesiąc i wróciliśmy do Poznania bodajże ostatniego dnia lipca. Zasadniczo nastrój w mieście mało
Ryc. 1. Hufiec szkolny w czasie defilady przed działaczami Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego 12 czerwca 1938 r. Ze zb. Narodowego Archiwum Cyfrowego.
Stanisław Szafransię zmienił, pozostawał nadal optymistyczny, tylko trochę nerwowe - i słusznie - pertraktacje rządów Wielkiej Brytanii i Francji ze Związkiem Sowieckim ciągnęły się w nieskończoność i przystąpienie Związku do zachodniego "triumwiratu" pozostawało stale pod wielkim znakiem zapytania. Mnie sytuacja ta ani nie dziwiła, ani martwiła - cieszył mnie przede wszystkim mój nowy licealny mundur z czerwonymi lampasami, w który ubierałem się bardzo często niezależnie od pogody. . . Widmo nadchodzącej wojny pojawiło się wraz z zarządzeniem Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego o przesunięciu daty rozpoczęcia nowego roku szkolnego (normalnie 1 września) do czasu wyjaśnienia niepewnej sytuacji. Szczerze mówiąc, posunięcie to wcale mnie nie zmartwiło. Zamiast więc tradycyjnego powrotu na ławę szkolną otrzymałem wezwanie z jakiegoś centrum (chyba obrony przeciwlotniczej) do natychmiastowego stawienia się w budynku gimnazjum im. Paderewskiego w celu pełnienia służby PW; czyli przysposobienia wojskowego. Na marginesie muszę tutaj wspomnieć, że uczniowie czwartej klasy gimnazjum oraz klas licealnych zorganizowani byli w Przysposobienie WojskoweJ organizację paramilitarną z własnymi mundurami, której celem było przygotowanie młodzieży do regularnej służby wojskowej1. O oznaczonej godzinie zameldowałem się w moim gimnazjalnym budynku u zupełnie nieznanego porucznika, który po sprawdzeniu obecności przystąpił do rzeczy. W Poznaniu (podobnie jak w innych większych miastach) utworzono w pośpiechu tzw. Zbiornicę Dozorowania 2 . Zadaniem zbiornicy było przyjmowanie telefonicznych meldunków z punktów na granicy o nieprzyjacielskich samolotach (bombowcach) lecących w kierunku Poznania. Gdy sytuacja wydawała się poważna, zbiornica ogłaszała alarm lotniczy dla miasta. Cała sprawa wyglądała stosunkowo nieskomplikowanie i tak w istocie było. Po krótkim wykładzie udaliśmy się wszyscy do gmachu Głównej Poczty (Al. Marcinkowskiego), gdzie w głębokiej suterenie mieściła się zbiornica. Pomieszczenie było bardzo obszerneJ z wieloma biurkami, na których ustawione były aparaty telefoniczneJ każdy z bezpośrednim połączeniem z punktem na granicy. Aparaty były prostej konstrukcji i zapoznanie się z tym sprzętem zabierało dosłownie minuty. Po kilku dalszych instrukcjach, stosunkowo łatwych do pojęcia i stosowania, zostaliśmy podzieleni na grupy mające działać na zmianę (zbiornica miała operować bez przerwy, dzień i noc). W razie potrzeby dana zmiana musiała się natychmiast pokazać w zbiorni cy 3. W końcu sierpnia sytuacja w dalszym ciągu wyglądała nijak. W tym czasie odezwała się zbiornica z zarządzeniem, że poprzedni rozkaz czekania na krytyczny moment zostaje unieważniony, że takowa zostaje uruchomiona natychmiast i że ustalone zmiany stają się aktualneJ co znaczyło, że od tej chwili musiałem się tam meldować, aby wypełnić moją poprzednio ustaloną, ośmiogodzinną zmianę. Zarządzenie to/ wydane bodaj ok. 25 sierpnia, dało nam do myślenia... Z drugiej strony byliśmy dumni, że staliśmy się nagle częścią wojennego aparatu i ewentualnej akcji wstrzymania hitlerowskiej agresji, co było dla nas jedynie kwestią czasu. Wtedy też mój ojciec został wybrany komendantem obrony przeciwlotniczej naszego bloku między ulicami Górna Wilda, Szwajcarska (dziś Chwiałkowskie
Ryc. 2. Harcerze 33. Poznańskiej Drużyny Harcerzy na obozie na Podolu; Stanisław Szafran siedzi drugi z prawej, fot. z sierpnia 1939 r.
Ryc. 3. Stanisław Szafran (stoi trzeci od prawej) ze swoją drużyną harcerską w Londynie w sierpniu 1940 r.
Stanisław Szafrango) i Poplińskich. Do jego obowiązków należało sprawdzanie zaciemniania okien, uświadamianie mieszkańców o nalocie i "wymuszanie" wędrówki do schronu. Schronem była piwnica, która, stosunkowo głęboka i z pięcioma piętrami solidnej budowy na powierzchni, była prawdopodobnie zupełnie efektywnym schronem, zakładając, że ewentualna bomba była mniejsza od 1000-kilogramowych bohomazów. Aha, jeszcze jednym z obowiązków tego przeciwlotniczego "koordynatora" było sprawdzanie dachów na budynkach, na których (jak się później okazało) operowali członkowie niemieckiej V kolumny ze specjalnymi światłami w celu komunikowania się z niemieckimi samolotami. Nie wyobrażam sobie, jak mój ojciec mógł poradzić sobie z tymi problemami, sądzę, że miał pomocników. Ja osobiście byłem zajęty w zbiornicy, ale wiem, że moja siostra Halina mu pomagała.
Jesteśmy więc przy końcu sierpnia i w dalszym ciągu wyczekujemy jakiegoś rozwiązania... Prasa i inne środki przekazu były raczej spokojneJ nie próbowały siać jakiejś niepotrzebnej paniki, wszyscy czekali... Poznańskie radio darzyło nas patriotycznymi piosenkami z dużą domieszką wojskowych marszy. Ja pełniłem służbę w zbiornicy, która robiła się nudna (służba), jako że nic ważnego się nie działo. Któregoś popołudnia odwiedziła nas nasza ulubiona ciocia Ewa Kurzawa, z domu Cwojdzińska (żona brata mojej matki, Leona). Znana z tryskającego humoru, skarbnica najróżniejszych, dowcipnych anegdot, a przy tym "właścicielka" błyskotliwej inteligencji i fizycznej urody wpadła do nas na kawę i pączki, które niezwłocznie zakupiłem w niedalekiej cukierni Zaremb y 4. Dyskusja przy kawie rozwinęła się oczywiście na temat stosunków polsko-niemieckich/ a ja wziąłem w niej bardzo aktywny udział, dowodząc, że w wypadku agresji niemieckiej damy sobie doskonale radę z odparciem napastnika, szczególnie przy pomocy Wielkiej Brytanii i Francji, które niewątpliwie przyjdą nam z pomocą. Moje argumenty spotkały się niestety z wiele mówiącym milczeniem cioci, której nigdy nie brakowało słów! Ostatniego dnia sierpnia 1939 roku tak jak zwykle poszliśmy na spoczynek z nadzieją, że może następne dni okażą się łaskawsze i że widmo wojny zostanie zlikwidowane względnie przesunięte na jakiś dalszy okres, aby dać dyplomacji ostatnią szansę na ratowanie pokoju... Następnego poranka wszystkie nadzieje okazały się płonne. Obudził nas alarm lotniczy (z "mojej" zbiornicy), po czym nastąpiła seria poważnych wybuchów 5 . Nie było więc kwestii, wojna się rozpoczęła! Dla mnie był to początek tej wielkiej awantury i mój nieuleczalny optymizm urósł ponad miarę, wyczekując bardzo pozytywnych (w najgorszym wypadku dobrych) wieści z frontu. Tak jak mówiła instrukcja, natychmiast po "galopującym" śniadaniu, ubrany w mundur PW ruszyłem do zbiornicy, aby upewnić się, kiedy jest moja zmiana. Nęciła mnie również ciekawość, jak wygląda sytuacja na froncie, sądziłem bowiem, że obsługa naszych telefonów na granicy powinna być najlepszym źródłem informacji. Maszerując raźno, nie mogłem oprzeć się zdziwieniu, że po tym pierwszym alarmie nastąpiła cisza. Do zbiornicy dotarłem bez przygód. Atmosfera była trochę napięta, wszystkich bowiem niepokoił brak konkretnych informacji. W każdym razie wszystkie graniczne telefony działały i raportowały, że nie są zagrożone
i że funkcjonują normalnieJ co nas zdziwiło i jednocześnie ucieszyło. Po sprawdzeniu czasu służby poszczególnych zmian rozeszliśmy się do domów, pozostawiając właściwą zmianę na posterunku. W czasie mojego spaceru do domu nasza zbiornica kilkakrotnie ogłaszała alarm, ale szczęśliwie niemieckie bombowce omijały miasto z oczywistym zamiarem bombardowania innych celów. Wówczas nie mogłem pojąć/ dlaczego się tak działo, jako że Poznań był powierzchniowo ogromny i łatwy do bombardowania. Po tylu latach wiem, że Niemcy uważali Poznań za "swoje" miasto, a więc niszczenie go byłoby zupełnie bez sensu. Moją uwagę zwróciło też to/ że z chwilą wybuchu wojny, a szczególnie w pierwszym dniuJ kiedy Poznań był atakowany z powietrza, nie widzieliśmy w powietrzu ani jednego polskiego samolotu. My, młodzież, byliśmy napompowani propagandą o naszym silnym lotnictwie. Naszą dumą był dwusilnikowy, lekki bombowiec zwany Łosiem, który również mógł pełnić rolę myśliwca, choć naszym podstawowym samolotem myśliwskim był przestarzały jednosilnikowy PZL (popularnie zwany pe-zet-elką, od Polskich Zakładów Lotniczych). Brak jakiejkolwiek akcji w powietrzu z naszej strony był dla nas niezrozumiały i niepokojący, ale został szybko wyjaśniony. Okazało się, że celem pierwszego ataku powietrznego na Poznań było lotnisko na Ławicy, gdzie kilka naszych samolotów czekało na sygnał. Niemieckie bombowce bez trudu zbombardowały lotnisko łącznie z czekającymi samolotami, w dodatku podpalając hangar. Z czasem nasz entuzjazm i optymizm zaczynały stopniowo stygnąć, szczególnie że właściwie nie wiedzieliśmy, gdzie jest front, jakie postępy robi nasza armia itd. Poznańskie radio właściwie nie podawało żadnych komunikatów z frontu, a te, które były, niczego konkretnego nie mówiły. Podobnie rozgłośnia warszawska ograniczała się do pewnych frontowych wiadomości, które były często sprzeczne z tymi poznańskimi. Spowodowane tym zamieszanie zaczynało napawać słuchaczy obawami co do prawdziwości komunikatów i sytuacji na froncie. Zycie w Poznaniu w pierwszych dniach wojny toczyło się stosunkowo spokojnie. Tramwaje kursowały normalnieJ elektrownia i gazownia były czynne i właściwie głównym wskaźnikiem wyjątkowej sytuacji był zaczynający się brak pewnych produktów w sklepach, szczególnie spożywczych. Taki obrót wypadków był przewidywany i mieszkańcy po prostu zaakceptowali to jako normalny rezultat sytuacji wojennej. Nie działała natomiast poczta, a to zaczynało budzić w nas pewne wątpliwości, podobnie jak wieść, że oba poznańskie dzienniki ("Dziennik Poznański" i "Kurier Poznański") zaprzestaną codziennych wydań z dniem 3 września 6 . Tego właśnie dnia Wielka Brytania i Francja wypowiedziały wojnę Niemcom i to wydarzenie bardzo podniosło nas na duchu! Ja powtórnie zacząłem wierzyć w "nasze" alianckie zwycięstwo (w krótkim czasie!). Niestety, następny dzień przygasił trochę ten optymizm! Nasze telefoniczne placówki na granicy nagle zamilkły (zlikwidowane przez niemieckie czołówki), co uczyniło w konsekwencji naszą zbiornicę całkowicie bezużyteczną! Poznańska sieć telefoniczna również przestała działać, co zostało przypisane działaniu niemieckiej dywersji (V kolumnie). Poznań miał stosunkowo dużo mieszkańców niemieckiego pochodzenia, których większość współpracowała z "braćmi" w Niem
Stanisław Szafranczech sporo lat przed wybuchem wojny i była wrogo nastawiona do polskiej większości. Teraz mieli szansę działać "pozytywnie"! Nie wiem, czy wszystkie akty ich dywersji były skuteczne. Bodaj 2 września wieczorem wracałem do domu ze zbiornicy. Nie zastałem nikogo w mieszkaniu, natomiast na ulicy przed kamienicą stał ogromny wóz straży pożarnej z rozciągniętymi drabinami sięgającymi do dachu oraz reflektorami ze smugami mocnych świateł, które przebiegały przez całą długość dachu tam i z powrotem, jakby w poszukiwaniu czegoś. Otóż okazało się, że ktoś rzekomo zauważył dywersantów na dachu i zawiadomił straż. Mój ojciec z siostrą przebywali więc na dachu w poszukiwaniu rzekomych członków V kolumny. Nikogo nie znaleźli. Moja matka była wtedy u sąsiadów mieszkających na najwyższym piętrze, aby być bliżej "akcji". Przypadki takie miały miejsce, wiedzieliśmy o nich z nadzwyczajnych dodatków wydawanych przez milczące już dzienniki. Kilku dywersantów przyłapano w akcji i, przypuszczam, że to prawda, rozstrzelano na podstawie wyroku jakiegoś wojskowego autorytetu 7 . Niewyjaśniona sytuacja zaczynała nas, cywilów, niepokoić (łagodnie mówiąc), szczególnie że zarówno radio, jak i dodatki nadzwyczajne ani słowem nie wspominały o jakiejkolwiek akcji ze strony naszych aliantów, Francji i Wielkiej Brytanii. W Poznaniu panował dziwny spokój - wiadomo, że coś bardzo ważnego się dzieje i że zarazem jesteśmy pozostawieni własnemu losowi. Niemcy Poznania nie bombardowali, co nie pomagało w podejmowaniu jakiejkolwiek decyzji, szczególnie że stało się publiczną tajemnicą, że armia niemiecka celowo omija Poznań/ skutecznie go okrążając przez ofensywy na północy i południu od miasta. Ta nieświadomość była głównym powodem naprężonych nerwów. Braki rozmaitych produktów, szczególnie żywnościowych, ni poprawiały nastroju. W sumie zaczęliśmy się czuć jak zawieszeni w powietrzu. Zycie po prostu stanęło. Także w naszym domu atmosfera stawała się coraz bardziej nerwowa, tym bardziej że wiedzieliśmy, iż wielu mieszkańców opuszcza Poznań, kierując się na wschód, w nieznane, by uniknąć życia pod ewentualną niemiecką okupacją i gdzieś na uboczu przeczekać tę burzę, zakładając, że nie potrwa ona zbyt długo. Podróżowano za pomocą najróżniejszych środków lokomocji: na rowerach, wozach zaprzężonych w konie czy po prostu na piechotę. Liczba samochodowych uciekinierów była minimalna, jako że prawie wszystkie prywatne samochody zostały zarekwirowane kilka tygodni wcześniej przez wojsko. Mój ojciec, który wyróżniał się w tej sytuacji zdrowym rozsądkiem i zimną krwią, wyrażał poważne obawy, czy opuszczanie Poznania ma sens bez konkretnego celu podróży i pewności, że gdzieś na wschodzie jest miejsce, gdzie będzie można się zatrzymać na stałe i w jakiś cudowny sposób przeżyć wojnę. Mimo braku dzienników i innych źródeł informacji wiedzieliśmy, że kolumny uciekinierów były bardzo często atakowane przez niemieckie lotnictwo, powodując duże straty w ludziach i w ich mizernym dobytku. Pojęcia nie mam, jak do tego doszło... W każdym razie któregoś dnia, chyba ok. 8 września, zapadła decyzja o opuszczeniu Poznania wspólnie z rodziną [Romana?] Weinerta, podobnie jak ojciec nauczyciela w szkole przy Wszystkich Świętych i jego serdecznego przyjaciela. Rodzina Weinertów mieszkała przyul. św. Czesława, na odcinku między ul. Poplińskich a Różaną8. Pan Weinert był tzw. mężem zaufania wśród nauczycieli szkoły i na prośbę potrzebujących wydawał, jak je nazywaliśmy, "asygnaty", które umożliwiały zakup odzieży na raty. Pojęcia nie mam, jak ten system funkcjonował, w każdym razie kilka razy na prośbę ojca "złożyłem wizytę" państwu Weinertom i otrzymałem potrzebne asygnaty. Kochałem te asygnaty gorąco, ponieważ z tymi ważnymi papierkami następnego dnia robiliśmy wycieczkę do sklepu (wówczas nazywaliśmy to składem) Kaczmarka na Starym Rynku, gdzie asygnaty bywały zużyte na zakup nowych mundurków, swetrów etc. Rodzina Weinertów składała się z syna, wówczas już dorosłego, który ukończył pierwszy rok prawa na Uniwersytecie Poznańskim, córki, bodajże w wieku mojej siostry Haliny, oraz młodszego syna.
Córka ukończyła i zdała maturę w gimnazjum Sióstr Sercanek. Pamiętam ją dobrze/ może dlatego, że była (moim zdaniem i z ówczesnym życiowym doświadczeniem) bardzo atrakcyjna. Nigdy właściwie się nie dowiedziałem, w jaki sposób Weinert albo mój ojciec wystarali się o gospodarski wóz zaprzężony w dwa konie, z gospodarzem - znawcą i opiekunem koni. Ja byłem tak zajęty doszukiwaniem się jakiejś informacji o sytuacji na froncie, że zupełnie ignorowałem tę rodzinną eskapadę, pozostawiając ten problem moim rodzicom i Halinie. Ciągłe domyślanie się, jak rzeczywiście wygląda nasza sytuacja, czyniło nas ogromnie nerwowymi, co dawało się łatwo odczuć. Poznań był bardzo cichy, oczekiwał na nadejście jakiegoś wydarzenia, które nie zapowiadało zmiany na lepsze. Od czasu do czasu słyszeliśmy wybuchy tu i tam, co dla nas było znakiem, że gdzieś walczymy, ale przeczucie mówiło nam, że walkę te przegrywamy i że należy oczekiwać drastycznych zmian. Ta ogromna cisza w mieście doprowadzała mnie do białej gorączki. Sytuacja na froncie była dla nas całkowitą zagadką. Rano, zapewne 9 września, po załadowaniu naszego wozu najpotrzebniejszymi, naszym zdaniem, rzeczami, wyruszyliśmy w drogę na wschód, dołączając do wielu uciekinierów, którzy tłoczyli się na szosie. Pojęcia nie mam, jakie plany mieli moi rodzice, ale jak wiem od Haliny, po prostu dali się nieść tej fali, która była rezultatem desperacji, a nie rozsądnej kalkulacji. Pomieszczenie się na wozie było dosyć trudneJ jako że sporo miejsca zajęło kilka dużych worków z owsem dla koni, co "pasażerowie" zaakceptowali bez szemrania. Wlekliśmy się powoli i w atmosferze męczącej ignorancji, co było doświadczeniem przygnębiającym. Na szczęście niemieckie lotnictwo ignorowało naszą obecność na szosie. W czasie tej jazdy próbowaliśmy dowiedzieć się od innych uciekinierów, jak wygląda sytuacja na froncie, niestety kompletna nieświadomość była powszechna. Pod wieczór przypadkiem natrafiliśmy na osobę, która twierdziła, że słyszała Radio Warszawa i że niemieckie wojska zbliżają się do warszawskich rogatek. Nie byliśmy pewni, czy wieść ta była produktem niemieckiej dywersji/ a jeśli nieJ czy istotnie sytuacja była tak krytyczna. Tak czy inaczej była to szokująca informacja, która oczywiście nie poprawiła nastrojów. Noc spędziliśmy w stodole jakiegoś przychylnego gospodarza, który poza dachem nad głową obdarzył nas ogromnym bochenkiem wiejskiego chleba i kilkoma litrami mleka. Po jako tako przespanej nocy obudziliśmy się z niejasnym przeczuciem,
Stanisław Szafranże wkraczamy w krytyczny dzień i mieliśmy rację. Po omInIęciu Środy ze zdumieniem zauważyliśmy, że fala uciekinierów bardzo zmalała, a co więcej zmieniła kierunek o 180 stopni i posuwa się z powrotem na zachód! Mimo tej zaskakującej zmiany mój ojciec postanowił kontynuować podróż na południowy wschód, zakładając, że nie należy poważnie traktować podobnych sytuacji, które często są rezultatem błędnych wieści, nastrojów, wrogiej propagandy etc. Pchaliśmy się więc dalej na wschód i po kilkunastu kilometrach, ku naszemu zdumieniu, natrafiliśmy na barierę w poprzek drogi z wielkim napisem "HALT"! Zrozumieliśmy natychmiast, co było powodem zmiany kierunku przez naszych poprzedników. Było to nasze pierwsze spotkanie z niemieckimi żołnierzami, którzy się nagle wyłonili zza krzewów i drzew. Niemcy, gestykulując, próbowali wytłumaczyć nam, że dalsza podróż jest niemożliwa i że musimy wracać tam, skąd przybywamy. Zachowanie ich było szorstkie i głośneJ dopóki nie wyszło na jaw, że moi rodzice mówią bardzo dobrze po niemiecku. Wtedy w czasie stosunkowo spokojnej dyskusji dowiedzieliśmy się, że ruch ludności jest absolutnie zabroniony i że musimy wracać do Poznania, który jest już w niemieckich rękach. Zachowanie się żołnierzy, po początkowej konfrontacji, zmieniło się biegunowo i nawet dwóch pomogło zawrócić wóz. Wracaliśmy do Poznania w jakimś nieokreślonym nastroju... Zaczęło nas gnębić uczucie, że świat wkracza w okres ogromnych zmian, a ułożony od lat porządek przewraca się do góry nogami. Okazało się wkrótce, że nasze przypuszczenia były trafneJ a rzeczywistość okazała się nawet od nich gorsza. Wieczorem dotarliśmy do ul. Szwajcarskiej i to był koniec eskapady, zupełnie niepotrzebnej. Siedzieliśmy w kuchni, patrzyliśmy jeden na drugiego w milczeniu, z uczuciem niepewności co do naszej przyszłości, pełni wątpliwości, jak długo będzie nam wolno mieszkać w naszym mieszkaniu. Stale męczył nas brak wiadomości, włączyliśmy więc radio. Poznańska stacja pracowała pełną parą, nawołując - po polsku i niemiecku - tych, którzy opuścili miasto, do natychmiastowego powrotu z groźbą, że w przeciwnym razie puste domy i mieszkania zostaną zarekwirowaneJ co miało później miejsce tak czy inaczej. Apele te były przerywane muzyką niemieckich kompozytorów z naciskiem na wojskowe marsze. Poznańskie radio nie było w tej sytuacji żadnym źródłem informacji, spróbowaliśmy więc słuchać Warszawy, która, okazało się, była okrążona przez niemieckie wojska i spodziewając się atakuJ nawoływała mieszkańców do kopania rowów przeciwczołgowych i budowania barier w krytycznych punktach miasta. Źródłem tych apeli było przeważnie biuro prezydenta miasta. Z tego, co usłyszeliśmy, wyciągnęliśmy wniosek, że nasza (polska) sytuacja jest beznadziejna i tak istotnie było! Mnie zaczęły chodzić po głowie jakieś szalone plany, których postanowiłem nie zdradzać, uważając je za zbyt daleko sięgające i do pewnego stopnia, nawet dla mnie samego, niezupełnie realne. Początkowo pod parasolem niemieckiej okupacji życie w Poznaniu toczyło się dosyć spokojnieJ Niemcy zachowywali się stosunkowo cywilizowanie. Dla nas było rzeczą pewną, że ten sztuczny spokój to preludium do ciężkich czasów i tak się oczywiście stało. Na razie nowi władcy zajęci byli rozprowadzaniem żywności (kupony żywnościowe), organizowaniem miejskiego transportuJ
rejestracją mieszkańców etc. Nie stracili odrobiny czasu na zarekwirowanie aparatów radiowych oraz broni palnej. Znalezienie tej ostatniej u Polaków groziło natychmiastową egzekucją i byliśmy pewni, że to nie są czcze pogróżki! Ojciec z Haliną musieli pójść na Rynek Wilecki, gdzie w specjalnym biurze oddali nowym władcom aparat radiowy (niemieckiej marki Telefunken) i rewolwer, o którym nie wiedziałem, że był w posiadaniu ojca. Oddanie tych rzeczy odbyło się formalnie przez wypełnianie naj różniej szych formularzy, co musiało zadowolić niemiecką skrupulatność. Nowi gospodarze w trzecim dniu po wejściu do Poznania rozpoczęli zatrzymania w pobliżu pomnika Wdzięczności i ci złapani musieli wziąć czynny udział w jego rozbiórce 9 . Jedną z tych złapanych była najlepsza koleżanka mojej siostry Irena Zydorowiczówna, moja cicha młodzieńcza miłość, o czym sam obiekt moich uczuć nie wiedział. Ojciec Ireny był Polakiem, natomiast matka była rodowitą Niemką. W podobnych wypadkach nowi okupanci uważali, że dzieci z takich małżeństw powinny zadeklarować się jako volksdeutsche i tym samym wzmocnić aryjską (?) krew! Irena wspólnie z jej ojcem uważała inaczej i wylądowała w więzieniu na Młyńskiej. Według opisu Haliny przeżyła tam piekło poddana wyrafinowanym torturom. Muszę dodać, że była bardzo atrakcyjną dziewczyną, co przypuszczalnie pogorszyło jej pobyt w więzieniu. Po tych pierwszych łapankach nie bardzo byłem pewien, czy wychodzenie na miasto jest bezpieczne. Stale słyszeliśmy o aresztowaniach, egzekucjach w Poznaniu i okolicy. Wiedzieliśmy, że Warszawa jeszcze się broni. Głośniki, które zainstalowano w różnych punktach miasta, niczego konkretnego nie podawały. Właściwie nie było wiadomo, na co czekamy, byliśmy jakby zawieszeni. Dni wlokły się bardzo powoli, wydawało się nam, że mamy Niemców w Poznaniu od wielu tygodni, a w rzeczywistości było to kilka dni, nieco ponad tydzień. Może wynikało to z ich szorstkości, buty i pewności siebie, które robiły wrażenie rządzenia się, jak we własnym domu. Szkoły były w dalszym ciągu nieczynne, co budziło pytania, czy będą otwarte jako polskie czy wyłącznie niemieckie? Jednak mój ojciec rozpoczął starania o uzyskanie ewentualnej posady jako nauczyciel/ wychodząc z założenia, że jego doskonała znajomość języka niemieckiego może mu pomóc w jej uzyskaniu. Pieniądze ulatniały się bardzo szybko i ojciec obaiał się, że któregoś dnia nie będzie miał centa na utrzymanie rodziny. Zycie w tych warunkach było mizerneJ a obawa o przyszłość spędzała nam sen z powiek, tym bardziej że doszliśmy do słusznego wnioskuJ iż wojna się dopiero rozpoczęła i że mamy przed sobą długi okres bardzo trudnych warunków egzystencji, jeśli w ogóle ten kataklizm przeżyjemy. 17 września zaczął się normalnieJ bardzo skromnym śniadaniem i z nie najlepszymi humorami. W trakcie śniadania nagle usłyszeliśmy ryk głośnika zainstalowanego na platformie ciężarowego samochodu, który zatrzymał się, aby dać mieszkańcom możność wysłuchania komunikatu, że wojska Związku Sowieckiego przekroczyły polską granicę na wschodzie w myśl traktatu podpisanego z Rzeszą niemiecką w sierpniu 10 . Straciliśmy momentalnie apetyt... Wieść ta znaczyła, że Polska jako niepodległe państwo przestała istnieć, nie wiadomo na jak długo. Było nam smutno i żałośnie. Czekaliśmy zrezygnowani na dalszy
Stanisław Szafranrozwój wypadków. 28 września Warszawa się poddała... Teraz wiemy już na pewno, że mamy przed sobą kilka chudych, pełnych goryczy lat. Był to dla mnie chyba najgorszy miesiąc w moim krótkim życiu! Po zakończeniu działań wojennych Niemcy zaczęli masową akcję wysiedlania Polaków do centralnej Polski, tzw. Generalnego Gubernatorstwa. Miało to także spotkać moich rodziców i siostrę, których wysiedlono do Jędrzejowall. Niemcy byli bardzo systematyczni i drobiazgowi, a więc wysiedlanie odbywało się według ustalonego planuJ co pozwoliło moim rodzicom przewidzieć, kiedy i my będziemy nim dotknięci. W tym procesie młodzież w moim wieku uważana była przez Niemców za potencjalnych sabotażystów (i słusznie) i w wielu wypadkach aresztowana i wywożona do Niemiec do przymusowej pracy, a niekiedy do obozów koncentracyjnych. Dla mnie osobiście było to sygnałem do "akcji"! Z dwoma kolegami z gimnazjum postanowiliśmy opuścić Poznań i udać się do Francji (!)/ by zaciągnąć się do polskiej armii, którą tam organizowano pod dowództwem gen. Sikorskiego. Trzy dni przed wysiedleniem moich rodziców i Haliny bez pożegnania wyruszyliśmy w świat. Był to początek grudnia 1939 roku. Kolegami, z którymi opuściłem Poznań, byli Stefan Górski i Rychter (względnie Richter), którego imienia nie pamiętam. Młodzieńcza odwaga (czasami bezgraniczna), a z drugiej strony obawa zakończenia życia za drutami były wystarczającymi motorami do powzięcia tej decyzji, która okazała się w dalszej perspektywie całkowicie słuszna. Niestety, jednocześnie bolesna dla niektórych, ale w czasie wojny tak bywa. Opuściliśmy Poznań wieczorem, ja wyszedłem z domu, by rzekomo stanąć w "ogonku" po chleb i oczywiście już nie wróciłem. Przed wyjściem pozostawiłem małą kartkę na stole w kuchni, tłumacząc rodzicom moje "zniknięcie" i ewentualne dalsze plany. Wyobrażam sobie ich zdumienie po jej przeczytaniu... Spotkałem Stefana i Richtera na Rynku Wildeckim (co było skrycie ustalone) i tak we trójkę ruszyliśmy piechotą w kierunku południowo-wschodnim. Wbrew przypuszczeniom nasz "przemarsz" poprzez Polskę okazał się łatwiejszy/ niż myśleliśmy. Przede wszystkim dopisała pogoda, co było bardzo ważne w obliczu naszego mizernego wyekwipowania i kiedy przyszło nocować w prowizorycznych warunkach pod gołym niebem. Ogromnie ważnym czynnikiem w naszej eskapadzie był fakt, że miała ona miejsce w okresie, w którym Polska znajdowała się w stanie ogromnego zamieszania, gdyż Niemców absorbowało zaprowadzanie porządku w ich precyzyjnym, germańskim stylu. Dzięki temu widok trzech maszerujących w nieznanym kierunku młokosów nie budził specjalnych podejrzeń. Richter był ode mnie i Stefana o rok starszy i automatycznie objął kierownictwo tej wycieczki. Pierwszego wieczoru maszerowaliśmy kilka godzin i gdzieś około północy zatrzymaliśmy się w małej wiosce, zmęczeni okropnie. Ku naszej radości w jednej z chałup paliło się światło. Po krótkiej dyskusji, właściwie nie mając wyboruJ zapukaliśmy do drzwi, w których po chwili ukazał się gospodarz. Zmierzył nas podejrzliwym wzrokiem (tacy młodzi!) i po wysłuchaniu naszej historii (odpowiednio dopasowanej do sytuacji) udzielił nam gościny w formie noclegu w stodole poprzedzonego kolacją z zsiadłego mleka i świeżo upieczonego chle
Ryc. 4. Stanisław Szafran (stoi piąty od prawej) w Kairze zimą 1943/44ba. Nie mam najmniej szych wątpliwości, że nasz uprzejmy gospodarz i jego żona domyślali się, kim jesteśmy i dokąd podążamy. Dla ich własnego i naszego bezpieczeństwa nie zadawali żadnych pytań! Obdarzyli nas na drogę ogromnym bochnem chleba i kilkoma osełkami białego sera - w naszych warunkach po prostu majątek! Doskonale pamiętam ten kontakt, może dlatego, że był on pierwszym na naszej "wymarzonej" trasie i nauczył nas, jak postępować w podobnych sytuacjach, jako że sukces naszej wyprawy był całkowicie uzależniony od dobrej woli tamtejszych mieszkańców, którzy nam zaufali i pomogli. Nie sposób opisywać naszych dalszych przygód z detalami. Byliśmy "raz pod wozem, raz na wozie", co nie mogło być żadną niespodzianką. Naszym celem było dotarcie do granicy z Węgrami i cokolwiek poruszało się w kierunku południowo-wschodnim, było dla nas odpowiednim wehikułem: furmanki, towarowe pociągi, rozklekotane ciężarówki (te "dobre" były zarekwirowane przez okupanta), no i oczywiście nasze własne nogi, najbardziej zaufane i najczęściej używane. W większości wypadków nie mieliśmy trudności w znalezieniu miejsca czy to w kabinie ciężarówki, czy na furmance, a także z uzyskaniem noclegów/ przeważnie w stodołach (z małymi wyjątkami), poprzedzonych zwykle jakąś kolacją o tyle łatwą dla gospodarzy, że jedliśmy wszystko, co postawiono na stole. W sumie rodacy, mimo że ryzykowali własne bezpieczeństwo, byli bardzo przychylnie nastawieni, pomocni i, co było dla nas bardzo ważneJ dyskretni/ ci zaś, którzy nie mogli czy nie chcieli pomóc, po prostu nas ignorowali. Komunikacja z gospodarzami była bardzo ważna, gdyż to oni dawali nam
Stanisław Szafranwskazówki, w jakim kierunku należy iść, aby dotrzeć do granicy. Nie mieliśmy ze sobą ani strzępka mapy, ani kompasu/ obawialiśmy się bowiem, że w razie zatrzymania przez Niemców i ewentualnej interrogacji posiadanie takowych byłoby pierwszym krokiem do aresztowania. Musieliśmy więc polegać wyłącznie na informacjach udzielanych przez mieszkańców, którzy wskazywali nam także, gdzie stacjonują okupacyjne garnizony, gdzie żołnierze najczęściej patrolują drogi i w ogóle, jak postępują okupanci z lokalną ludnością. Każdego dnia Niemcy stawali się coraz bardziej aroganccy i efektywni w kontrolowaniu miast i ich mieszkańców. Z zasady więc omijaliśmy miasta, w których istniała duża możliwość natrafienia na niemiecki patrol SS czy Wehrmachtu czy nawet "polskiej" policji. W przypadku zatrzymania nie mieliśmy najmniejszej szansy uniknięcia aresztuJ nie posiadając wymaganych dokumentów tożsamości, lokalnego adresu etc. Szczęście nam dopisywało i po trzech tygodniach dotarliśmy do podnóża Beskidów. Nie próbuję nawet opisać naszego wyglądu, ale przypuszczam, że nie budził on zaufania w nikim, kto się z nami spotkał. Nie pamiętam, od kogo otrzymaliśmy daneJ jak dotrzeć do miejsca, gdzie mieszkał przyjazny Hucuł/ który pomagał takim "awanturnikom" jak my przedostać się przez węgierską granicę. Dni stawały się coraz krótszeJ pogoda dawała znaki nadchodzącej zimy (spora warstwa pierwszego śniegu), tak że z trudnością odnaleźliśmy chałupę tego poczciwca. Nie ukrywał zdziwienia, kiedy nas zobaczył. Wyglądaliśmy "zubożale" / zieloni z zimna, głodni i nieprawdopodobnie młodzi! Przede wszystkim posadził nas przy ogromnym piecu, aby nas odmrozić, po czym otrzymaliśmy gorący posiłek; pamiętam doskonale: gotowaneJ ogromne ziemniaki polane roztopionym masłem z kawałem mięsa (sadzę, że baranina) tudzież duże kawały bryndzy oraz "kubły" owczego mleka. Czegoś smaczniejszego w życiu nie jadłem!!! Oczywiście nie było mowy o prysznicu czy kąpieli. Przespaliśmy się na strychu i wcześnie rano, po spożyciu jakiejś gorącej zupy/ która bardzo nam smakowała, nasz dobrodziej wyprowadził nas na jemu tylko
Ryc. 5. Stanisław Szafran w Rzymie w czerwcu 1945 rznaną ścieżkę, wskazał kierunek i rzekł, że idąc dalej, przekroczymy granicę w odległości około kilometra. Graniczna straż, dodał, rzadko się tam pokazuje. Poczciwiec uścisnął nam dłonie, rzekł: "Szczęśliwej drogi" / zrobił nad nami znak krzyża i zawrócił do swojej chałupy. Nie było słowa o jakiejkolwiek zapłacie! Zapomniałem zaznaczyć, że byliśmy na samej Przełęczy Tatarskiej12.
Zrobiliśmy tak, jak nam przykazał i gdzieś po godzinie postanowiliśmy odpocząć. Panującą ciszę przerwały nagle dziwne głosy, których ku naszemu zdumieniu nie mogliśmy zrozumieć. I nagle olśnienie! Byliśmy na Węgrzech, a rozmowę toczył węgierski graniczny patrol. W pierwszej chwili świadomość,
Ryc. 6. Stanisław Szafran i Adam Wol tyński przed hotelem Palazzo Al Mare na Lido w Wenecji w lipcu 1945 r.
Stanisław Szafran
że dopięliśmy celuJ była dla nas oszałamiająca! Ale nie było miejsca na sentymenty. Zaczęliśmy krzyczeć i w końcu zbliżyło się do nas trzech węgierskich żołnierzy, podobnie zdziwionych, jak my sami. Po "rozmowie" na migi zostaliśmy symbolicznie aresztowani i odprowadzeni do małego budynku miejscowej strażnicy. Tutaj otrzymaliśmy kubki gorącej herbaty z rumem, która sakowała ponad ludzkie wyobrażenie! Po tej uczcie zamknięto nas w małej celi. Zołnierze próbowali nam coś wytłumaczyć (nie bardzo skutecznie), w każdym razie cela nie została zamknięta na klucz, co znaczyło, że nie uważali nas za kryminalistów W tym wielce gościnnym "hoteliku" spędziliśmy resztę dnia, otrzymaliśmy dobry obiad (główne danie: kluseczki z makiem, pyszne!), tudzież kolację, zupełnie przyzwoitą, z gulaszem na czele! Noc spędziliśmy na pryczach z materacami/ absolutny komfort w porównaniu ze strychami, stodołami i gołym niebem. Po porannej kawie odwiedził nas oficer władający zupełnie dobrze niemieckim (co rozumieliśmy) i wytłumaczył nam, że przepisy wymagają wysłania nas do Budapesztu, gdzie musimy "zameldować" się w polskim konsulacie, który władze węgierskie stale traktowały jako legalny. Małą, roztrzęsioną, wojskową ciężarówką dostarczono nas do najbliższej stacji kolejowej (pod przyjacielską "strażą"), skąd pojechaliśmy do Budapesztu, a tam, na piechotę, do polskiego konsulatu, którego adres, tudzież plan, jak do niego dotrzeć, otrzymaliśmy od miłego, węgierskiego oficera. Głównym zadaniem budapeszteńskiego konsulatu było (pod nosem Niemców, których konsulat był w tym samym budynku) organizowanie "transportu" uciekinierów z Polski do Francji. W konsulacie przyjęto nas z niemałym zdziwieniem. Ciekaw jestem, jak wyglądaliśmy w porównaniu z dobrze ubranymi urzędnikami konsulatu i innymi pracownikami? Nasz pobyt tam trwał stosunkowo krótko. Po rejestracji skierowano nas do dużego budynku na Rakóczi Ter 2/ który był jakby przejściowym internatem dla uciekinierów z Polski. Tutaj przydzielono nam kwatery i dano kupony żywnościowe. Stąd wysłano nas do Balaton Zamardi, gdzie władze węgierskie zorganizowały ośrodek dla młodzieżowych uciekinierów z Polski. Rejon był otoczony wysokim drucianym płotem (nie kolczastym) z wielką frontową bramą, która normalnie była zawsze zamknięta. Bramy tej pilnował stale policjant z charakterystycznym/ ogromnym piórem na oficjalnej, policyjnej czapce. Nam nie wolno było opuszczać ogrodzonego rejonu, co nie przeszkodziło w stwierdzeniu, że straż przy bramie była raczej symboliczna i że druciany płot był bardzo łatwy do przeskoczenia. Po kilku dniach w Balaton Zamardi doszliśmy do wnioskuJ że dalszy tam pobyt nie prowadzi do niczego i którejś nocy cichutko "przekroczyliśmy" symboliczny płot i częściowo pociągiem, a częściowo na piechotę wróciliśmy do Budapesztu. Pamiętam tę podróż doskonaleJ gdyż deszcz lał bez przerwy i przemoczeni do suchej nitki dotarliśmy do "hotelu" przy Rakóczi Ter 2. Bezpośrednio przed Bożym Narodzeniem opuściliśmy Węgry - Stefan i ja. Na tym etapie zgubiłem ślad Richtera na zawsze. Podobno zginął jako pilot w Bitwie o Anglię, co, biorąc pod uwagę cechy jego charakteru, brzmi całkiem prawdopodobnie 13 . Stefan i ja ruszyliśmy - jak wszyscy polscy uchodźcy - do Francji. Nasz młodociany wiek zagrał tutaj decydującą rolę i zamiast dołączyć do jednej z grup kierowanych do nielegalnego przekraczania granic, otrzymaliśmy z naszego bu
Ryc. 7.
Stanisław Szafran z żoną Lusią i córką Elżunią w Brighton w Angli 8 sierpnia 1950 r.
dapeszteńskiego konsulatu polskie paszporty z wyjazdową wizą z Węgier, wizami tranzytowymi przez Jugosławię i Włochy i ostatecznie wizą wjazdową do Francji. Otrzymaliśmy również bilety kolejowe plus dwa amerykańskie dolary (każdy z nas) na pokrycie ewentualnych (przypadkowych) kosztów związanych z podróżą. W taki oto sposób dotarliśmy do Francji, przekraczając granicę włosko-francuską w Alpach w miejscowości Modane. Tutaj zatrzymano nas na kilka dni w celu sprawdzenia danych, po czym wsadzono w pociąg, który dowiózł nas do Coetquidan, gdzie znajdowało się centrum wyszkolenia polskiej armii. Tutaj nasza obecność trwała bardzo krótko. Po rejestracji oświadczono nam bez ogródek, że takich "smarkaczy" armia nie potrzebuje i bezceremonialnie
Stanisław Szafran
wsadzono w pociąg do Paryża, gdzie otrzymaliśmy polecenie natychmiastowego zameldowania się w polskim konsulacie. Konsulat nie był specjalnie zadowolony z naszego przybycia (miał wystarczająco problemów z dorosłymi), ale nie miał wyjścia i skierował nas do Charenton, przedmieścia Paryża, gdzie urzędowała polska komórka rozprowadzająca napływających przybyszy, którzy z takich czy innych powodów nie byli zdolni do służby wojskowej. Tam właśnie, z gromadą innych, młodych i starszych uciekinierów spędziliśmy święta Bożego Narodzenia. Naszą tradycyjną wigilijną wieczerzę otrzymaliśmy w darze od żydowskiej organizacji charytatywnej. Ku naszemu zdziwieniu potrawy były bardzo zbliżone do tych w polskiej wilii. Za kulisami tej wieczerzy musiał stać ktoś znający polską tradycję, a o takich nie było trudno w Paryżu. Po świętach skierowano nas do liceum (Lycee Fenelon) przy 13 rue Suger w Paryżu/ w Latin Quarters, bliziutko katedry Notre Dame. Tam mieliśmy dokończyć naukę na poziomie szkoły średniej. Niestety, los chciał inaczej. 10 maja Niemcy rozpoczęli ofensywę przeciw Francji i w bardzo szybkim czasie zaczęli zbliżać się do Paryża. W tej sytuacji mała grupa uczniów, łącznie ze mną, postanowiła niezwłocznie opuścić Paryż i na rowerach (ukradzionych nocą) ruszyła w nieznaną podróż na południe. Nie ma powodu rozpisywać się na jej temat. Lokalni mieszkańcy/ gdziekolwiek się zatrzymaliśmy/ byli bardzo gościnni i przychylni. Po dwóch tygodniach intensywnego pedałowania/ dosłownie kilkadziesiąt kilometrów przed Niemcami dotarliśmy do małego portu rybackiego St-Jean-de-Luz nad Zatoką Biskajską, w pobliżu Biarritz/Bayonne w Gaskonii.
Początkowo nosiliśmy się z zamiarem przekroczenia zielonej granicy do Hiszpanii ale - jak wieści głosiły - faszystowski rząd gen. Franco normalnie takich niemile widzianych przybyszy zamykał w obozach. Pozostało więc w jakiś cudowny sposób przepłynąć do Anglii. Przysłowie mówi, że szczęście sprzyja odważnym i istotnie. Na redzie przy porcie był zakotwiczony statek "Baron N airn" / stary transportowiec węgla, bowiem Zatoka Biskajska jest
Ryc. 8. Stanisław Szafran na zjeździe byłych członków pułku altylerii II Polskiego Karpusu 8. Armii Brytyjskiej w Wolverhampton w Anglii w sierpniu 1986 r.
z reguły bardzo burzliwa, a gościnny St-Jean-de-Luz nie miał portowych urządzeń do cumowania większych statków. Okazało się że statek ten przypłynął w celu ewakuowania osób, które chciały względnie musiały opuścić Francję. My należeliśmy do tych wybrańców losuJ trudność polegała na tymf że było znacznie więcej kandydatów na wyjazd niż miejsc na poczciwym "Baron Nairn", który się bardzo spieszył, aby opuścić brzegi Francji przed nadejściem Niemców lub atakami z powietrza. Szczęśliwie pogoda była pochmurna i Luftwaffe siedziała cicho. W jakiś nieprzewidziany i cudowny sposób udało się nam znaleźć kilka wolnych miejsc w łodzi, która dostarczyła nas do burty poczciwego węglowca i po sznurowej drabinie wdrapaliśmy się na pokład, co przy burzliwym morzu było wyczynem samym w sobie. Statek był przepełniony, trudno było znaleźć siedzące miejsce. Natychmiast po naszym wylądowaniu na pokładzie statek podniósł kotwicę i ruszył na pełne morze. Byliśmy fizycznie wykończeni, ale szczęśliwi, szczególnie patrząc na znikający brzeg z tysiącami ludzi, których statek nie mógł pomieścić. Był to jednocześnie bardzo smutny widok. Po siedmiu dniach przypłynęliśmy do Plymouth w południowej Anglii.
Okazało się później, że "Baron Nairn" był ostatnim statkiem, któremu udało się ewakuować dwa tysiące ludzi, m.in. nas! Kiedy teraz o tych przeżyciach myślę, dochodzę do wnioskuJ że miałem więcej szczęścia niż rozumu!
Po przybyciu do Anglii Stanisław Szafran i Stefan Górski zostali skierowani do polskiego Liceum im. Słowackiego w Dunalastair House w szkockiej miejscowości Pitlochry. Tu w czerwcu 1941 roku zdali maturę, a następnie zostali powołani do wojska. Wtedy los ich rozdzielił i więcej mieli się już nie spotkać. Stanisław Szafran dostał początkowo przydział do 2. batalionu strzelców w Szkocji, do kompanii ciężkich karabinów maszynowych, jednak został stamtąd przeniesiony (nie bez własnych zabiegów i pomocy poznanego w liceum gen. Stefana Dembińskiego) do 7. Pułku Artylerii Lekkiej w St. Andrews pod dowództwem płka Tadeusza Konstantego Andersa (1902-1995), młodszego brata dowódcy II Korpusu Władysława Andersa. Jak pisał, "w taki to sposób z szeregowca przeistoczyłem się w »kanoniera«". Jako artylerzysta przeszedł szlak bojowy II Korpusu. W trakcie walk we Włoszech poznał Jurka Klugera, przyjaciela ze szkolnej ławy Karola Wojtyły. Pisał: "Służyliśmy w tym samym pułku artylerii, z tym że Jurek był topografem i »skakał« z jednej góry na drugą z teodolitem na barkach celem ustalania współrzędnych topograficznych dla stanowisk baterii najróżniejszych pułków artylerii. Muszę przyznać, że nie była to łatwa praca, w większości wypadków prowadzona pod okiem nieprzyjaciela. Wymagała przeważnie drapania się na najwyższe punkty w terenie, które były bardzo widoczne przez obydwie strony, a co za tym idzie, bardzo eksponowane i wystawione na ogień nieprzyjaciela. Nic nie przestraszało Jurka! Zawsze wykonał polecone mu zadania »z plusem« [...]. Moim zasadniczym zadaniem było ustalanie punktów obserwacyjnych, których głównym celem było wykrywanie pozycji nieprzyjacielskiej artylerii. Nasze punkty musiały być bardzo dokładnie naniesione na mapę, czyli posiadanie współrzędnych topograficznych było absolutną koniecznością. My w baterii robiliśmy to sami za pomocą kilku teodolitów, niemniej w bardzo trudnych warunkach, kiedy ustalanie współrzędnych natrafiało na duże terenowe przeszkody (góry, doliny, zadymianie), otrzymywaliśmy pomoc od specjalistów, takich jak Jurek z baterii ściśle topograficznych. Jurek był zawsze bardzo efektywny i znał się na rzeczy. Spotkanie Jurka po wielu latach było wielce sentymentalne i ogromnie miłe! Z pewną trudnością poznaliśmy się wzajem
Stanisław Szafran
nie, Jurek trochę w międzyczasie »wyolbrzymiał«, podobnie jak większość naszych wojennych kolegów, co właściwie było normalne po wojennej tułaczce". Stanisław Szafran po wojnie wyjechał do Stanów Zjednoczonych, obecnie mieszka w Kalifornii.
PRZYPISY:
1 Przysposobienie Wojskowe w kształcie znanym autorowi podlegało powołanemu w 1927 r. i podporządkowanemu wojsku Państwowemu Urzędowi Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego. Realizował on program szkolenia wojskowego poprzez organizacje społeczne (np. Strzelca) i przez hufce szkolne PW (PW nigdy nie miało charakteru powszechnego). W szkołach, w których działały hufce PW uczestnictwo w nich było obowiązkowe. 2 Zob. artykuł B. Kruszyńskiego Poznań we wrześniu 1939 r. w tym tomie "Kroniki".
3 O organizacji Okręgowej Zbiornicy Dozorowania Lotniczego patrz Z. Szymankiewicz, Poznań we wrześniu 1939, Poznań 1984, s. 40-42. 4 Cukiernia Jana Zaremby mieściła się przy ul. Górna Wilda 48.
5 Pierwszy alarm lotniczy został ogłoszony 1 września o godzinie 8.30, choć bombardowanie miało miejsce dopiero o 12. Por. Z. Szymankiewicz, op. cit., s. 95. 6 Poznańskie dzienniki w mocno okrojonej formie ukazywały się do 10 września, 3 września o północy zamilkła natomiast poznańska rozgłośnia Polskiego Radia. Por.
Z. Szymankiewicz, op. cit., s. 165.
7 Być może jest to echo ostrzelania przez dywersantów komendy dzielnicowej obrony przeciwlotniczej, która mieściła się w budynku szkoły przy ul. Wierzbięcice 55. Miało to miejsce około północy 2 września. W akcji ujęto sześć osób. Por. Z. Szymankiewicz, op. cit., s. 149. 8 Księga adresowa stołecznego miasta Poznania z 1930 r. wymienia jako jedynego Romana .Weinerta, nauczyciela, zamieszkałego jednak nie przy ul. św. Czesława, lecz przy ul. Zupańskiego 13-13a. 9 Pomyłka autora: rozbiórkę pomnika Wdzięczności rozpoczęto 18 października, tego też dnia miało miejsce wyłapywanie młodych Polaków na ulicach w celu wykrycia zbiegłych jeńców wojennych, por. Cz. Łuczak, Dzień po dniu w okupowanym Poznaniu, Poznań 1989, s. 45. Pierwsze aresztowania (23 osób) miały miejsce już 15 września, tamże s. 20.
10 Pakt Ribbentrop-Mołotow podpisano 23 sierpnia, wojska sowieckie uderzyły na Polskę 17 września o świcie.
11 Cała rodzina Szafranów (oczywiście bez Stanisława) po wojnie wróciła do Poznania.
12 Przełęcz Tatarska czy też Jabłonicka w Karpatach Wschodnich (931 n.p.m.) znajdowała się przed wojną na granicy między Polską (woj. stanisławowskie) i należącym do Czechosłowacji Zakarpaciem, które w 1939 r. przyłączone zostało do Węgier. Warto zauważyć, że oznacza to, iż nasi bohaterowie musieli też przekroczyć granicę między okupacją niemiecką a sowiecką w południowo-wschodniej Polsce, obejmującą tereny na wschód od Sanu. 13 W fundamentalnym opracowaniu wykazu Polskich Sił Powietrznych Tadeusza J. Krzystka znajdujemy pilota plut. Adolfa Richtera (4 XI 1921 - 8 XI 1944) służącego w 315. Dywizjonie Myśliwców, który zginął w trakcie lotu ćwiczebnego na północ od Maud, Aberdeenshire w Szkocji i pochowany został na cmentarzu Longside w szkockim Aberdeen. TJ. Krzystek, Polskie Siły Powietrzne w Wielkiej Brytanii w latach 1940-1947 łącznie z Pomocniczą Służbą Kobiet (PLSK - WAAF), Warszawa 2008, s. 362. Jest to jedyna osoba o tym nazwisku, zaś kilku Rychterów to osoby zdecydowanie starsze.
Powyższy artykuł jest częścią publikacji Kronika Miasta Poznania 2009 Nr2; Okupacja 1 dostępnej w Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej dla wszystkich w zakresie dozwolonego użytku. Właścicielem praw jest Wydawnictwo Miejskie w Poznaniu.