KAWKA BYŁA ZACHWYCONA

Kronika Miasta Poznania 2008 Nr2; Bazar

Czas czytania: ok. 6 min.

ANDRZEJ POPlAK

N amalowałbyś dwie alegoryczne postacie na szczycie Bazaru? - zapytała mnie żona któregoś pogodnego/wiosennego poranka 2002 roku. - Eee... czy ja wiem? - zacząłem od swego ulubionego w takich sytuacjach wstępu. - No to zadzwoń do Jędrzeja - powiedziała i, wychodząc, dorzuciła podstępnie: - Zawsze twierdziłeś, że lubisz ten budynek, bo od dzieciństwa łączą cię z nim dobre wspomnienia. Pa! Tak, w odległych czasach, gdy byłem dzieckiem, świat kipiał niebywałą wprost radością. Wierzyłem szczerze w to/ że przepełnia ona świat cały, a w przekonaniu tym utwierdzały mnie skoczne dźwięki utworów na marszową nutę i radosne śpiewy dochodzące z radia. Zespoły akordeonistów i mandolinistów codziennie dostarczały słuchaczom nowych, wspaniałych wrażeń. Matka nasłuchująca w nim wieczorami niemiłych trzasków i gwizdów z niepojętych względów nie podzielała moich zachwytów. Lecz brak entuzjazmuJ z jakim odnosiła się do wielu otaczających nas zjawisk, także tych, o których mówiono w radiu, nie znajdował u mnie zrozumienia. Przecież nawet zwykłe przemówienia nacechowane były żarliwością i zawsze przerywał je radosny i burzliwy aplauz. Tak jak na zakończenie występu chóru czy orkiestry. Świat rzeczywisty, świat zewnętrzny, ulica to przecież także radosny śpiew! Dorośli tego nie wiedzą? I wtedy przyszedł moment, który umocnił mnie w tym przekonaniu. Idąc po chleb do jedynego w tej okolicy czynnego późnym wieczorem sklepu na Al. Marcinkawskiego (nie pamiętam, czy już wówczas nosił on nazwę II Kop ernik ll ), doszedłem do hotelu Bazar. Raptem znalazłem się wewnątrz sporego tłumu/ przez który z trudem przedzierał się, świecąc reflektorami, wielki, czarny samochód. Błyszcząca limuzyna ze spuszczonym dachem sunęła bardzo wolno, a stojący w niej mężczyzna z białym szalem owiniętym wokół szyi uśmiechał się i pozdrawiał tłoczących się wokół ludzi. Przed wejściem do Bazaru auto zatrzy

Andrzej Popiak

Ryc. 1,2. Projekty alegorycznych postaci na szczycie budynku Bazaru

mało się i mężczyzna zaczął śpiewać. Najpierw dowiedziałem się, że chce całować zarówno brunetki, jak i blondynki, następnie prosił o uśmiech kobietę imieniem Ninon! Ludzi ogarnął entuzjazm - wszyscy bili brawo, wydając okrzyki zachwytu, niektórzy, bardziej śmiali niż muzykalni, próbowali nawet dołączyć do śpiewaka. Mężczyzna wysiadł, a szalejący tłum przeniósł go na ramionach do drzwi hotelu. Po dłuższej chwili wśród pełnych entuzjazmu okrzyków zachwytu i wykrzykiwania tytułów oczekiwanych pieśni pojąłem, że powtarzane zewsząd słowo Kiepura to nazwisko śpiewaka. Nagle stanął w oknie pierwszego piętra, nad wejściem do Bazaru i zapowiedział piosenkę, dodając, że jako chłopak z Sosnowca lubi ją szczególnie. Tego tytułu nikt wcześniej nie wykrzykiwał: IlUmarł Maciek ll , czy jakoś tak. Wkrótce okazało się, że piosenka jest bardzo radosna i mimo że Maciek już martwy, lIpodskoczyłby jeszcze - gdyby mu zagraliII! Wracałem zachwycony, zrozumiawszy, że świat przed chwilą wypełniony tak pięknym głosem sam jest oczywiście piękny i radosny! Był rok 1958. Często/ spoglądając w okno pierwszego piętra, widziałem tę scenę i słyszałem śpiewającego Jana Kiepurę. Czas wszakże upływał i świat jawił się coraz mniej radosny. Budynek stawał się jakby coraz smutniejszy i bardziej szary i coraz trudniej przychodziło przywołać do okna postać śpiewaka. Jan Kiepura zmarł w 1966 roku. Później było znacznie bardziej ciekawie i kolorowo, gdy zacząłem bywać w tzw. barku. Był to bar kawowy z wejściem od strony ul. Paderewskiego, w którym gromadził się kwiat poznańskiej młodzieży. Kwiat ten łaskawie z początku tolerował moją tam obecność, aby w końcu wreszcie ją zaakceptować, podnosząc w ten sposób mój prestiż w oczach rówieśników -licealistów, co napełniało mnie niewyobrażalnym szczęściem. Natomiast odwiedziny hotelowej restauracji w czasach studenckich potrafiły zmieniać optykę do tego stopnia, że po jej opuszczeniu świat stawał się nawet dość przyjemny. W marcu 2002 rokuJ gdy świat ten był już znacznie weselszy, a Bazar stopniowo odzyskiwał dawną, znaną mi tylko ze starych fotografii postać, usłyszałem z ust Jędrzeja Twardowskiego, prezesa spółki Bazar Poznański, propozycję namalowania w dwóch kartuszach na szczycie budynku alegorycznych postaci symbolizujących Rolnictwo i Przemysł. Niezbyt zasmucił mnie fakt, że zwracają się do mnie nie ze względu na mój niekwestionowany talent, lecz w przewidywaniu znacznie niższych kosztów od tych, które miałyby miejsce w przypadku realizacji przedsięwzięcia w technice mozaikowej (wcześniej okazało się, że wykonanie mozaik IItak pięknych, jak na sąsiednim gmachu Muzeum Narodowegall napotkało trudności nie do przezwyciężenia) . Od czasu studiów nie miałem zbyt wielu doświadczeń w technice fresku wapiennego, zaś jedyne dostępne materiały, na podstawie których mógłbym odtworzyć malowidła, to zdjęcia budynku zniszczonego działaniami wojennymi. Niewiele na nich widać. To były problemy rodzące moje wątpliwości i zakłopotanie/ nie wspominając już o dużej niechęci do pracy na wysokości i w warunkach/ które mnieJ człowiekowi wówczas już po pięćdziesiątce, wydawały się wielkim, a całkowicie zbędnym ryzykiem! liPaza tym projekty muszą zatwierdzić zajmujący się rekonstrukcją architekci, następnie konieczna jest akceptacja miejskiego konserwatora zabytków ll , próbowałem mnożyć problemy. IIAleż nie martw się - usłyszałem w odpowiedzi - renowacją budynku zajmują się poznańskie Pracownie Konserwacji Zabytków. Wskażą ci właściwą technologię, przygotują odpowiednie podłoże, zaś miejsce do pracy tam, na górze, zapewnimy ci wygodne i bezpieczneII. Bezpieczne... A jak spadnę? Zabiję się? Umrę! IlUmarł Maciek! umarł... II . No właśnie, tyle mnie łączy z tym gmachem, że czas na nim zostawić coś swojego. Wykonanie projektów? Przecież są już nowe narzędzia/ są komputery obsługujące doskonałe programy graficzneJ a ja przecież potrafię się nimi posługiwać, tworzyć przy ich pomocy nową, wirtualną rzeczywistość! Wystarczy tylko zajrzeć do albumów wypełnionych wizerunkami znanych postaci greckiej mitologii. Alegoria rolnictwa? Wizerunek greckiej bogini urodzaju Demeter będzie znakomity! Kto może uosabiać przemysł, rzemiosło? Może Hefajstos, bóg sztuki kowalskiej? Jednak ze zdjęć dokumentujących stan malowideł po zniszczeniach wojennych wynikaJ że na obydwu kartuszach widniały postacie kobiece. Pallas Atena - ona będzie najlepsza! Trzeba tylko wymienić włócznię na atrybuty właściwe jej nowemu wcieleniu. Wprowadzam do komputera uprzednio zrobione zdjęcie Bazaru, w kartuszach umieszczam dopracowane w szczegółach alegoryczne postacie - pięknie. Teraz tylko wejść na rusztowanie i wykonać. Pytani możemy powiedzieć, że to według oryginalnych projektów Rogera Sławskiego,

Andrzej Popiakautora przebudowy z 1900 roku - zażartował ktoś z zarządzających pracami. Później zobaczyłem, jak słowa te stały się ciałem w jego relacji dla IIGazety Wyborczejll . Farby A.W Keima okazały się dla mnie odkryciem! WynalezioneJ następnie opatentowane w 1878 roku przez tego niemieckiego rzemieślnika i badacza okazały się niezastąpione w naszym, o ileż chłodniejszym od śródziemnomorskiego klimacie. Wspaniała, ciepła kolorystyka wapiennych fresków zdobiących włoskie budowle na północy Europy szybko uległaby zniszczeniu. Tajemnica niemieckiego odkrywcy farb silikatowych zawarta jest w wewnętrznym scalaniu farby i podłoża w procesie skrzemiankowania. Użył zaś do tego odpowiedniej mieszaniny płynnego krzemianu potasowego (szkła wodnego) i pigmentów nieorganicznych. Gdy wszystkie problemy zostały rozwiązaneJ wystarczyło wejść na solidnie przygotowane rusztowanie i z Bożą pomocą rzecz całą doprowadzić do finału. Oprócz Bożej także ludzka pomoc okazała się konieczna, niełatwo bowiem przenieść wcześniej przygotowany rysunek z dużej papierowej płachty na zagruntowane wybrzuszenie stanowiące podkład. Przed rozpoczęciem pracy nad kartuszami rozpięto foliowe zadaszenie mające chronić malowidło przed deszczem, gdyż do czasu utrwalenia szkłem wodnym pigmenty mogły zostać wypłukane. Miały wtedy delikatność akwareli, łatwo dając się zmyć. Utrwalać natomiast trzeba było najmniej siedem do dziesięciu razy po ostatecznym ukończeniu całej pracy nad jednym elementem. Wówczas, zgodnie z zapewnieniem producenta, stają się odporne na działanie zarówno słońca, jak deszczu i śniegu, a osiadły brud po wielu latach można bez obaw zmyć. Minął pierwszy tydzień i trzy dni następnego. Codziennie po siódmej zaczynałem pracę, a już po dwóch godzinach słońce piekło niemiłosiernie po stronie/ na której znajdowało się moje stanowisko. Przez pewien czas ochronę dawał przeciwdeszczowy daszek, lecz trwało to niezbyt długo. Wędrujące słońce paliło głowę i ramiona, sprawiając, że nawilżane destylowaną wodą podłoże wysychało błyskawicznieJ co niezwykle utrudniało malowanie. Raz po raz na rusztowaniu siadała kawka, próbując napić się wody ze stojącego w pobliżu wiadra, w którym myłem pędzle. Przyglądała mi się z wyrazem zaciekawienia, ale i pretensji, jakby lejący się z nieba żar był moją winą. Oglądane z wysoka zakurzone drzewa i klomby na pl. Wolności rozpaczliwie potrzebowały deszczuJ lecz był on ostatnią rzeczą, której wtedy wyglądałem. Każdego dnia po skończonej pracy kartusz był szczelnie zawijany, aby uchronić go przed ewentualnym deszczem. Lecz zarówno prognozy pogody, jak i inne znaki na niebie i ziemi mówiły, że wszystko zakończy się pomyślnie. Zwłaszcza jeden z nich gwarantował sukces: w zupełnie nieprzewidywalnych momentach pracujący gdzieś wewnątrz murarz czy instalator zaczynał śpiewać pełną piersią. Głos miał mocny, o barwie jakby skądś znanej. IIBrunetki, blondynki... 1I Po zakończeniu ostatniego utrwalania, pozbieraniu farb, umyciu się i przebraniu rozszalała się prawdziwie wiosenna burza. Lało dobrą godzinę. Myślę, że kawka była zachwycona.

Powyższy artykuł jest częścią publikacji Kronika Miasta Poznania 2008 Nr2; Bazar dostępnej w Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej dla wszystkich w zakresie dozwolonego użytku. Właścicielem praw jest Wydawnictwo Miejskie w Poznaniu.
Do góry