MIAŁEM WSPANIAŁYCH NAUCZYCIELI

Kronika Miasta Poznania 2001 Nr1 ; Lekarze

Czas czytania: ok. 9 min.

ROMAN TROJANOWICZ

Z wykło się mówić, że każdy jest kowalem swego losu. Jest to oczywista prawda, z tym że w tym kowalstwie jedni mają lepszych, inni gorszych pomocników. Bardzo rzadko kowal pracuje sam. Zwykle najpierw rodzice prowadzą nam rękę z młotem, potem nauczyciele. Patrząc wstecz na mój, trwający po dziś dzień proces edukacyjny, muszę powiedzieć, że trafiłem na wspaniałych nauczycieli. N aprawdę miałem szczęście niebywałe, że począwszy od pań ze szkoły podstawowej przy ul. Jarochowskiego, poprzez belfrów w Gimnazjum im. Marcinkowskiego, aż po nauczycieli akademickich - wszyscy (no, powiedzmy, prawie wszyscy) byli naprawdę dobrzy w swoim fachu. Pewnie jest tak, że czas wyostrza kontury i dodaje barw wydarzeniom. Powszechnym jest przekonanie moich rówieśników, że takich profesorów, jakich my mieliśmy, teraz już nie ma, że to byli ludzie wszechstronnie przed wojną wykształceni, humaniści, a teraz to, pożal się Boże... Trochę smaku dodaje też irracjonalność tamtych czasów. Kiedy mówię, że na egzaminie wstępnym na studia medyczne w 1953 roku otrzymałem pytanie, czym różni się sojusz robotniczo-chłopski od więzi miasta ze wsią i jakie były dokładne daty urodzenia Marchlewskiego i Dzierżyńskiego, widzę w oczach moich młodych kolegów niedowierzanie. Ale tak było. Powiemjeszcze, że egzamin ten zdałem tylko dlatego, że obecna na nim prof. Stanisława Raszejowa przekonała egzaminatora z "nauki o Polsce i świecie współczesnym", że stan mojej wiedzy z chemii równoważy niedostatki wykształcenia z podstaw marksizmu i leninizmu. Stanisława Raszejowa, wdowa po zamordowanym przez okupantów Franciszku Raszei, kierowała Zakładem Chemii Ogólnej, ucząc nas podstaw tej dyscypliny na pierwszym roku studiów. Pracę miała niebywale ciężką, ponieważ najednym roku studiowało wówczas kilkaset osób, zasób zaś naszej wiedzy wyniesiony ze szkół średnich był niewielki.

Kliniką Nadciśnienia w Instytucie Kardiologii kierowała do niedawna prof. Bożena Raszeja-Wanic, córka Stanisławy i Franciszka. Rozpoczęła działalność dydaktyczną i naukową w Zakładzie Histologii u prof. Kurkiewicza, a następnie przeniosła się do I Kliniki Chorób Wewnętrznych kierowanej przez prof. Kwaśniewskiego. Jako student, stażysta, wolontariusz, w końcu adiunkt pobierałem z jej rąk naukę rzemiosła. Tak się więc stało, że na studia medyczne i do lekarskiego stanu zostałem przyjęty dzięki dwu paniom z tej rodziny. Był jeszcze w Zakładzie Medycyny Sądowej Stefan Raszeja, znawca nie tylko grzybów trujących, ale wszystkiego, co ma jakiś związek z truciem i trucicielstwem. Obecnie kieruje Medycyną Sądową w Gdańsku. I nie ma chyba w średnim i starszym pokoleniu poznańskich lekarzy nikogo, kto części R. 1. Pro dr Tadeusz Stefan Kurkiewicz yc swej wiedzy nie zawdzięczałby Raszejom. Studia medyczne nigdy podobno nie były łatwe i przyjemne, ale to, co nas, studentów na pierwszych dwu latach spotkało, przeszło najgorsze przewidywania. Na ćwiczeniach z anatomii obowiązywała zasada, że student przychodzi przygotowany, to znaczy ogląda na preparatach to, czego się w domu z podręcznika i atlasu nauczył. Nikt nie pomyślał nawet, że te wiadomości będą sprawdzane już na pierwszych ćwiczeniach prosektoryjnych, których program był oczywiście wywieszony w gablotce. Przychodzi więc nasz asystent, dr Pędziwiatr i powiada, że będziemy oglądać kości czaszki, ale najpierw sprawdzimy, czy państwo dość dokładnie zapoznaliście się z przedmiotem dzisiejszych ćwiczeń. Chciałbym, powiada, powiedzieć państwu, żeja pytam na poziomie uniwersyteckim. Należało, rzecz oczywista, znać nazwy polskie i łacińskie, całe szczęście, że angielski jeszcze nie był w modzie, a rosyjskich jakoś nie wymagano. Zakładem Anatomii kierował prof. Adam Krechowiecki, który jednak, pracując na stałe w Szczecinie, rzadkim był w Anatomicum gościem. Zastępował go, bardziej dla nas wyrozumiały niż surowi asystenci, prof. Józef Kołaczkowski (ryc. 2). Postacią legendarną wśród studentów była dr Leokadia Młynarczykówna (ryc. 3), "Lodzia", "numer dwa" w zakładzie, pełna dowcipu, czasem trochę zgryźliwego, stale otoczona gronem młodszych asystentów. Rządziła listami, kolokwiami, zaliczeniami i całą administracją nauczania. Z Zakładu Anatomii wyszło wielu wybitnych lekarzy licznych specjalności. Do dziś kieruje Zakładem

Roman Trój ano wicz

Ryc. 2. Prof. Józef Kołaczkowski

Ryc. 3. Doc. Leokadia Młynarczyk

Anatomii prof. Witold Woźniak. Wierni anatomii zostali profesorowie Aleksander Kabsch i Kazimierz Grottel, radiologię uprawia prof. Andrzej Ziemiański, neurochirurgię profesorowie Zdzisław Huber i Roman Zimny, laryngologię prof. Obrębowski, Kiersz jest chirurgiem, Zinek Kolendowski leczy Szwajcarów, ftyzjatrą był nieżyjący już Rajmund Krzyśko. Długo można by jeszcze wyliczać nazwiska tych, którzy pod okiem prof. Kołaczkowskiego i dr Młynarczykówny uczyli nas o kościach nadgarstka i przyczepach mięśnia brzuchatego łydki. W Collegium Anatomicum panowała atmosfera zupełnie szczególna. Wejścia pilnował surowy portier J endykiewicz, którego szanowali profesorowie, a bali się studenci. O 9 rano przyjeżdżał Pan Rektor Kurkiewicz, przywożony przez kierowcę z rektoratu pana Chudziaka. Witał się z Jendykiewiczem, oddawał teczkę i kapelusz laborantom Zakładu Histologii Józefowi Szymańskiemu i Pawłowi Wolniewiczowi, którzy wychodzili po niego do portierni, po czym wolno, poprzedzani przez asystentkę Pana Rektora panią Krzysię, udawali się do zakładu. Rytuał ten powtarzał się codziennie z absolutną regularnością. Tadeusz Stefan Kurkiewicz był profesorem w dawnym stylu. Studiował w Krakowie, Tomsku, N eapolu. Za udział w wydarzeniach 1905 roku dostał tzw. "wilczy bilet", który uniemożliwiał kontynuowanie studiów w europejskiej części Rosji, stąd peregrynacje po Europie, świetna znajomość języka i kultury rosyjskiej, miłość do Lermontowa i Puszkina. "Synku, to, czym się teraz tam posługują, to nie jest rosyjski, to język rzezimieszków i pospólstwa" - mówił. Wykładał tak, że studenci zapominali o notowaniu. Mówił nieco już archaicznym językiem bliższym zapewne dziewiętnastowiecznej polszczyźnie niż panoszącej się wtedy socjalistycznej nowomowie. Jako dziekan Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Poznańskiego w chwili utworzenia Akademii Medycznej automatycznie niejako został jej pierwszym rektorem, w czym nie przeszkodził fakt, że nie był lekarzem. Był prawdziwym Magnificencją, do końca życia zwracano się do niego "Panie Rektorze". Wychował świetnych uczniów: profesorowie Tadeusz Pawlikowski, Kazimierz Miętkiewski, Jan Słotwiński, Kazimierz Dux, Mieczysław Walczak i wielu jeszcze innych kontynuowało jego myśl badawczą i dydaktyczną troskę o następców. Zastąpił go w prowadzeniu zakładu jeden z najlepszych uczniów Kazimierz Miętkiewski, zupełnie inny typ człowieka. Kurkiewicz uwielbiał piękne kobiety, dobre towarzystwo, był bywalcem koncertów symfonicznych, przed wojną działał w Towarzystwie Ateistów i Wolnomyślicieli z logikiem, prof. Adamem Wiegnerem. Dla Miętkiewskiego, chłopskiego syna, nauka była wszystkim. Sam mówił o sobie, że jest "przenaukowiony". Obdarzony świetną pamięcią i ogromnie pracowity, z niesamowitym uporem pokonywał kolejne stopnie akademickiej kariery. Jego wykłady, opracowane do perfekcji, rzeczowe i maksymalnie skondensowane, różniły się w zasadniczy sposób od literackich bez mała wypowiedzi jego mistrza. Za czasów Miętkiewskiego wszystkie wychodzące z Zakładu Histologii publikacje były wielokrotnie czytane i poprawiane w sposób nieraz dla autorów nadzwyczaj uciążliwy. Kiedyś młody asystent (dziś zresztą znany profesor) zmuszony był pojechać do Łodzi, żeby odebrać z redakcji pracę wysłaną tam poprzedniego dnia, bo "Staremu" się przypomniało, że to zdanie na trzeciej stronie trzeba by jeszcze przemyśleć. Miętkiewski codziennie o godz. 21 wychodził na spacer, naj chętniej w towarzystwie któregoś z bliżej mieszkających asystentów lub znajomych. Dzwonił wtedy, mówiąc, że ruch fizyczny jest niezbędny dla zdrowia i że ma bardzo ważne, również dla kolegi, sprawy do omówienia. W ten sposób mieszkający w okolicy znali już charakterystyczną, nieco przyciężką sylwetkę starszego pana w berecie, który, perorując głośno, zatrzymywał się nieraz na środku Jaro

R . 4. Prof. dr Kazimierz Mi ę tkiewski yc

Roman Trojanowicz

Ryc. 5. Dr Czesław Król i dwaj studenci z Kola Naukowego przy Zakładzie Histologii: Andrzej Limanowski i Roman Trojanowicz

chowskiego, aby dokładnie wyłożyć swoją rację młodemu jeszcze wtedy Poldkowi Sroce, Kaziowi Wojciechowskiemu, Witkowi Kopczyńskiemu lub piszącemu te słowa. Wychował znakomitych badaczy i nauczycieli, profesorów Wojciecha Rossowskiego (pracuje w USA), Andrzeja Łukaszyka, obecnego kierownika zakładu, Ludwika Malendowicza, Jerzego Warchoła, Andrzeja Limanowskiego, Bogdana Miśkowiaka, Macieja Zabela.

Prócz tradycyjnie należących do programu wstępnego nauczania przyszłych lekarzy przedmiotów: anatomii, histologii, fizjologii, chemii, fizyki i biologii uczono nas jeszcze podstaw marksizmu. Wykłady z tej gałęzi wiedzy głosili Irena Janaskowa i Antoni Czubiński. Na styku ideologii i nauki dochodziło nieraz do sytuacji zabawnych. We wtorki rano słuchaliśmy na wykładzie pani Janasek, że geny i choro mo somy są burżuazyjnym wymysłem, i radzieccy uczeni, Łysenko, Lepieszyńska et consortes udowodnili, że wcale nie istnieją. Po skrupulatnym zanotowaniu tych tez przechodziliśmy na drugą stronę korytarza do sali ćwiczeń histologii, gdzie po krótkiej przerwie oglądaliśmy pod mikroskopami wspaniale wybarwione, widoczne już pod małym powiększeniem chromosomy w komórkach pędu cebuli. Nie mogę jakoś do dziś zrozumieć, dlaczego zderzenie tych informacji nie powodowało u nas epistemologicznych rozterek. Dużą część studenckiego czasu pochłaniały zajęcia w Studium Wojskowym.

Zajęcia praktyczne, musztra, ćwiczenia z bronią, strzelania dla mężczyzn odbywały się zwykle przed południem na terenach między al. Polską i Ławicą. Po krótkiej przerwie obiadowej maszerowały na Ławicę dziewczyny, my zaś pobieraliśmy teoretyczną wiedzę wojskową w salach wykładowych. Widok dziewcząt maszerujących przez miasto w kombinezonach, zwykle za dużych, i wojskowych butach, również za dużych, budził współczucie przechodniów. W latach późniejszych dziewczyny dostały zgrabniejsze mundurki, co uznano za wielki postęp w szkoleniu. Kadra oficerska studium była bardzo zróżnicowana. Pracowali tam oficerowie lekarze, oficerowie, którzy równocześnie medycynę studiowali, "normalni" oficerowie, jeden starszy sierżant i cywilne panie w sekretariacie. Wykłady pułkowników Strzyżowskiego, Psui, Machowskiego były po prostu uzupełnieniem, na akademickim poziomie, lekarskiej wiedzy. Bardzo interesujące były zajęcia prowadzone przez "ogólnowojskowego" , niezwykle kulturalnego, widywanego w teatrach i na koncertach pułkownika Sadowskiego. Opowiadano jednak o innym, który zwrócił się z pytaniem do obecnych lekarzy: "Studenci przezywają mnie »debil«, nie wiecie, co to może znaczyć?" Nasz kolega Józek Barancewicz, wówczas major, odpowiedział natychmiast: "Nie martw się, to znaczy po francusku major". Starszy sierżant, lubiany zresztą, utyskiwał często na trudności z piętrowymi ułamkami, przygotowując się zaocznie do matury, a przyszli doktorzy nie bardzo mogli mu pomóc. Dyskutuje się ostatnio o wojskowym szkoleniu studentów - nie będzie łatwo, nie majuż tamtych, niepowtarzalnych fachowców.

Ci, którym udało się pokonać dwa pierwsze lata medycyny, pełne pamięciowego wkuwania obco brzmiących terminów, nazw i pojęć, na trzecim roku nieco odetchnęli. Rozpoczęły się przedmioty, które jakoś z medycyną . ?

. , .

RyC_ 6_ Studenci z Koła Naukowego przy Zakładzie Histologii; od lewej: Andrzej Limanowski (ob. profesor w tym zakładzie), Włodzimierz Mirski (ob. specjalista radiolog) i jerzy Łukowski (ob. specjalista ginekolog)się kojarzyły. Profesor Franciszek Łabendziński na pierwszym wy

Roman Trojanowicz

Ryc. 7. Grupa studentów w czasie przerwy w zajęciach w szpitalu

Ryc. 8. Studentki medycyny w Parku Heliodora Święcickiego w 1957 r.; od lewej: Janka Kanafocka, Krystyna Lorkiewicz (ob. Petzoldowa, prof. okulistyki), Ola Kaizer (ob. Jurczykowa, ortpeda)

kładzie z chorób wewnętrznych pytał nas, czy wiemy, jakie są najlepsze słuchawki. Z sali padały różne odpowiedzi. N o, powiada, jest mi przykro, ale pomimo że prof. Pilawski (fizyk) mówił mi, że jesteście dobrym rokiem, nikt z was nie wie, że najlepsze są słuchawki swoje, własne. Potem opowiadał nam jeszcze wiele anegdot i dykteryjek. Kochaliśmy Łabendzińskiego. Internę wykładała również doc. Maria Dowżenkowa. Jej wykłady były bardzo rzeczowe, uporządkowane, pełne ważnych dla lekarza rzeczy. Chirurgiczne elementańa przekazywał nam doc. Jerzy Borszewski. Na początku powiedział, że będzie mówił o rzeczach w chirurgii i medycynie zupełnie podstawowych, najważniejszych, że tego nie trzeba notować, to trzeba po prostu zrozumieć. Wykładał wieczorem w sali szpitala przy ul. Szkolnej i początkowo, ze względu na porę, audytorium było skromne, wkrótce jednak, chcąc się dostać na salę, należało przyjść co najmniej pół godziny przed rozpoczęciem wykładu. Był też świetnym operatorem i badaczem o rozległych zainteresowaniach teoretycznych, także humanistycznych. Zmarł niestety, nie osiągnąwszy pięćdziesiątki. Zajęcia szpitalne miały na III roku studiów charakter propedeutyczny i z założenia raczej nas ze szpitalem i chorymi oswajały, niż uczyły chirurgii czy interny. Najpoważniejszym przedmiotem była anatomia patologiczna. Zajęcia z tego przedmiotu odbywały się w bardzo już starych pomieszczeniach przy ul. Koziej, na tyłach Szpitala Miejskiego. Tam mieściło się prosektorium. Wykłady głosił prof. Janusz Groniowski w sali anatomii przy ul. Święcickiego, ćwiczenia z mi

Ryc. 9. Studenci IV roku medycyny; od lewej: Lucjan Kwiatkowski, Tadeusz Piorunek, Józef Zalewski i Tadeusz Sobisiak.

Roman Trojanowiczkroskopami odbywały się też w Collegium Anatomicum. Biegaliśmy więc po całym mieście. Profesor Groniowski był uczniem znanego warszawskiego anatomopatologa, prof. Ludwika Paszkiewicza, który cieszył się takim autorytetem w swojej specjalności, że asystent, żeby precyzyjnie opisać wątrobę zmarłego, pisał w protokole sekcyjnym: "narząd powiększony, w kolorze teczki pana profesora". Wykłady, zawsze przy pełnej sali, były bardzo interesujące, mimo że prof. Groniowski nieco się jąkał. Wcale nam to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie - dodawało szczególnej barwy. Zdarzało się, że w zastępstwie szefa wykład prowadził drugi profesor z tego zakładu Marian Rozynek, o którym wszyscy wiedzieliśmy, że był wielkim autorytetem naukowym, ale mówił dość słabo po polsku, ponieważ studiował i pracował początkowo w Berlinie. Wykład jego usiany był zabawnymi nieraz przejęzyczeniami, które profesora bardzo konsternowały, nam zaś, słuchaczom, bardzo się podobały.

Ryc. 10. Prof. dr. Zdzisław Stoizmann, dziekan Wydziału Lekarskiego w czasie absolutorium, 1958 r.

Asystenci prof. Groniowskiego nadzwyczaj powaznle traktowali swoje obowiązki dydaktyczne. Rozpoznawania i interpretacji obrazów mikroskopowych wątroby, nerek czy rozlicznych nowotworów uczyli nas obecni profesorowie Przemysław Gabryel, późniejszy kierownik zakładu i dziekan Wydziału Lekarskiego, i Wiesława Salwa oraz doktorzy: Czesław Majewski, Aurelia Rucka i Jan Barańczak. To dzięki ich zapałowi stosunkowo wielu kolegów z mojego roku poświęciło się tej specjalności. Poszli w tym kierunku Bogdan Woźniewicz, obecnie profesor w Warszawie, Andrzej Topiłko, Genio Simon, Bogusław Herman, Tadeusz Sobisiak, Kazimierz Stułkowski. Moim przewodnikiem na tej drodze był dr Jan Barańczak, ojciec znanego poety. W drugim semestrze zaproponował kilkunastu z nas udział w obozie studenckim, który miał się odbyć w wiosce Wąsosze, niedaleko Konina, nad jeziorem. Studenci mieli tam pod okiem swych opiekunów, lekarzy z klinik i zakładów Akademii, obserwować stan zdrowotności i higieny u ludności wiej

Powyższy artykuł jest częścią publikacji Kronika Miasta Poznania 2001 Nr1 ; Lekarze dostępnej w Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej dla wszystkich w zakresie dozwolonego użytku. Właścicielem praw jest Wydawnictwo Miejskie w Poznaniu.
Do góry