CAŁY ŚWIAT PROFESORA PEZACKIEGO

Kronika Miasta Poznania 1999 R.69 Nr3 ; Sołacz

Czas czytania: ok. 13 min.

DANUTA KSIĄŻKIEWICZ-BARTKOWIAK

N a małej uliczce Kujawskiej na Sołaczu aż gęsto od doktorów honoris causa.

Mieszka tu prof. Mańka, leśnik, prof. Horst, lekarz, i technolog żywności prof. Pezacki, rzeźnik - jak sam o sobie mówi. Ten ostatni różni się od pozostałych tym, że honorowe doktoraty posiada dwa, przyznały mu je Akademie Rolnicze w Poznaniu i we Wrocławiu. Jego dom jedynie ogrodem graniczy z ul. Kujawską, a frontem wychodzi na dłuższą i okazalszą, dzięki szpalerowi wspaniałych akacji, ul. Mazowiecką. Jeżeli jeden doktorat przyznać ul. Mazowieckiej, może część splendoru spadnie i na tę ulicę, choć utytułowanych mieszkańców nigdy jej nie brakowało - swe domy mieli tu prof. Chrząszcz, przed wojną kierownik Katedry Technologii Rolnej, i prof. Runge, weterynarz i rektor Uniwersytetu Poznańskiego w okresie II Rzeczypospolitej.

* * *

Wincenty Pezacki nie jest poznaniakiem, ale jest Wielkopolaninem. Urodził się w Kcyni jako ostatni z szóstki rodzeństwa. Gdy miał cztery lata, zmarła mu matka, a trzy lata później nie żył już ojciec. Małym Wickiem opiekowała się najpierw ciotka, a potem starszy brat, gdy - jak mówi profesor - już się ustatkował. Do szkoły podstawowej chodził w Kcyni. Był chłopcem niezamożnym, ale zdolnym, dzięki czemu został stypendystą Fundacji Książąt Sułkowskich. W 1928 roku rozpoczął naukę w Gimnazjum im. Książąt Sułkowskich w Rydzynie wraz z pierwszym rocznikiem uczniów wybranych spośród wielu kandydatów zgłoszonych z terenu całej Polski. - Nie byłbym tym, kim jestem, gdyby nie rydzyńskie gimnazjum - mówi dziś profesor. - Przez te kilka lat było dla mnie domem, a ludzie, których tam spotkałem, stanowili moją rodzinę, bo prawdziwej tak naprawdę nigdy nie miałem. Był prymusem i nie miał grosza przy duszy. Po ma

Danuta Książkiewicz- Bartkowiak

turze dyrektor gimnazjum prof. Tadeusz Łopuszański, znany pedagog, I wcześniej wiceminister, a krótko na. A . fc». w e t minister oświaty i wyznań religijnych, poprosił go do siebie i zapytał: I co dalej z tobą, Wicek? - Gdybym i,!*51 M%» I ID i a ł pieniądze, to bym studiował - [ odpowiedział Wincenty. - To już je ijft- masz, z naszej fundacji. l Rozpoczął więc studia weterynaJ ryjne na Uniwersytecie Warszawskim.

JFJpf Pieniądze dostawał przez rok, a później, jako jedyny na roku, otrzymał stypendium państwowe w wysokości 100 zł miesięcznie. - Dla mnie to była olbrzymia suma. Byłem bogaczem - J mówi dziś profesor. Kiedy na ostatnim 1 roku studiów stypendium mu odebraI no, swoją pomoc zaproponowała znów rydzyńska fundacja. Zresztą wtedy Wincenty zarabiał już całkiem spore pieniądze. Notował wykłady, Ryc. 1. Wincenty w okresie studenckim koleżanka z roku je przepisywała, razem je powielali i gotowe skrypty - sprzedawali. Studia skończył w 1938 roku. Wtedy już wiedział, co chce robić w przyszłości - interesowała go higiena i technologia przetwarzania surowców rzeźnych. 1 września 1938 r. miał rozpocząć pracę w katedrze prof. Maternowskiej, "starszej pani, która nosiła wyłącznie starą, srebrną biżuterię", jak wspomina ją dziś profesor. Prof. Maternowska zajmowała się wówczas utrwalaniem mięsa w warunkach polowych. Zbliżała się wojna i był to problem jak najbardziej aktualny. W te badania włączył się Wincenty. - Mięso świńskie kroiliśmy w kawałki i zalewaliśmy wytopionym z niego tłuszczem - opowiada profesor Pezacki. - Po roku tłuszcz się usuwało, a mięso było bardzo dobre. W tym czasie jednak dostał kolejne w swoim życiu, roczne stypendium, tym razem z Ministerstwa Rolnictwa i Reform Rolnych, zresztą trzy razy wyższe niż pensja młodszego asystenta na uczelni, i opuścił gościnną katedrę pani Profesor, jak się później okazało - na zawsze. W czasie tego roku Wincenty zjechał cały kraj, m.in. pracował wówczas jako praktykant w przetwórni Przybyły w Poznaniu przy ul. św. Ducha i kilku innych poznańskich firmach. W Poznaniu przebywał trzy miesiące. Pobyt przedłużył ze względu na mieszkającą w pobliżu, o trzy godziny drogi!, narzeczoną - poznaną w 1935 roku filigranową i śliczną kcyniankę, pannę Jankę Andrzejewską. Po zakończeniu praktyk wyjechał do Torunia i tam zastała go wojna. Po dwóch tygodniach został aresztowany, ale uciekł, wyskakując przez okno na I piętrze budynku, gdzie miał być przesłuchiwany.

- Wtedy, jedyny raz w życiu, przechodząc obok wartownika, podniosłem rękę i powiedziałem: "Hei! Hitler!" - wspomina profesor. Wrócił do Warszawy i zamieszkał w mieszkaniu koleżanki ze studiów Jadzi Krasnosielskiej .

Kur nie oglądałem...

W Warszawie nie mógł znieść Niemców. - Byłem psychicznie wykończony, bałem się, że zrobię jakieś głupstwo - opowiada Wincenty Pezacki. - Więc kiedy znajomy Jadzi zaproponował mi wyjazd do Dobrzynia nad Wisłą, na granicę Generalnej Guberni i terenów włączonych do Rzeszy, jako oglądacz mięsa - zgodziłem się natychmiast. Dojechać tam można było wyłącznie końmi z Włocławka, 20 km bezdroży. Już w czasie pobytu profesora w Dobrzyniu odbył się w Bydgoszczy ślub Janiny (Nuny, jak żonę nazywa

Ryc. 2. Narzeczeni na spacerze w Bydgoszczy w 1938 rfl&*

N (

1 li '

"?".'..::

8fv-J

-: f n 1 ł m I

Ryc. 3. Fotografia ślubna Janiny i Wincentego Pezackich, 1940 r.

Danuta Książkiewicz- Bartkowiakprofesor) i Wincentego. - Gdy miejscowi rolnicy, Polacy, do których mąż jeździł leczyć zwierzęta, dowiedzieli się, że przyjedzie z żoną - wspomina pani Pezacka - przysłali do Włocławka przybrany girlandami powóz z opuszczaną budą, stangretem i ogromnym bukietem kwiatów. Jechaliśmy tym powozem w piękną lipcową noc do maleńkiego domku, w którym mieliśmy teraz oboje mieszkać. Po dwóch latach lekarz powiatowy, Bawarczyk, któremu Wincenty wtedy podlegał i który przyjeżdżał do państwa Pezackich na czerninę, ponieważ go polubili i chętnie gościli w swoim domu, dowiedział się pewnego dnia, że mają ich wywieźć. W nocy, bo czas naglił, przysłał umyślnego z pismem, że przenosi ich pod Toruń, Ryc. 4. Oglądacz mięsa w Dobrzejewicach, 1943 r. do Dobrzejewic. Wyjechali natychmiast. Był rok 1942. W Dobrzeje wicach Wincenty dalej był oglądaczem mięsa; badał przydatność spożywczą mięsa zwierząt rzeźnych po uboju, czyli po prostu kontrolował jego jakość. Drobiem się nie zajmował. - Kury po prostu nigdy mnie nie interesowały - dodaje profesor.

Świnia w piwnicy

Po wojnie Wincenty Pezacki został lekarzem weterynarii w Szubinie. Tu dostał list z Ministerstwa Oświaty i Reform Rolnych z pytaniem, czy chce powrócić na uczelnię. W czasie wojny profesor prowadził badania praktyczne, niezbędne do zakończenia doktoratu, którego dużą część teoretyczną napisał już w roku 1939. - Siedzieliśmy jak na bombie - wspomina pani Pezacka. - Mąż zatapiał tusze wieprzowe w beczkach swoim systemem i trzymał to w schowku w piwnicy. Niemcy w czasie wielokrotnych rewizji jakoś nigdy nie doszukali się tej ruchomej podłogi, bo gdyby tę świnię znaleźli, pewnie aresztowaliby nas za szaber! Zasalał i zalewał tłuszczem takie trzy wielkie beki i to była tak zwana strona praktyczna tego doktoratu. Gotową pracę Wincenty Pezacki zakopał w stodolew Dobrzejewicach. W 1946 roku zawiózł ją do Lublina, do prof. Trawińskiego, nauczyciela prof. Maternowskiej, która w czasie wojny została zakatowana przez gestapo. Praca została przyjęta w maju, a 10 czerwca miała miejsce obrona, na którą ciężarówką z wieloma przesiadkami pojechała również pani Nuna. 1 września profesor zgłosił się na nowo powstałą wówczas uczelnię, Wyższą Szkołę Gospodarstwa Wiejskiego w Łodzi, gdzie zorganizował Zakład Technologii Mięsa i Ryb. - Kiedy profesor Skupiński, mój dawny nauczyciel z Uniwersytetu Warszawskiego, dawał mi nominację na dziekana, powiedziałem mu: "Ależ, panie rektorze, ja nie mam żadnego doświadczenia!" - wspomina po latach profesor. - "Aja przed wojną rektorem byłem?" - zapytał mnie wtedy Skupiński. Po czterech latach, we wrześniu 1950 roku, przeniesiono profesora na Politechnikę Łódzką na nowo utworzony Wydział Chemii Spożywczej, przekształcając równocześnie zakład w Katedrę Technologii Mięsa. Kiedy rektor Politechniki, prof. Achmatowic z został wiceministrem, rozpoczął reformę szkolnictwa wyższego. Doszedł wtedy do wniosku, że na Politechnice pozostanie jedynie chemiczne przetwarzanie żywności, w związku z tym technologie mięsa, owoców i warzyw przeniósł do Olsztyna. Tam Wincenty \ Pezacki miał być prorekto- r rem. Jednak zanim zakończył przygotowania do uruchomię- t nia nowej katedry w Olszty- I nie, przyszło nowe rozporzą- I dzenie o likwidacji Katedry I Technologii Mięsa w Łodzi I i przeniesieniu jej do Pozna- J nia, gdzie weszła w skład Wydziału Rolniczego tutejszej Wyższej Szkoły Rolniczej. Był rok 1953.

Nie ma Pan katedry

Sprawcą całego zamieszania z przenoszeniem katedr był prof. Józef Janicki, znakomity uczony, chemik, przed wojną pracownik li prof. Chrząszcza w Katedrze Technologii Rolnej Uniwersytetu Poznańskiego przy ul. Mazowieckiej 48 na Sołaczu. - Był mego wzrostu, tylko objętości trochę większej - tak zapa

Ryc. 5. Janina i Wincenty z córkami Teresą i Ewą, Poznań 1955 r.

Danuta Książkiewicz- Bartkowiak

Ryc. 6. Wincenty Pezaki, Zbigniew Duda (obecnie profesor Akademii Rolniczej we Wrocławiu) i Stanisław Tyszkiewicz (doktorant profesora, dziś pracownik naukowo-badawczy Instytutu Przemysłu Mięsnego w Warszawie), fot. z lat 60mięta! go prof. Pezacki. W czasie wojny budynek katedry uległ zniszczeniu. Po wojnie Janicki jako jeden z pierwszych wrócił na uczelnię, a jednocześnie przeniósł się na Sołacz i zamieszkał przy ul. Śląskiej. Przyświecała mu idea utworzenia uczelnianego centrum nauki o żywności. Miał duże szanse, ponieważ wtedy w Poznaniu pracowali znakomici naukowcy: biochemik prof. Pawełkiewicz, członek PAN, prof. Adam Niewiarowicz, technolog drobiarstwa, prof. Zofia Harłampowicz, która zajmowała się technologią owoców i warzyw, prof. Jankowski, technolog zbóż, młody wtedy prof. Szebiotko, późniejszy rektor, prof. Stawicki, mikrobiolog, czyli tzw. rzeźnicy, drobiarze, piekarze - w zależności od specjalności, którą się zajmowali. Profesor Janicki zajął się również odbudową zniszczonego budynku katedry przy Mazowieckiej. - Prof. Janicki namawiał mnie do przyjazdu do Poznania już od dawna, ale nie byłem zbyt chętny. Wtedy wpadł na szatański pomysł, aby przenieść mnie wraz z katedrą - opowiada Wincenty Pezacki. - Przyjechał do mnie do Łodzi i powiada: "Nie ma Pan już katedry, przeniesiona do Poznania. I jak się Pan teraz czuje?" Do Poznania Pezaccy przywieźli 100 skrzyń z całym wyposażeniem łódzkiej katedry, które dał rektor Politechniki Łódzkiej. - Tu wszystko było już przygotowane, tak że z godziny na godzinę można było zacząć pracę - opowiada pani Janina. Wincenty Pezacki był wówczas zastępcą profesora. Do Poznania przyjechał sam, współpracowników dobrał sobie, korzystając z rad prof. Janickiegoitnn

Ryc. 7. Zajęcia terenowe studentów technologii mięsa Wyższej Szkoły Rolniczej w Poznaniu, fot. z l. 60. Wincenty Pezacki siódmy od lewej strony.

Pierwszymi asystentami profesora byli Barbara Dzierżyńska-Cybulko (doktorat robiła u prof. Janickiego, habilitację już u prof. Pezackiego) i Zbigniew Duda (dziś profesor, jeden z najbardziej cenionych za granicą polskich technologów żywności), potem także nie żyjący już Józef Gracz.

Prezerwy na eksport

Katedra Technologii Mięsa zajęła początkowo część odbudowanego gmachu Katedry Technologii Rolnej przy ul. Mazowieckiej 48, a po koniec 1956 roku parter i piwnice nowej, właśnie oddanej do użytku części tego samego budynku (pieniądze na budowę nowego skrzydła wywalczył prof. Janicki, który zresztą też na tym skorzystał, bo dostał I piętro). Na parterze znajdowały się pokoje pracowników naukowych, laboratoria i pomieszczenia dydaktyczne, w piwnicach prof. Pezacki urządził pod koniec lat 50. doświadczalną przetwórnię mięsa. Doświadczalna była tylko z nazwy, ponieważ przez całe lata odbywała się tam produkcja towarowa i to na dość dużą skalę. Profesor miał umowy z Zakładami Mięsnymi i Miejskim Handlem Mięsem i na tym "robił interes". Pieniądze szły na finansowanie badań prowadzonych piętro wyżej, w laboratoriach katedry. Placówka miała status gospodarstwa pomocniczego. Profesor uważał, że w okresie powojennym, gdy brakowało technologów żywności, a tworzono już duże zakłady mięsne, należało łączyć teorię z praktyką i nowicjuszy przygotowywać

Danuta Książkiewicz-Bartkowiak

Ryc. 8. Gabinet profesora Pezackiego w budynku Katedry Technologii Mięsa przy ul. Mazowieckiej 48do zawodu tak, aby potrafili poradzić sobie w różnych okolicznościach. Każdy student miał obowiązkowo dwa tygodnie praktyk w przetwórni. Tłoku nie było, ponieważ w tych latach na roku specjalizowało się w technologii mięsa zaledwie kilku studentów. Maszyny do produkcji podarowały katedrze zakłady mięsne z całej Polski, tak się bowiem składało, że spora część dyrektorów tych zakładów była absolwentami profesora. W przetwórni był pion techniczny i administracyjny. Zatrudniono rzeźników, którymi dowodził majster, a administracją kierował inżynier technolog. Wędliny tu produkowane były robione według oryginalnych receptur, tzn. zestaw surowców nie był taki sam, jak w wyrobach tradycyjnych, inne dodawano przyprawy, inny był też proces produkcji. Dziełem profesora była słynna kwadratowa serwolatka. Miała być eksportowym hitem sołackiego gospodarstwa. Wincenty Pezacki nie zgadza się, żeby podejrzewać go o swego rodzaju fanaberie. - Inaczej toczy się proces fermentacji, gdy jest owal na przecięciu, a inaczej, gdy kwadrat - wyjaśnia. - I o żadnych wymysłach nie było tu mowy! To był celowy zabieg technologiczny, który zmienił smak i zapach mojej serwolatki. Zresztą Bułgarzy robili to już dawno, tylko nie wiedzieli, dlaczego. I to była właśnie najważniejsza zaleta połączenia katedry z przetwórnią - u góry asystenci i studenci prowadzili badania, a w piwnicy sprawdzaliśmy je doświadczalnie i gdy jakiś pomysł był dobry, wprowadzaliśmy nowy produkt do produkcji. Gotowe wyroby sprzedawano w sklepiku znajdującym się obok budynku katedry przy Mazowieckiej 48. Każdy pracownik Wyższej Szkoły Roiniczej dostawał przy wypłacie kartki, które upoważniały do zakupu określonej ilości wędlin. Potem profesor mógł skonfrontować teorię z praktyką na ulicy, rozmawiając z sąsiadem o tym, co jadł na śniadanie. W przetwórni produkowano też mięso puszkowane. - Bardzo ciekawe zresztą - dodaje pani Pezacka. - Te surowe płaty wieprzowe zanurzone w oliwie były bardzo smaczne! Nazywano je prezerwami, a od konserw różniły się tym, że po zamknięciu w puszce nie poddawano ich już żadnym dalszym zabiegom. - Prezerwy umarły śmiercią naturalną - mówi pani Janina. - Myśmy robili takie karkołomne rzeczy, którymi później już nikt się nie parał. Janina Pezacka pracowała w przetwórni od samego początku, a właściwie nawet przed profesorem, ponieważ sam Pezacki w tym czasie, gdy przetwórnia ruszała, wyjechał na roczne praktyki do Kulmbach do Niemiec. Wyjazd był dla profesora niezwykle ważny, ale rozruchu przetwórni nie można było już odkładać. Zostawił więc żonę z całym organizacyjnym rozgardiaszem, a po powrocie - jak przekornie mówi pani Janina - i tak wszystko zorganizował po swojemu. Przetwórnia działała do końca lat 70. Ponieważ nie przynosiła już takich dochodów, jak na początku - zdrożało mięso, a gotowe wyroby nie - profesor podjął decyzję o jej zamknięciu. Od tego czasu działa w piwnicy przy Mazowieckiej jedynie przetwórnia doświadczalna. Maszyny i urządzenia produkcyjne odeszły razem z profesorem, dziś są eksponatami Muzeum Gospodarki Mięsnej w Sielinku, trzeciego na świecie i pierwszego w Polsce muzeum gromadzącego przed

Ryc. 9. Prorektor poznańskiej WSR, prof. Wincenty Pezacki, prorektor, prof. Wojciechowski, rektor, prof. Tuchołka i prorektor, prof. Mańka, fot. z 1961 r.

Danuta Książkiewicz- Bartkowiakmioty i dokumenty związane z przetwórstwem mięsa. - Zorganizowanie tego muzeum jest najważniejszą rzeczą, jakiej dokonałem w życiu - mówi profesor - a żyję już znacznie ponad przeciętną.

Zycie w rannych pantoflach

Państwo Pezaccy po przyjeździe do Poznania zamieszkali początkowo przy ul. Głogowskiej, w maleńkim mieszkanku składającym się z dwóch pokoików i kuchni, stanowczo za ciasnym dla czteroosobowej już wtedy rodziny profesora. Niejako po drodze przyszły na świat dwie córki Pezackich, starsza Teresa w Szubinie i młodsza Ewa w Łodzi. Po pół roku postanowili więc zamienić przydzielone mieszkanie na służbowe - jak mówi pani PeRyc. 10. Wincenty Pezacki dostał na Gwiazdkę 1993 roku zacka - "u Tuchołki", w bunowy kapelusz, z którego - jak widać - byt bardzo zado- dynku Katedry Chemii Rolwolony; innych prezentów jeszcze nie rozpakował... nej przy ul. Wojska Polskiego 71c na Sołaczu. Od frontu były pomieszczenia laboratorium i katedry, której kierownikiem był prof. Tuchołka, od strony podwórka znajdowały się mieszkania. Pezaccy mieszkali na I piętrze, a okna ich trzypokojowego już teraz mieszkania wychodziły na dziki, nie ogrodzony park, dzisiejszy Ogród Dendrologiczny. Nuna i Wincenty mieszkali "u Tuchołki" do grudnia 1967 roku, a na Gwiazdkę przenieśli się do własnego domu przy ul. Mazowieckiej 22, narożnik Kujawskiej. Działkę państwo Pezaccy kupili od uczelni. Propozycji było zresztą kilka, zdecydowali się na tę właśnie, bo leżała prawie dokładnie naprzeciwko budynku, w którym mieściła się katedra profesora, a przecież nie ma nic przyjemniejszego niż doglądanie budowy pierwszego i, jak się później okaże, ostatniego własnego domu z okien pracowni. Budowa nowego domu trwała całe lata. Studenci profesora, odwiedzając budowę, mówili, że idą na Wawel, bo końca roboty nigdy nie było widać, ciągle coś dobudowywano, dostawiano, w miejscach pozabijanych deskami otworów pojawiały się kolejno okna, bardzo powoli dom nabierał kształtów. Trwało to tak długo, że w krajobrazie Sołacza i świadomości kolejnych roczników studentów dom uchodził za zabytek. Kiedy coś przybywało, wszyscy wiedzieli, że prof. Pezacki wydał właśnie jakąś nową książkę. Tu, w nowym domu spełniło się odwieczne marzenie profesora. - Od początku sobie założyłem - śmieje się Wincenty Pezacki - że będę mieszkał tak blisko, aby móc chodzić do pracy w rannych pantoflach. I tak się stało, choć może nie dosłownie - idąc do pracy, profesor przechodził na drugą stronę ulicy. Jednak ideału swego kolegi z uczelni, prof. Tuchołki, który otwierał drzwi swego mieszkania na Wojska Polskiego i już był w katedrze, nigdy nie osiągnął. Na początku lat 70. z Katedry Technologii Mięsa zrobiono Instytut Technologii Mięsa i profesor z kierownika awansował na dyrektora. Dyrektorem był i później, gdy instytut zmienił nazwę i stał się Instytutem Technologii Żywności Pochodzenia Zwierzęcego, bo do mięsa doszedł drób, którego profesor nie cenił, ale nie miał wyjścia i musiał włączyć go do swego inwentarza. Instytut działa w ramach Wydziału Technologii Żywności Akademii Rolniczej w Poznaniu, bo tak w 1973 roku nazwano Wyższą Szkołę Rolniczą. Gdy w latach 80. nastąpiła kolejna reorganizacja, utworzono wtedy mniejsze zespoły i tak powstały Katedra Technologii Drobiu, Katedra Technologii Mleka i Instytut Technologii Mięsa, profesora na dyrektorskim stołku już nie było, utracił stanowisko i do przejścia

Ryc. 11. Państwo Pezaccy w dniu jubileuszu 80-lecia profesora w 1994 roku

Danuta Książkiewicz-Bartkowiak

Ryc. 12. Janina Pezacka w ogrodzie domu przy ul. Mazowieckiejna emeryturę był profesorem bezfunkcyjnym. Pałeczkę po nim w Instytucie Technologii Mięsa przejął jego wychowanek, prof. Jacek Wojciechowski.

W latach 1961-69 przez trzy kadencje prof. Pezacki pełnił funkcję prorektora Akademii Rolniczej w Poznaniu. Rektorem był wówczas prof. Tuchołka, dawny sąsiad z Wojska Polskiego, a kolejnym prorektorem prof. Mańka, obecny sąsiad z ul. Kujawskiej. - Był okres, gdy pracowałem przy trzech biurkach - opowiada profesor - prorektorskim, dyrektorskim i swoim własnym.

W 1975 roku profesor przeniósł się z całym instytutem do nowoczesnego gmachu przy ul. Wojska Polskiego. W dawnym budynku przy ul. Mazowieckiej pozostała jedynie doświadczalna przetwórnia. Wincenty Pezacki otrzymał tu do swojej dyspozycji mały pokoik, w którym pracuje do dziś. Wstawiono biurko, kilka regałów i szafę. - Te meble chcieli mi ostatnio zmienić. Miałem dostać nowe - mówi profesor. - Nie zgodziłem się. Krzesło miał swoje, siedział na nim w Łodzi, siedział przy Mazowieckiej, teraz na Wojska Polskiego może mniej pasuje, ale siada na nim nadal i coraz bardziej je lubi. Na ścianach gabinetu wiszą dziesiątki zdjęć oprawionych w ramki. Po lewej stronie od wejścia - przyjaciele naukowcy, po prawej - od góry habilitanci w jednym rzędzie, niżej doktoranci, w dwóch rzędach. Wielu z nich już nie żyje.

* * *

Profesor poukładał swoje rzeczy w szufladach i szafkach, pozamykał wszystko na klucz, a klucz schował. - Teraz tylko pani wie, gdzie go trzymam - uśmiechnął się. Przeszliśmy przez korytarz instytutu. Tu na ścianach wiszą oprawione w ramki zdjęcia wszystkich roczników absolwentów katedry, a potem instytutu, specjalizujących się w technologii mięsa, od momenty przeniesienia do Poznania, czyli od roku 1953. Pod każdym zdjęciem wypisano nazwiska. - Jak odszedłem, przestali to robić - mówi profesor. Był czas, szczególnie na początku istnienia katedry, bo na roku studiowało wówczas zaledwie kilkunastu "rzeźników", kiedy Wincenty Pezacki znał imiona żon wszystkich swoich studentów, a nawet imiona ich dzieci, jeżeli takowe już posiadali. O uczniach profesora mówiono wtedy Pezacczycy, a żona mówi dziś, że profesor z Pezacczykami spędzał wakacje, a ona... z córkami. A córki się profesorowi udały. Obie zrobiły doktoraty, obie wyszły za mąż, a mężowie bardzo się państwu Pezackim podobają. Mężem Teresy jest Włodzimierz Groblewski, a Ewy - Jerzy Perkitny, syn prof. Perkitnego, który pracował na Wydziale Technologii Drewna Wyższej Szkoły Rolniczej, a później Akademii Rolniczej. Ewa mieszka w Stanach Zjednoczonych i jest pracownikiem naukowym w jednym z tamtejszych instytutów, Teresa zo

Ryc. 13. Chrzciny wnuka Janiny i Wincentego Pezackich - Zachariasza Wincentego, wiosną 1997 r. Malucha trzyma tata, Jerzy Perkitny, obok, po prawej Teresa Groblewska i prof. Pezacki, po lewej ks. Pezacki, stryjeczny wnuk profesora; druga od lewej N atalia Groblewska, dalej jej starszy brat Rafał, Janina Pezacka i Ewa Perkitna.

Danuta Książkiewicz- Bartkowiakstała w domu rodzinnym i zajmuje piętro domu przy Mazowieckiej. Janina i Wincenty mają czworo wnucząt, z których są niesłychanie dumni.

... Idziemy do tylnego wyjścia, pozdrawiani serdecznie przez portierkę. Wychodzimy na obszerny parking na tyłach budynku, teren dawnych, pięknych ogrodów doświadczalnych Uniwersytetu, a później Wyższej Szkoły Rolniczej. Profesor od ponad 45 lat żyje w kwadracie ulic Mazowiecka, Podlaska, Wojska Polskiego i Wołyńska, ale nie czuje się specjalnie związany z tą dzielnicą. - Wie pani, Sołacz jako miejsce właściwie nigdy mnie nie interesował. Kiedy tu przyjechałem, objechałem wszystko na rowerze i wystarczyło. Potem to się jakoś ucywilizowało, zabudowało, ale tego już nie obserwowałem. Moim światem była mOJa praca. Widać dom profesora, bliziutko, o rzut kamieniem. - Zapraszam panią na spacer. Kiedyś tę drogę pokonywałem w trzy minuty, teraz pójdziemy już niestety pół godziny - powiedział profesor. I poszliśmy.

Powyższy artykuł jest częścią publikacji Kronika Miasta Poznania 1999 R.69 Nr3 ; Sołacz dostępnej w Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej dla wszystkich w zakresie dozwolonego użytku. Właścicielem praw jest Wydawnictwo Miejskie w Poznaniu.
Do góry