WIELKOŚĆ I UPADEK KOLOSA

Kronika Miasta Poznania 1995 R.63 Nr4; Poznań w literaturze, literatura w Poznaniu

Czas czytania: ok. 6 min.

JACEK KORNASZEWSKI, GRZEGORZ S PORAKOWS KI

N iedziela - 23 lipca 1995 roku, godzina 15.30. Przy poznańskiej ulicy Rubież pod numerem 46 panuje niczym jeszcze nie zmącony spokój. To tutaj jednak za kilkadziesiąt minut nastąpić ma, w huku i dymie, początek końca największej technicznej budowli naszego miasta. Po strzeżonym przez policję i straż pożarną terenie kręci sie niewielka grupa ludzi, którzy mają być sprawcami spektakularnego, ale i historycznego wydarzenia. Głównym jego "bohaterem" jest metalowy dwudziestobok o średnicy 44, obwodzie 140 i wysokości 80 metrów - nieczynny od 1981 roku zbiornik gazu w Naramowicach.

Budowę metalowego cylindra, prawie trzykrotnie wyższego od poznańskiego Okrąglaka, rozpoczęli w 1942 roku Niemcy. Nie używali przy tym żadnych dźwigów - kolejne elementy metalowego walca montowali z poziomu membrany unoszonej strumieniem powietrza ze specjalnej dmuchawy. Tak zwany zbiornik suchy, typu "MAN" , o zakładanej pojemności 100.000 metrów sześciennych gazu Niemcy zdążyli doprowadzić do pojemności 30.000 metrów sześciennych, czyli zbudowali niespełna trzecią jego część. Po wojnie prace te kontynuowano od lat pięćdziesiątych, kiedy to gazownia podpisała umowę z poznańskim oddziałem "Mostostalu". W czasie budowy zużyto sześć wagonów nitów (konstrukcja nie była bowiem w ogóle spawana), a cylindryczną budowlę opasano z zewnątrz pięcioma pomostami technicznymi. Wzdłuż ścian pięło się pięć rurociągów, którymi tłoczono olej do uszczelniania zbiornika. Metalowa membrana unoszona przez gaz ważyła 360 ton, a w wagę tę wchodziło 2200 równomiernie rozmieszczonych, betonowych obciążników po 90 kilogramów każdy. Zbiornik posadowiony był na potężnych, krzaczastych fundamentach podpierających wszystkie dwadzieścia metalowe filary. Skorzystano w czasie budowy z doświadczeń... niedawnych wrogów. Pomimo "zimnej wojny" i praktycznie braku kontaktów z Niemcami federalnymi, ci zgodzili się dostarczyć windę odpowiadającą koniecznym warunkom

Jacek Romaszewski, Grzegorz Sporakowski

Ryc. 1. Etap budowy. Fot. R. Świątkowski (reprodukcja)bezpieczeństwa - nie iskrzącą, a więc nie stwarzającą zagrożenia wybuchu gazu. Takich wówczas w Polsce nie produkowano. Montaż nietypowego urządzenia rozpoczęto w roku 1954, a zakończono na Wielkanoc roku następnego. Dźwigi były właściwie dwa: jednym dostawano się na dach kolosa, po to aby drugim zjechać do jego wnętrza w celu prowadzenia stałych i koniecznych przeglądów oraz kontroli technicznych. Ponadto na szczyt wiodło 358 krętych metalowych stopni poprzedzielanych koniecznymi dla odpoczynku podestami. Na dachu zainstalowano zmyślny, zębatkowy mechanizm, który służył w czasie, gdy jeszcze nie było wind do opuszczania się do środka zbiornika na wierzch membrany. Cały zbiornik oddano do użytku 31 grudnia 1955 roku, łącząc go z siecią rurociągów okrężnych, których zadaniem było rozprowadzanie gazu do sieci niskiego ciśnienia i zasilanie tym samym pajęczyny "końcówek", czyli indywidualnych odbiorców. N owa tłocznia gazu odpowiadała wówczas najnowocześniejszym wymogom technicznym, a naramowicki kompleks gazowy w znacznym stopniu przyczynił się do usprawnienia zaopatrzenia miasta w gaz, głównie przez równomierne ciśnienie w sieci o każdej porze i w każdej dzielnicy. O tym unikatowym w przemysłowej panoramie Poznania obiekcie, który lada miesiąc zupełnie z niej zniknie, mówi Zygmunt Orcholski - związany z gazownictwem, w szególności z naramowickim gigantem przez dziesięciolecia:

Tradycyjne zbiorniki gazu budowane były jako tak zwane zbiorniki teleskopowe - dzwony poszczególnych elementów wysuwały sie kolejno ku górze pod ciśnieniem

Ryc. 2. Wygląd przed rozbiórką - obok zbiornika szyb windy i okrężnie biegnącegazu Oak składany kubek), a uszczelniaczem całości była woda. Stwarzało to wiele trudności vvłaszcza w warunkach zimowych. Woda zamarzała, trzeba było stosować różne metody jej podgrzewania, bo inaczej zbiornik - czy raczej jego "rośniecie" pod ciśnieniem gazu - mogło się zablokować. Natomiast firma "MAN" Z Augsburga zaproponowała, chcęc wyeliminować możliwość zaistnienia podobnych trudności, inne rovviązanie - właśnie takie jak w Poznaniu. Zbiornik musiał więc mieć stałą wysokość, w jego wnętrzu unosiła się membrana, a uszczelnieniem był olej. Projektowana jego pojemność to 100.000 metrów sześciennych gazu - zakładano jednak siedmioprocentową tolerancję - w górę i w dół. Czyli minimalne napełnienie zbiornika to 7000, maksymalne 93.000 metrów sześciennych gazu. To dla oczywistego bezPieczeństwa. Pamiętam jednak niesłychanie mroźną zimę, bodajże roku 1963. Wokresie Świąt Bożego Narodzenia temperatury spadły poniżej 30 stopni. Jednocześnie były kłopoty Z produkcją gazu przy Grobli, musieliśmy

Jacek Kornaszewski, Grzegorz Sporakowski

Ryc. 3. Zbiornik przed wybuchem. F ot. R. Świątkowski

ABm Awięc oddawać coraz to więcej gazu, żeby zachować ciśnienie w sieci. Wydano nawet bezPrecedensowe dyspozYcję zejścia poniżej owych 7000 metrów sześciennych magazYnowanego w zbiorniku gazu. Groziło to jednak wybuchem nad membranę - to były najniebezpieczniejsze chwile naramowickiego zbiornika... W roku 1981 naramowicki zbiornik przestał służyć miastu. Nie był już potrzebny, gdyż Poznań zaczął korzystać z gazu ziemnego. Od tego też roku datuje się postępująca degradacja budowli technicznej mającej nieliczne tylko odpowiedniki w tej części Europy. Przez 14 lat proces niszczenia - przez ludzi i warunki atmosferyczne - zrobił swoje. Dokumentowaliśmy to w dwóch publikacjach "Głosu Wielkopolskiego" - z 24 maja 1995 roku zatytułowanej ,,15 sekund naramowickiego echa" i z 30 czerwca tego roku, pod tytułem "Pożegnanie kolosa". Żegnanie to było smutne - wiedzieliśmy już o planowanej rozbiórce.

Ryc. 4. Na dachu kolosa - postać człowieka jest skalą. Fot. R Świątkowski

Dlatego - pokonując chwile słabości i strachu - wspięliśmy się po wspomnianych i skrupulatnie policzonych 358 stopniach. Wspinaczka trwała ponad 20 minut. W końcu stanęliśmy na nitowanym - w taki sam sposób jak cała konstrukcja - dachu. Wszędzie porozrzucane płaty pordzewiałej blachy, ciarki przechodziły po plecach, gdy zaglądaliśmy w czeluście windowych, martwych szybów i w pokryte zbrojonym szkłem otwory, przez które widać było wnętrze metalowego monstrum. Wspaniałe jednak było to, co ujrzeliśmy wokół zbiornika. Wzrok ogarniał dziesiątki kilometrów kwadratowych poznańskiej panoramy. Tuż pod nami - regularne kwartały naramowickich szklarni, jak dziecięca kolejka wyglądał skład węglarek jadących w stronę Karolina. Różany Młyn, Rezerwat Żurawiniec, wstęga Warty, foremna zabudowa winogradzkich osiedli, a gdzieś niemal na horyzoncie, po drugiej stronie miasta, kominy starołęckich fabryk. Ciesząc tym wszystkim oczy, uświadomiliśmy sobie, że tuż po nas wejdą na dach ludzie z ładunkami wybuchowymi i palnikami, i wykreślą raz na zawsze z poznańskiego krajobrazu martwą już wieżę. Czy za ćwierćwiecze nie będziemy tego żałować. Czy musiał spotkać ją taki los? Czy nie było planów jej wykorzystania? Czy kiedyś nie będziemy mówić o błędzie władz miasta uznawanych przecież ciągle jeszcze za zdrowo myślące o przeszłości i przyszłości? Oddajmy raz jeszcze głos Zygmuntowi Orcholskiemu: - Nieuniknione było to, że zbiornik musiał przestać służYć gazownictwu - zbyt drogi byłby jego konieczny już remont. Przez 25 lat wystarczały konserwacje i bieżące

Jacek Komaszewski, Grzegorz Sporakowski

Ryc. 5. Przed wybuchem, po wybuchu - wnętrze zbiornika.

Fot. R. Świątkowski

naprawy, po roku 1980 kapitalna modernizacja trwalaby miesiącami, do przeprowadzenia jednej tylko Z niezbędnych robót (związanych z uszczelnieniem zbiornika) należa loby odkręcić i przYkręcić 22.000 wkrętowi To straszna robota... Ale przecież obiekt mógl slużYć wielu innym celom. Pomysły były! Chociażby przeróbka na zbożowy elewator. Ściany powleczone olejem można bylo zmyć, a konstrukcja Z cale pewnością zdolna byla wytrzYmać napór 100.000 ton. Brakowalo jedynie wyciągów kubelkowych, bo zboże na tej wysokości w końcu by się zapalilo. Ale to techniczne dywagacje... Można też bylo urządzić magazyny, nawet wielopiętrowe. Najprawdopodobniej nikt jednak nie chcial podjąć ryzYka - także finansowego - takiego zagospodarowania. Aż żal bierze, bo przecież od wewnątrz jest to wSzYstko doskonale zakonserwowane, a Z zewnątrz wcale nie tak skorodowane, żeby moglo czymkolwiek grozić. Proponowalem też w naszej firmie urządzenie garażY - dziesiątki samochodów stoją na powietrzu i niszczeją... Zlomowanie tego zbiornika jest ze wszech miar nieekonomiczne. Żal, że taka konstrukcja jest cięta i idzie do hutniczego pieca. Ale decyzje zapadły takie, jakie zapadły... - Wysadzimy dach zbiornika, który zapadnie się do wnętrza metalowego cylindra - mówi Jerzy Musiał, szef katowickiej firmy "Pirotech" , która podjęła się pierwszej fazy likwidacji naramowickiego kolosa. Cel ten miał zostać osiągnięty za pomocą dwudziestu półkilogramowych ładunków dynamitu skalnego, a efektem rozprężenie i rozstrzelenie konstrukcji. Dokumentację nietypowego przedsięwzięcia przygotował płk dr Jan Marzec z Wrocławia, ten sam, który projektował w 1995 roku "położenie" zniszczonego wybuchem gazu wieżowca w Gdańsku. Po wysadzeniu dachu rozbiórki cylindra zbiornika podjęła się wrocławska firma "F&L". 23 lipca 1995 roku, o godzinie 16.30, N aramowicami wstrząsnął potężny wybuch. Wysadzanie dachu zbiornika obserwowaliśmy z ulicy Boranta. Najpierw oślepiający, krwistoczerwony blask, zaraz potem ogromny słup czarnego dymu wyrastający nad metalową, okalczoną już teraz wieżą. 1... to już koniec. - To bylo konieczne - mówi prof. dr hab. Bogdan Marciniec, dyrektor jedynego w Polsce Poznańskiego Parku Naukowo- Technologicznego Fundacji Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. - Nasza placówka, mająca przekladać na jęzYk praktyki wyniki badań naukowych, potrzebuje odpowiedniego miejsca i zaplecza. Uznaliśmy, że wlaśnie ten teren, który przekazala nam poznańska gazownia, będzie dla tego celu najodpowiedniejszY. Ze swej strony dodajmy jeszcze, że teren ten wykorzysta także Zakład Chemii Krzeomoorganicznej, jak powiedział nam inż. Tadeusz Kosicki z rzeczonej fundacji. 6 października 1995 roku, w dniu, w którym nie istniał już dach zbiornika i pocięto na kawałki 3/4 jednego piętra cylindra, rozmawialiśmy jeszcze ze Stanisławem Stelmachem, poznańskim pełnomocnikiem wspomnianej już wrocławskiej firmy "F&L": - Tniemy tak, jakbyśmy obierali jablko - dookola. Zlom wpada wówczas do środka. Wywieźliśmy go już siedem wagonów. BrzYdka to robota... Iskry spadają, wSzYstko zapala się w zetknięciu Z pozostałym jeszcze po latach i cieknącym nadal olejem uszczelniającym, tak zwanym - gazometrycznym. Demontaż ma być ukończony

Jacek Romaszewski, Grzegorz Sporakowski

\ \

Ryc. 6. Widok z dachu. Fot. R. ŚwiątkowskitPdii! I

4*fMBP

AIAsglŚSiI k f .: I S i - «

Ryc. 7. Widok z dachu - szyby windowe. Fot. R. Świątkowski

Ryc. 8. Moment wybuchu - początek rozbiórki. Fot. R. Świątkowskiz końcem roku. Nie wierzę, że ten termin zostanie dotrzYmany... Złom tniemy na hutniczY wymiar wsadowy: metr na pięćdziesiąt centymetrów. Tak sobie żYczY odbiorca - Huta" Częstochowa". Wysłaliśmy do dzisiaj około 170 ton.

Tyle fakty. Nie można ich już zmienić. Można jednak postawić sobie kilka pytań, także ku refleksji przyszłych decydentów. Czy budowle techniczne, już nie wykorzystywane, przestają być miastu potrzebne? Czy pozbawienie ich pierwotnych funkcji musi nieodwołalnie eliminować je z krajobrazu Poznania? Czy w przyszłości techniczne relikty uda się rozsądnie zagospodarować?

Powyższy artykuł jest częścią publikacji Kronika Miasta Poznania 1995 R.63 Nr4; Poznań w literaturze, literatura w Poznaniu dostępnej w Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej dla wszystkich w zakresie dozwolonego użytku. Właścicielem praw jest Wydawnictwo Miejskie w Poznaniu.
Do góry