PIÓREM I PIÓRKIEM IBISA
Kronika Miasta Poznania 1995 R.63 Nr3; Bitwa o handel
Czas czytania: ok. 15 min.WŁODZIMIERZ BARTOSZEWICZ
N ie pamiętam już kto zaprowadził nas do "Ibisa", nie pamiętam też dokładnie kiedy - był to wszakże z całą pewnością rok 1948. Była to mała kawiarenka, bardzo skromnie urządzona. Lokal mieścił się przy ulicy Ratajczaka 40, w Poznaniu. W głębi stała lada zastawiona kloszami pełnymi ciastek, a za nią małe okienko, przez które widać było ukrytą w kuchence "szafarkę". Podano nam świetną kawę i jeszcze lepszą herbatę, a także doskonałe "domowe" ciastka, o jakich dziś słuch zaginął. Wszystko to razem przypadło nam do gustu i postanowiliśmy często do "Ibisa" zaglądać.
Z czasem stał się "Ibis" miejscem spotkań intelektualnego środowiska, w znacznej zresztą części napływowego, pochodzącego z innych dzielnic Polski. Przeważali aktorzy, występujący w miejscowych teatrach, ale nie brakło też literatów, krytyków sztuki i literatury, malarzy, rzeźbiarzy, lekarzy, prawników, uczonych, muzyków i śpiewaków - słowem wszystkich tych, których towarzystwo i zainteresowania mogły stwarzać atmosferę nie tylko miłej, ale i interesującej rozmowy. Coś już takiego było w atmosferze tej skromnej - raczej ubogo wyposażonej kawiarni, co skłaniało ludzi do pisania entuzjastycznych o "Ibisie" wierszy, fraszek, epigramów. Owo "coś" - gdy się dziś zastanawiam - rodziło się z klimatu uprzejmości, przestrzegania dobrych form i manier, dziś określanych jako staroświeckie, a które nie bez sentymentu należy tu przypomnieć. A także gościnność czekająca niemal u progu oraz przyjaźń, dowcip, poprawny polski język przy każdym stoliku. Wreszcie najważniejsze: interesujące dyskusje i opowieści.
"jam długodzioby ibis - ptak dziś zapomniany, Biły mi niegdyś czołem egipskie kap łany.
I sam boski Faraon, na godność niebaczny, Składał mi codzień w darze jakiś kąsek smaczny.
Minęły lat tysiące - czasy zmieniły się Zapomnieli ludzie o świętym Ibisie, Wątpię czY do tej pory ja bym się uchowal Gdyby nie tu w Poznaniu, pani Leitgeberowa.
Ona to proszę państwa, ta zacna niewiasta, Imię me rozslawila w samym centrum miasta, I bar kawowy "Ibis" przY placu Wolności, Na rogu Ratajczaka - otwarla dla gości.
Dziś znowu, jak nad Nilem, przed lat pięć tysiącem Ibisa tlum otacza uczuciem gorącym.
W mury tego przybytku pcha się tlum ochoczY, A na czele aktorzY i artyści kroczą.
Obsiada tlum stoliki. Wśród zgielku i wrzawy Naród wola o ciastka i o więcej kawy.
W siódmych potach kelnerki biegają po sali, A przez drzwi coraz nowa fala gości wali.
Tylko czasem usłysZysZ jęk i trzaski żeber WstrzYmywać napór tlumu musi sam Leitgeber.
Więc się raduje serce egipskiego ptaka, Że go znowu otacza ludzi milość taka.
Nie wiem, kto był autorem tego wierszowania, lecz wiem, że ten dla mnie dziś anonim nie przesadził. Pewnego dnia, wchodząc do "Ibisa", zobaczyłem rozmawiające z ożywieniem przy stoliku towarzystwo. Rej wodził znany, bardzo w Poznaniu lubiany i popularny dr Józef Smoliński. Wysoki, przystojny mężczyzna wzbudzał ogólne zainteresowanie, gdy przemierzał ulicę wielkimi krokami w szerokoskrzydłym czarnym kapeluszu, powiewając na wietrze długą do pasa, srebrzystą brodą. Dzięki życzliwości z jaką odnosił się do otaczających go ludzi, dzięki poczuciu humoru i pewnej ekstrawagancji w wyglądzie, zyskał sobie nie tylko szacunek, ale i szczególną sympatię poznańskiego społeczeństwa. Był kimś kogo się powszechnie znało. O doktorze jako o postaci "publicznej" krążyła masa anegdot. Pozwalano sobie na żarty, nie przekraczając nigdy dopuszczalnej w tym względzie granicy. "Smolarza" (bo tak go dość kordialnie nazywano) traktowano zawsze z należytą estymą. Bywało, że na jego widok zatrzymywał się tramwaj, a konduktor wychylał się z pomostu i pytał, czy doktor nie zechce wsiąść do wagonu. Bywało też i tak, że "Smolarz" wyskakiwał z przedniego pomostu i wyręczając konduktora przekładał szyny, wskakiwał na powrót i tramwaj ruszał we właściwym kierunku, a on się bawił w duchu zdziwieniem zaskoczonych pasażerów. Medycyna jednak nie była jego jedynym zainteresowaniem. Był wielkim miłośnikiem muzyki i teatru. Interesował się sztuką i literaturą. Lubił wesołe towarzystwo, interesujące rozmowy i dyskusję. Cenił dowcip i nie jednego zbił z pantałyku. Ten to właśnie doktor Smoliński siedział przy stoliku w "Ibisie" razem z doktorem Władysławem N eubeltem, jego żoną Klarą, reżyserem Emilem Haberskim i późniejszą jego żoną Hanną Różańską. Ktoś z siedzących przy tym stoliku zainteresował
Włodzimierz Bartoszewicz
się trzymanym przeze mnie w ręku albumem. "Dostałem go wczoraj - powiedziałem - i nie wiem co mam z nim zrobić?" "Niech pan coś tam narysuje - zawołał Haberski - o choćby nas czy innych gości". Pomysł przypadł mi do gustu. Nie zwlekając narysowałem portreciki siedzących i poprosiłem o podpisy. Dr Smoliński napisał: "Dobry lekarz musi być aktorem, dobry aktor leczy często lepiej niż lekarz". Aktor Leszek Stępowski długo kreślił swój podpis: Leszek Leon Franciszek Ksawery Hugo Jan Junosza Stępowski, jeszcze jeden ze Stępowskich, którego skusiła scena. Nieraz przysiadał się do naszego stolika występujący na scenie Teatru Polskiego w Poznaniu, znany i ogólnie lubiany aktor - Hugo Krzyski. Utarł się wtedy - nie pamiętam przez kogo zainicjowany - zwyczaj pisania okolicznościowych satyrycznych wierszyków o bywalcach "Ibisa". Dałem się ija porwać tej zgubnej namiętności i właśnie o przez nas nazywanym "Krzysiu" skrobnąłem balladę.
BALLADA O KRZYSIU
Trochę to, trzeba przYznać, dziwne imię - Hugo - Żyję dość długo A znam tylko trzech tego imienia: Kołłątaja - (co prawda tylko ze słyszenia) Morycińskiego No, i naszego, znanego Krzysia vel Krzyskiego.
Ale to mi wystarcza - Sąd mam ustalony O tym, jakie zazwyczaj bywają Hugony.
Wynika całkiem jasno Z moich obserwacji, Że każdy Hugo jest pełen górnych aspiracji.
Chętnie odgrywa role - w żYciu, czY na scenie A nawet na historycznej zagrałby arenie.
Bywa inteligentny, zabawny, uparty, Miewa do alkoholu pociąg nieodparty, Na wdzięki bardzo czuły, przymilny, uroczY, 1 do grania komedii nad wyraz ochoczy.
Gdyby w dziejach naszego zagłębić się kraju, Najwięcej tam znajdziesz wzmianek o Kołłątaju.
Lecz i o tamtych Hugach pisały gazety, A najobszerniej o nich mówiły kobiety, Przyciskając namiętnie falujące łona, Każda wzdychała czule do swego Hugona, Każda szeptała czule: "Mów dalej, mów długo" Prawda, że nikt nie umie tak mówić jak Hugo.
I rzeczYwiście - Hugo (mówię o tym Krzyskim) Nierzadko, gdy coś mówi - podoba się wszystkim: CZy jako ksiądz w sutannie, CzY pies ogrodnika Tak przejmująco szepce, że aż dreszcz przenika.
I gdy ze sceny Hugo "kocha" jęknie żwawo, MężczYźni klaszczą w dłonie, damy wyją "brawo ".
Jak widać Z powyższego - Z wSzYstkich trzech Hugonów Chyba ten trzeci - KrzYski - sięgnął diapazonów.
jeden grywał w historii, drugi w Kielcach role, A ja - nie wiem dlaczego - jakoś KrzYsia wolę.
W moim albumie, pod wizerunkiem "Krzysia" otoczonego gronem "ibisowych" pań, widniał skreślony jego ręką napis: "Ile mnie ten harem kosztuje! Wyjeżdżam do Łodzi! Hugo Krzyski" No i przeniósł się do teatru łódzkiego.
Ale oto wkracza nowa postać: Maria Alphonce - znana aktorka, reżyser Teatru Aktora i Lalki, a potem dyrektorka Teatru w Toruniu. Siedzę przy stoliku, przy którym zebrało się już większe grono. Manuela Kiernikówna - urocza blondynka, w czarnym berecie wyglądająca tak malowniczo, że poprosiłem ją o pozowanie do portretu. Zgoziła się chętnie. Przysiadł się też do nas Lucjan Dietrich, Zygmunt Zintel i Aleksander Gajdecki, popularnie zwany przez bliskich "Kajtkiem" - uroczy, wesoły kompan, dobry aktor i życzliwy przyjaciel. W owych czasach teatry poznańskie były bardzo dobrze prowadzone przez dyrektora Władysława Stomę (Teatr Polski) i Zbigniewa Szczerbowskiego (Teatr Nowy), a występowali w teatrach tych i ci, którzy już za życia stali się klasykami polskiej sceny i ci, którzy później skutecznie poszli w ich ślady: Ludwik Solski, Emil Haberski, Hanna Różańska, Mieczysława Ćwiklińska, Tadeusz Białoszczyński, Aleksander Gajdecki, Wiłam Horzyca, Kazimierz Wichniarz, Władysław Walter, Antoni Fertner, Zofia Barwińska, Nuna Młodziejowska, Ada Zasadzianka, Hugo Moryciński, Kazimierz Brusikiewicz, Zygmunt Zintel, Adam Hanuszkiewicz, Władysław Woźniak, Zofia Rysiówna, Aleksander Zelwerowicz i inni.
Pewnego dnia zwróciła się do mnie pani Mieczysława Ćwiklińska z propozycją, bym namalował jej portret. Propozycję tę przyjąłem z entuzjazmem. U mówiliśmy się, że malować będę w jej mieszkaniu przy parku Wilsona. Gdy obarczony sztalugami i farbami zadzwoniłem pewnego ranka do jej drzwi, otworzyła mi pani Mięcia. Wyglądała wspaniale - N o, jak się panu podobam? Dobrze się ubrałam? - Miała na sobie różową koszulę, do której przypięta była na piersiach piękna broszka, srebrno-błękitny szlafrok, a na głowie śliwkowy kapelusz o szerokim rondzie, zdobny w dwa duże, różowe, strusie pióra. Wyraziłem mój niekłamany zachwyt, upozowałem moją modelkę i zacząłem malować. Opisałem szczegółowo ten strój Pani Ćwiklińskiej, by przekonać panie, pragnące uwiecznić się na portrecie, że, aby ładnie i interesująco wyglądać, nie konieczne jest ubieranie się w najdroższe i najpiękniejsze szaty, bo nie w tym leży sekret pięknego portretu. Jakoś zaraz potem powstał nowy projekt namalowania portretu Ludwika Solskiego, który występował wówczas w teatrze poznańskim i codziennie pił kawę w "Ibisie", przy specjalnie dlań zarezerwowanym stoliku. Pertraktacje wstępne prowadziła ze mną w imieniu Solskiego zaprzyjaźniona z nim profesorowa Kasprowiczowa. Dość długo trwały układy o cenę portretu, gdyż jak wiadomo - Mistrz Solski nie należał do ludzi rozrzutnych. Ustaliliśmy wreszcie warunki
Włodzimierz Bartoszewicz
i pewnego ranka zasiadłem przy sztalugach w bocznym korytarzyku Teatru N owego przy ul. Dąbrowskiego. Jak zwykle podczas malowania rozmawialiśmy. Solski umiał pozować. Czynił to przecież nie po raz pierwszy w swoim życiu. Ale umiał też ciekawie opowiadać. A że miał o czym, więc czas upływał szybko i przyjemnie. Zgadało się o popiersiu, wykonanym przez mego kolegę - znakomitego rzeźbiarza - Alfonsa Karnego. Jest to doskonała, może jedna z najlepszych rzeźb Karnego, oddająca nie tylko podobieństwo, ale przede wszystkim charakter portretowanego. Solski ten portret sobie bardzo cenił i opowiadał, gdzie i jak go w swoim mieszkaniu umieścił. "Mam tam taką ładną komódkę mahoniową. Ustawiłem na niej swoje popiersie. Po obu stronach rzeźby zawiesiłem na ścianie dwa portrety: Matejki i Szopena. A na komódce położyłem ofiarowane mi przez miasto Kraków berło - takie, jakie w swoim czasie otrzymał Matejko. Wszystko razem wygląda bardzo skromnie, ale i bardzo ładnie". Trzeba dodać, że Ludwik Solski nie należał do ludzi skromnych. Znał swoją wartość i lubił ją podkreślać. Opowiadano mi kiedyś przy stoliku w "Ibisie" zabawną historyjkę o niedoszłym "zamachu" na Solskiego, dokonanym przez jego młodszych teatralnych kolegów. Przygotowywano w Teatrze Miejskim w Łodzi przedstawienie sztuki Dymitra Mereżkowskiego "Paweł I". Reżyserował Solski. Nie pamiętam już kto grał dwóch zamachowców mających udusić Pawła I-ego. Solski tak ich zamęczał nieustannym powtarzaniem tej samej sceny, że nieszczęśni zamachowcy postanowili się na nim zemścić. Sytuacja sceniczna wymagała, by dwaj zamachowcy zacisnęli carowi - Solskiemu na szyi szarfę - dusząc go. Solski podkładał palec pod zaciskającą szarfę, chroniąc się w ten sposób przed uduszeniem. Doprowadzeni do rozpaczy niekończącym się po
wtarzaniem tej samej sceny, ciągle nieusatysfakcjonowanego Solskiego, postanowili narzucić mu na szyję szarfę tak prędko, by nie zdążył podłożyć pod nią palców. Zamysł się powiódł, ale zdenerwowani zamachowcy zaciągnęli szarfę zbyt silnie i z przerażeniem spostrzegli, że Solski charcząc u padł na ziemię zemdlony. Wtedy dopiero zdali sobie sprawę ze swego postępku "Zadusiliśmy dziada" - szepnął z przerażeniem jeden z nich. Co teraz będzie? Uciekajmy". Nazajutrz, nie znalazłszy w porannych gazetach wzmianki o mordzie dokonanym na teatralnej scenie - ostrożnie skradając się, z bijącym sercem, zajrzeli do teatru. Wszystko szło normalnym trybem. Raptem natknęli się na samego Solskiego, żywego i całego. Solski dojrzał ich także, podszedł do nich i powiedział: "Tak, tak! Teraz było dobrze, nareszcie dobrze! Tylko trochę za mocno". Reżyseria była pasją Solskiego. Nie mógł się od niej powstrzymać, nawet w najmniej spodziewanych okolicznościach. Wyborną anegdotą o Mistrzu uraczyła nas pani Ćwiklińska. Po wojnie w Krakowie były przygotowania do uroczystego jubileuszu artystycznego działalności Solskiego. Uroczystość miała być poprzedzona nabożeństwem w kościele Mariackim. U dała się więc do proboszcza delegacja Komitetu Organizacyjnego, aby omówić szczegóły tego wydarzenia. - "Panowie się spóźnili - powiedział uśmiechając się proboszcz - pan Solski już tu był i wszystko zarządził. Każdy najdrobniejszy szczegół uroczystości został omówiony i ustalony". Innym znów razem - o ile mnie pamięć nie myli - w Warszawie w Teatrze Polskim zebrali się na scenie aktorzy, by uroczyście powitać sędziwego jubilata, złożyć mu gratulacje i życzenia. Solski nie omieszkał odbyć z nimi uprzednio próby i wyreżyserować całej uroczystości. Kurtyna poszła w górę. Scena tonęła w kwiatach. Tłum aktorów oczekiwał pojawienia się Solenizanta. Wtem na scenę wszedł Solski i stanął jak wryty,
Włodzimierz Bartoszewiczdoskonale demonstrując zaskoczenie tym co zobaczył. Zaczęło się składanie gratulacji i wyrazów hołdu wzruszonemu i onieśmielonemu Jubilatowi, który szeptał przez zaciśnięte zęby: "Głośniej! głośniej! bo nie słychać. Pocałuj mnie w rękę! pocałuj mnie w rękę". Stałym bywalcem "Ibisa" był również znany warszawski aktor Władysław Walter, występujący w owych czasach gościnnie w poznańskich teatrach. Zaprzyjaźniliśmy się z nim i spędzaliśmy razem przy kawiarnianym stoliku długie godziny na słuchaniu jego opowieści, zawsze okraszonych pysznym humorem. Walter "dosiadywał" w "Ibisie" codziennie do godziny siódmej, poczem z westchnieniem wstawał, mówiąc "N o, czas iść do fabryki" i szedł do teatru. Pochodził ze spolszczonej holenderskiej rodziny. Jego prawdziwe nazwisko Gak mi sam mówił) brzmiało: "Walterrejn". Czuł się jednak z dziada pradziada Polakiem. Jako były żołnierz odznaczony był za odwagę Krzyżem Walecznych, który z dumą nosił w klapie marynarki. Niegdyś występował w słynnym warszawskim "Qui pro Quo". Pamiętam, jak opowiadał, że spotkał na Marszałkowskiej Kusocińskiego, goniącego złodzieja. "No i co - zapytał ktoś - dogonił go?". "Skąd - odpowiedział Walter.
- Dawno go przegonił". Lubili go w "Ibisie" wszyscy i kto mógł przysiadał się do naszego stolika, by wysłuchać jego opowiadań. Ale to nie były opowiadania. To były znakomicie grane role. Słuchacze pokładali się ze śmiechu, wpatrzeni w jego gruszkowatą, groteskowa twarz i małe zmrużone w uśmiechu oczka. N amalowałem kiedyś jego portret. Pilnował mnie, bym nie pogrubił jego naprawdę rasowych i długich palców i nie zaczerwienił przypadkiem potężnego nosa, "bo by jeszcze pomyśleli - mówił - że piję". Zależało mu też bardzo na umieszczeniu w klapie marynarki Krzyża Walecznych. Podobnie jak Władysław Walter jednym z najwierniejszych bywalców "Ibisa" był Kazimierz Wichniarz - wówczas jeszcze szczupły, zawsze elegancki, kreujący już znaczniejsze role na scenach poznańskich. Był wesoły, przyjacielski i mówiący nie wiadomo dlaczego kresowym akcentem, choć urodził się na Wildzie w Poznaniu. Miał młodą, piękną żonę - dobrą również aktorkę - Marię Życzkowską, z którą się z czasem rozstał, a która później wyjechała do Ameryki. Czasem zjawiał się Władysław Stoma, dyrektor Teatru Polskiego z żoną, również aktorką. Przychodził często dyrektor Emil Haberski, z którym zawsze można było o wszystkim interesująco porozmawiać. Towarzyszyła mu Hanna Różańska, późniejsza jego żona - rozweselająca swą werwą i humorem całe towarzystwo. Bywał też milczący, zamyślony i jakby nieobecny Wiłam Horzyca, siadał przy kawie Teofil Trzciński, jeden z organizatorów i aktorów słynnego "Zielonego Balonika". Był też niezwykle interesujący starszy pan, a przy tym - co bardzo umilało przebywanie w jego towarzystwie - przestrzegający dobrych form, zawsze uprzejmy i wyrażający się pięknym, poprawnym polskim językiem. Towarzyszył mu nierzadko drugi współautor krakowskiej kabaretowej legendy - Karol Frycz. Raczył się tu kawą człowiek, który zapisał osobny rozdział w dziejach współczesnej sceny narodowej - Leon Schiller. Rok 1948 był złotym okresem w działalności ówczesnych teatrów poznańskich.
Oprócz wymienionych już aktorów, pojawił się pewnego dnia w "Ibisie" owacyjnie witany Antoni Fertner. Zaczął się nowy rozdział w historii ibisowskichpogwarek. Był to okres, w którym postanowiono zapoznać wszystkich bez wyjątku obywateli Polski Ludowej z zasadami marksizmu-leninizmu. Od sprzątaczek i baletnic, poprzez artystów i aktorów do profesorów uniwersytetów. Nie ominęło to też Fertnera. Po wykładach następowały egzaminy. Wszyscy przypomnieliśmy sobie dawne szkolne czasy. Zdawał też egzamin Fertner i opowiadał w "Ibisie" jak się to odbyło. "Zapytano mnie czy wiem, kto to był Marks. Machnąłem ręką i zawołałem; «Ho, ho!...», ale nie zdążyłem dokończyć, bo przerwał mi egzaminator: «Dziękuję, dziękuję. A czy może mi pan dyrektor powiedzieć, co to jest dialektyka?» Roześmiałem się. «Phi! Oczywiście, oczywiście - zawołałem». N o to świetnie.
Dziękuję panu dyrektorowi - skłonił się uprzejmie egzaminator i puścił mnie wolno". Po roku w Krakowie spotkałem Antoniego Fertnera w tramwaju. Właśnie niedawno został ojcem. Był uszczęśliwiony i bardzo dumny z syna - również Antoniego. Przywitaliśmy się i zapytałem, jak się miewa mały Antoś. "Doskonale - odpowiedział, a twarz rozjaśniła mu się uśmiechem - i jest znacznie młodszy ode mnie". W 1950 r. pojawił się w "Ibisie" nowy gość, Aleksander Zelwerowicz. Przyjechał, by przewodniczyć na egzaminach, które zdawać mieli kandydaci na aktorów. I znów ożywiły się przy stolikach rozmowy i dyskusje. Wraz z Zelwerowiczem przybył do Poznania także Stanisław Dąbrowski, który pewnego dnia zaproponował mi, bym przyszedł na egzamin i naszkicował egzaminatorów w "akcji". Zgodziłem się chętnie i zasiadłem ze szkicownikiem przy stole prezydialnym, przy którym zajęli miejsca: Aleksander Zelwerowicz jako przewodniczący, Stanisław Dąbrowski, dr Jerzy Koller, Stefan Drewicz, Wiłam Horzyca, Karczewski i Kazimierz Wichniarz. Rozpoczął się egzamin. Kandydaci do zawodu aktorskiego pocili się ze strachu przed Zelwerowiczem, a ja wykorzystałem to, by utrwalić w swoim szkicowniku groźne lub rozbawione oblicza surowych egzaminatorów. Aż przyszedł dzień, w którym salka "Ibisa" zaroiła się od nowych gości.
W Poznaniu wyznaczyli sobie popas, wracający z Kongresu we Wrocławiu, intelektualiści. Przyjechał właśnie z Londynu, zostając już w kraju prof. Wojciech Jastrzębowski. Przyjechał też z Belgii znany malarz, prezes "Bractwa Św. Łukasza" - Jan Zamoyski, a prócz nich koleżanki i koledzy z Akademii Warszawskiej: Czesław Knothe, Eugeniusz Arct, Marian Sigmunt, Bohdan Marconi, Janina Herget, Zofia Czasznicka, prof. Antoni Buszek i inni. Z niektórymi spotkałem się po raz pierwszy po wojnie. Salka "Ibisa" huczała aż od ożywionych rozmów, śmiechu i dyskusji. Taka była ta jedyna w swoim rodzaju kawiarnia w Poznaniu. Może właśnie ten nastrój wesołości i beztroskiego odpoczynku połączony z atmosferą intelektualnych dyskusji, twórczych pomysłów i porywów, kogoś raził czy komuś się nie podobał - bo oto pewnego dnia 1950 roku gruchnęła wśród stałych bywalców hiobowa wieść o przymusowej likwidacji" Ibisa". Wiadomość tę przyjęliśmy wszyscy z rozgoryczeniem. Zdawaliśmy sobie sprawę (oczywiście za wyjątkiem Wydziału Kwaterunkowego miasta Poznania), że ginie oto i zostaje celowo zniszczona prawdziwa i nietypowa placówka kulturalna. W czerwcu 1950 r. kawiarnia" Ibis" została zamknięta.
z Wacławem Kręglewskim rozmawia
PIOTR KĘPIŃSKI
Jakich czasów sięgają tradycje kupieckie w Pana rodzinie? Tradycje kupieckie Kręglewskich sięgają początków XIX wieku. Wtedy nasza rodzina zajmowała się rzeźnictwem i nic się pod tym względem nie zmieniło przez następnych kilkadziesiąt lat. Moj ojciec - Jan - już jako czternastoletni chłopak nauczył się tego zawodu. Potem służył warmii niemieckiej. Był ranny pod Verdun. Odznaczono go Żelaznym Krzyżem. Dostał się do niewoli. Jakiś czas później zaciągnął się do armii Hallera. Kiedy wrócił do Poznania miał 31 lat i chciał się koniecznie usamodzielnić. W związku z tym, że w rodzinie prawie wszyscy byli rzeźnikami myślał tylko o fachu rzeźnickim. Założył zatem własny interes. Struktura handlu mięsem przed wojną różniła się znacznie od tego, co działo się po wojnie. Wtedy handlowano pod gołym niebem, na targowiskach, chociaż rzecz jasna istniały też różne sklepy oraz jatki. Ojciec zajmował się hurtem i miał swoje "stanowisko" w rzeźni na Garbarach. Zaczął specjalizować się w sprzedaży owiec. Nazywano go nawet "królem owiec". W Poznaniu na owce niewątpliwie miał monopol. Miał swoje chłodnie. Powodziło się nam wtedy nie najgorzej. Jak dzisiaj pamiętam rzeźnię miejską na Garbarach, w której sprzedawano mięso. Zwierzęta ryczały. Kupcy zachwalali towary. Każdy hurtownik miał swoje stanowisko. A trzeba podkreślić, iż wtedy każdy handlowiec przyrządzał podroby lub kiełbasy na swój sposób. Jeden dodawał do wyrobów więcej przypraw, inny mniej... Fach rzeźnicki był wtedy w cenie. Nie tak jak po wojnie. N o, ale rozpoczęła się wojna i zaczęły nas trapić kłopoty. Tylko dzięki temu, że ojciec miał Żelazny Krzyż spod Verdun nie zostaliśmy wywiezieni, ale wyrzucono nas z mieszkania. W czasie okupacji bardzo trudno było zajmować się handlem. Oczywiście Niemcy mogli wszystko, a my musieliśmy ich słuchać. Ja nie pracowałem w flf
Ryc. 1. Rodzina Kręglewskich w roku 1948. Siedzą od lewej: matka Kazimiera Helena z domu Maniecka, ojciec Jan, stoją od lewej: Wacław, Irena i Wojciech Kręg1ewscy.
-: wg' *mie ojca. Musiałem "robić" u Niemca. Zaczynałem jako pracownik fizyczny. Pracowałem dla Niemca - prawdziwego fachowca - to trzeba podkreślić.
Ten człowiek znał się na zwierzętach. Kiedyś zapytał mnie, wskazując na biegającą po podwórzu świnię - Wacław, powiedz ile waży to zwierzę? Ja oczywiście nie wiedziałem. On na to, że około 75 kilogramów. Zważyliśmy zwierzaka i okazało się, że miał rację. Niemiec ów pochodził z Wołowa. Krowy hodowlane sprowadzał z Grazu.
Kiedy oberwałem kiedyś całkiem porządnie gdzieś na Chwaliszewie i znalazłem się w szpitalu, on specjalnie do tego szpitala się pofatygował i wyciągnął mnie. Dbał o swoich pracowników. Był dosyć bogaty i - co nie było w tamtych czasach oczywiste - handlował w miarę uczciwie. - Jak potoczyły się Pana losy po wojnie? - 20 marca 1945 roku poszedłem na ochotnika do wojska. Pojechałem do Chełmna Pomorskiego. Naszej rodzime, co tu dużo gadać, było bardzo ciężko.
Moi rodzice i inni zaczęli znowu zajmować się handlem, tak samo jak przed wojną, w rzeźni miejskiej. Po jakimś czasie kupili sobie pierwszą krowę. Za
Piotr Kępiński
. Ryc. 2. Jan Kręglewskistanawiali się co robić - czy kaszanki, czy kiełbasy. Nic wtedy na rynku nie było. Przyjechałem do Poznania po dwóch latach. N aturainie ojciec chciał, żebym zajął się rzeźnictwem. Jednak powojenne warunki, w których przyszło nam żyć, nie były przychylne prywatnym handlowcom. My nigdy nie dorobiliśmy się na lewym handlu. W maju 1945 roku mój ojciec założył ze znajomym - Kazimierzem Tafelskim - spółkę rzeźnicką. Zaczęli handlować. Początkowo szło im nie najgorzej. Potem przyszedł krach. 30 października 1948 roku do ojca zapukali kontrolerzy i wręczyli mu zakaz prowadzenia działalności handlowej. To samo spotkało wtedy wszystkich poznańskich rzeźników i handlowców branży mięsnej. Komuniści chcieli mieć wyłączność na handel mięsem. Drażniło ich, iż prywatni kupcy zawsze mają towar i są zaradni. Mój ojciec zmarł w 1952 roku, a jego wspólnik w 1949. Zamartwili się na śmierć. Nie mogli przeboleć tego, że odebrano im prawo do robienia tego, co lubili najbardziej. Komuniści wykończyli w ten sposób wielu kupców. Ludzie nie wytrzymywali psychicznie.
Ryc. 3. Wacław Kręglewski
- Jednak zanim nastąpił krach wywołany przez komunistów, na krótko po wojnie prywatni przedsiębiorcy zajmujący się handlem mięsem mieli przez jakiś czas wolną rękę. Nikt chyba im nie przeszkadzał. - Rzeczywiście, był bardzo krótki okres - gospodarczego liberalizmu - tak to umownie sobie nazwijmy. Kiedy wróciłem z wojska, musiałem coś w końcu robić. Nie można przez całe życie pracować u rodziców lub czekać na ich pomoc. Ojciec i ja znaliśmy wielu rzeźników. Oni oczywiście zajmowali się prawdziwym handlem mięsem - to znaczy - produkowali albo sprzedawali wołowinę lub wędlinę. Nie było nikogo od podrobów. Jeden ze znajomych powiedział mi, żebym koniecznie zajął się handlem podrobami. I tak zacząłem powoli rozkręcać swój interes, który jednak nie przetrwał zbyt długo. W każdym razie dostarczałem te podroby, już jako przedstawiciel swojej firmy, na Śląsk i do poznańskich restauracji. Sprzedawałem hurtem móżdżki, wątroby, płuca. Restauratorzy potrzebowali przecież ozorów do salcesonów czy płuc do kaszanki, niektóre knajpy zamawiały flaki - ja to im dostarczałem. Ten towar, rzecz jasna, nie leżał na ulicy i trudno było go zdobyć. Miałem jednak
Piotr Kępińskitrochę znajmości w całym województwie i udawało mi się wszystko załatwiać. Swój interes prowadziłem do lutego 1949 roku. Ten rok był dla prywatnych rzeźników pechowy. Jak już wspominałem - komuniści polikwidowali nam wszystko. Ja nie chciałem się poddawać tak łatwo, zatem stwierdziłem, że muszę koniecznie jeszcze trochę pohandlować. A towar miałem rozmieszczony w różnych chłodniach. I chociaż koncesji już nie miałem, proponowałem swój towar tak jak dawniej, tyle że nielegalnie. Tak funkcjonowałem do lutego 1949 roku. Wtedy doszedłem do wniosku, że nie można tak dalej i trzeba zrobić coś ze swoim życiem. Parę miesięcy później pracowałem już w Ośrodku Szkolnym Klasyfikatorów Żywca w Wiejcach. Spędzałem tam wszystkie dni. Do Poznania było daleko. Nie było takich jak dzisiaj środków komunikacji podmiejskiej. No i żona postawiła mi ultimatum - muszę wracać do Poznania. Wróciłem i zacząłem pracować w centrali mięsnej. Potem jednak zmieniłem zawód. Postąpiłem oczywiście wbrew rodzinnej tradycji, ale co było zrobić - rzeźnicy w PRL-u praktycznie nie istnieli. Krótko po wojnie nikt ich nie chciał. A potem już w ogóle nie interesowałem się tym fachem. Tak też skończyła się nasza rodzinna tradycja. Zająłem się budownictwem. 30 lat byłem technikiem budowlanym w Przedsiębiorstwie Budowlanym Poznań-Północ i nie żałuję tego. Lepiej było chyba zajmować się taką pracą, niż męczyć się z władzą ludową, która szczerze nienawidziła tego, co od dziesięcioleci robiła moja rodzina - to był prawdopodobnie taki mój kompromis... Chociaż mój syn Waldemar podtrzymuje tradycję kupiecką - jest dostawcą mięsa do stołówek i restauracji w Poznaniu.
Powyższy artykuł jest częścią publikacji Kronika Miasta Poznania 1995 R.63 Nr3; Bitwa o handel dostępnej w Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej dla wszystkich w zakresie dozwolonego użytku. Właścicielem praw jest Wydawnictwo Miejskie w Poznaniu.