NIEGŁADKIE DZIEJE KUPCA BŁAWATNEGO wspomnień Janusza Wojciecha Trojanowskiego wysłuchał

Kronika Miasta Poznania 1995 R.63 Nr3; Bitwa o handel

Czas czytania: ok. 15 min.

SEBASTIAN SZCZĘSNY

M ój ojciec Władysław Trojanowski był kupcem jakich dzisiaj coraz mniej.

Tradycyjnym, z zasadami. Jestem 35 rocznik. Nie pamiętam więc, jak wyglądał przedwojenny handel. Znam go tylko z opowiadań ojca, który próbował żyć i handlować normalnie. Nawet, kiedy władze dawały mu wyraźnie do zrozumienia, że tego sobie nie życzą.

Od guzika do teksasu

Pierwszy sklep miał w latach 20-tych przy ulicy Garbary. W 1932 roku przeniósł się na św. Marcin, do centrum. Jego przeprowadzka była powszechnie uważana za nobilitację, bo także wówczas św. Marcin był reprezentacyjną ulicą Poznania. W kamienicy pod numerem 18-tym otworzył sklep odzieżowy z tkaninami. Sprzedawał na przykład dobrą gatunkowo bieliznę męską z Łodzi. Jednocześnie można tu było kupić guziki, zamki błyskawiczne, tasiemki i inne artykuły pasmanteryjne. Zaraz po wojnie adres się nie zmienił. Wkrótce ulicę przemianowano jednak na Armii Czerwonej, a później numer kamienicy zmieniono na 31. Tuż obok, na narożniku Rataj czaka, swój sklep miał Geier, kupiec niemiecki. Nie pamiętam już czym handlował, ale zawsze z ojcem do brze żył. Sklep był dość duży. Miał około 60 metrów kwadratowych całkowitej powierzchni, a użytkowej - około 40 metrów kwadratowych. Pracowały w nim dwie, może i trzy ekspedientki. Wewnątrz znajdowały się dwie lady, kasa-komoda z szufladą i dwa regały, oba z dziewięcioma półkami. Całość z masywnej dębiny, częściowo fornierowanej, bejcowanej na kolor jasnego orzecha i politurowanej. Po wojnie, zdaje się w latach 70-tych, oba pomieszczenia połączono. Dziś sprzedaje się tam markowe spodnie teksasowe.

PW« ! *

"TS

Sebastian Szczęsny

WI

I i II i i IlIśi

Ryc. 1 i 2. Przedwojenny sklep pasmanteryjny przy ul. Św. Marcin 18 (później 31)

Mieszkaliśmy wtedy z ojcem i matką Stanisławą w kamienicy przy Strzeleckiej. Matka, z domu Stańko, urodziła się w Halle i mówiła świetnie po niemiecku. Naprzeciwko naszego domu było Gimnazjum Jana Kantego. Dziś jest tam III Liceum Ogólnokształcące. Obok - Gimnazjum Bergera, gdzie dziś jest politechnika.

Ptaki na drucie

N adszedł rok 1939, wybuchła wojna i do Poznania wkroczyli Niemcy. Zaczęły się wywózki do Rzeszy i branie zakładników. Ojciec miał być zabrany przez Gestapo. W porę jednak uprzedził go sąsiad zza sklepowej ściany, który, jako Niemiec, był nieco zorientowany w planach administracji okupacyjnej. Musieliśmy zaraz uciekać pod obcym nazwiskiem. Trafiliśmy do ZUS-owskich, wielkich bloków na warszawskiej Ochocie, gdzie zatrzymało się wtedy dużo poznaniaków. Mieszkaliśmy w trzypokojowym mieszkaniu między ulicami Niemcewicza i Asnyka, niedaleko Filtrowej. Utrzymywanie dawały nam dochody z otwartej przez ojca i jego szwagra Niteckiego hurtowni szkła laboratoryjnego. Sam nie wiem dlaczego, ale nawet nieźle prosperowała. W warszawskim mieszkaniu przeżyliśmy wojnę aż do Powstania Warszawskiego. Kiedy wybuchło, właśnie wróciliśmy z podwarszawskich wakaq'i. Przyjechaliśmy ostatnią kolejką przed powstańczymi strzałami.

W czasie powstania Niemcy kazali się jak najszybciej wyprowadzić i zdążyliśmy zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Poprowadzono nas ulicą Grójecką na zieleniak, już przed wojną ogromne targowisko warzywne. Aż do zieleniaka ulic pilnowali własowcy, którzy spędzali na niego wszystkich okolicznych mieszkańców. Na miejscu, pod gołym niebem wszyscy spędziliśmy kilka dni i nocy. Widzieliśmy, jak Warszawa płonie. Wokół targowiska ciągnął się wysoki, murowany płot, na którym siedziały setki, a może tysiące kolorowych ptaków, papug, kanarków. Wypuszczane przez uciekinierów z klatek leciały za ludźmi. Dorośli nie zwracali na nie większej uwagi. Nasza rodzina była rozbita zaraz przy płocie i na mnie, dziewięcioletnim chłopcu, ten tłum ptaków zrobił niewypowiedziane wrażenie.

Bez ojca

Później zapędzono nas do obozu przejściowego w Pruszkowie. Jako jedni z pierwszych zostaliśmy wepchnięci do wielkiej hali fabrycznej Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Kiedy panował już w niej tłok, wyciągano z niej ludzi. Jechali w transportach do Oświęcimia. Ktoś krzyknął, żeby się chować. Ludzie, którzy trafili pierwsi do hali i stali z dala od wejścia, zdążyli wskoczyć do kanałów, w których naprawia się podwozia wagonów. Mieliśmy dużo szczęścia, Niemcy w ciemnościach nie sprawdzali za dokładnie. Grupę ojca wzięto jednak na drugi dzień do obozu Sachsenhausen w Oranienburgu.

Sebastian Szczęsny

Matka resztką ukrytej, złotej biżuterii przekupiła Niemców i dostaliśmy się do transportu do Tworek. W dzisiejszym szpitalu dla psychicznie chorych leżeli wtedy chorzy na tyfus i inne choroby zakaźne. Niedaleko, w N owej Wsi przy Podkowie Leśnej, spędziliśmy w czasie wojny wakacje. Znaliśmy tam ludzi, którzy pomogli nam wydostać się na wolność. Zamieszkaliśmy w N owej Wsi u pani Czerwińskiej, ale nie mieliśmy żadnych środków do życia. Matka znalazła pracę tłumaczki w pobliskim sztabie niemieckim. U dało jej się nawet zabrać z nimi na inspekcję do Warszawy. Z naszego mieszkania zabrała wtedy kilka pamiątek. W tym album ze zdjęciami oraz obraz ojca i mój namalowany w czasie okupacji przez dawnego malarza Piłsudskiego - profesora Kwiatkowskiego. Ojciec pomógł kiedyś profesorowi i te obrazy były takim rodzajem rewanżu.

Komis zabity dechami

Na wiosnę 1945 roku wróciliśmy wreszcie do wyzwolonego Poznania. Przyjechaliśmy pociągiem towarowym. Najpierw poszliśmy do naszego domu przy ul. Strzeleckiej. Zamiast niego zastaliśmy ruiny. Kamienicy nie odbudowano. Zamieszkaliśmy u krewnych na Łazarzu.

Po kilku dniach poszliśmy do sklepu. Był zupełnie zdemolowany, chociaż kamienica stała. Szyby w witrynach wybite, gruz na podłodze. A ojciec jeszcze w obozie. Póki co, myśli o sklepie bławatnym musieliśmy schować na inne czasy, a za coś żyć było trzeba. Matka postanowiła otworzyć komis. N a szczęście mieliśmy starych znajomych, którzy pomogli nam uporządkować wnętrze. Nie było materiałów ani pieniędzy, więc niemal całe okna wystawowe zabiliśmy deskami. U dało się tylko zdobyć małe szybki, nie większe niż pół metra. Do sklepu Niemca nie wchodziliśmy, bo nie był nasz. Wkrótce ludzie zaczęli do komisu przynosić różne rzeczy, a znaleźli się i tacy, którzy zaczęli kupować. Nie obawialiśmy się, że handlujemy kradzionym, bo o szabrownikach zaczęło być głośno dopiero później. Handlowaliśmy głównie wyprzedawanymi z mieszkań sprzętami: szkłem, kryształami, dywanami. Pamiętam rozmowy o obrazach - polskich, flamandzkich, niemieckich. Komis, pierwszy wówczas w Poznaniu, prosperował dobrze. Być może komisowy interes rozwijałby się dalej, ale wrócił ojciec.

Elegancja prosto z Bielska

Ojciec uważał, że poważny kupiec nie powinien się zajmować takimi błahostkami jak komis. Może to był błąd, ale twierdził, że to nie jest prawdziwy interes. Starał się wrócić do przedwojennych tradycji. Po pewnym czasie zamiast dech w dwóch oknach wystawowych pojawiły się opuszczane na korbę kraty. To co się dało wyremontować, ojciec wyremontował, inne sprzęty wymienił na nowe.

1 maja 1945 otworzył skład bławatów, czyli sklep z tkaninami. Później trzeba go było zarejestrować w U rzędzie Skarbowym. Ojciec zrobił to na początku 1949 roku l. Zaraz po powrocie z wojny do domu nawiązał kontakt z zakładami w Bielsku. Później zaczął przywozić do Poznania materiały z innych fabryk, ale materiały bielskie zawsze były chlubą naszego sklepiku. Ojciec starał się, żeby jego sklep sprzedawał materiały tylko dobrej i bardzo dobrej jakości. Wraz z nimi można było kupić także dodatki krawieckie. W tym czasie takich materiałów w Poznaniu nie było, przez pewien czas był to bodajże jedyny sklep z tkaninami w Poznaniu. U ojca materiały na ubrania kupowali wszyscy, którzy chcieli dobrze wyglądać. Byli wśród nich i zaprowadzający nową władze urzędnicy partyjni. Reklamy firmy ukazywały się nawet w programach uruchomionego na nowo Teatru Wielkiego. Zaczęliśmy wynajmować czteropokojowe mieszkanie numer pięć, dwa pietra nad sklepem. Interes prosperował początkowo tak świetnie, że mogliśmy sobie pozwalać nawet na wakacje. Oczywiście w kraju, ale zawsze. Jeździliśmy nad morze albo w góry - Sudety, Karkonosze. W 1947 roku kupiliśmy 1100 m kw. ziemi na Ogrodach na ogródek. Ja skończyłem szkołę powszechną w 1948 roku i poszedłem do Gimnazjum Jana Kantego. Ojciec sprawił sobie samochód, dekawkę. Na początku sprzedawał w sklepie z matką, ale później zatrudnił ekspedientki, matka wróciła do domu, a sam jeździł po Polsce załatwiać towar. Stać nas było na remonty sklepu. Ojciec lubił, żeby się wszystko świeciło.

Komisja za komisja

Na przełomie lat 40-tych i 50-tych zaczęły się poważne naciski na prywatnych kupców. Chodziło o to, żeby dobrowolnie oddawali koncesje na handel i wielu to robiło. Na ojca najgorzej działały ciągłe kontrole. Przede wszystkim kontrolowała Państwowa Inspekcja Handlowa, ale i inne instytucje. W każdej chwili cały towar w sklepie musiał mieć pokrycie w rachunkach. Komisja była w stanie nawet odwijać bele materiału, żeby zmierzyć czy jego długość zgadza się z zapisami w księgach handlowych. Szukano właściwie wszystkiego, do czego można by mieć jakiekolwiek zastrzeżenia. Kontrola do sklepu wchodziła z reguły na pół dnia. Zdarzało się jednak, że był on zamknięty cały dzień i dłużej. Pod koniec tego okresu ojciec już miał dosyć handlowania.

Naciski na wycofanie się z interesu motywowano tym, że sklep za duży i w zbyt dobrym punkcie miasta jak na własność prywatnego kupca. Nie pamiętam, żeby którykolwiek sklep prywatny utrzymał się ma głównej ulicy. W tym samym czasie odebrano na przykład wielki sklep kupcowi Rucińskiemu, który mieszkał z siostrami na naszym piętrze.

Sebastian Szczęsny

Na państwowy garnuszek

Latem 1950 roku Oddział Kwaterunkowy Prezydium Miejskiej Rady Narodowej wraz z Wydziałem Przemysłu i Handlu zadecydował, że w naszej kamienicy będzie sklep Miejskiego Handlu Detalicznego. "Kwaterunek" zażądał, żeby ojciec do godz. 1 I-tej 7 września wyniósł się ze sklepu dobrowolnie, bo inaczej zostanie usunięty siłą i to na swój koszt. Mógł się odwoływać w ciągu tygodnia, ale i tak eksmisja zostałaby przeprowadzona ze względu na ważny interes publiczny. Jednak to była tylko formalność. Pismo nakazujące opróżnienie lokalu jest datowane dzień później, niż protokół przejęcia lokalu. Faktycznie M H D przejął przedsiębiorstwo już 19 sierpnia.

Oczywiście w tej sytuacji zażądano, żeby formalnie zlikwidować firmę i zwrócić wszystkie pozwolenia na jej działalność. W sierpniu specjalnie zamówiony zaprzysiężony specjalista od wystroju wnętrz oszacował wartość umeblowania i sprzętu. Okazało się, że warte są około 400 tysięcy złotych. Za przejęte urządzenia sklepowe miasto zapłaciło nieco ponad pięć tysięcy złotych, a przez długie lata nic w wystroju nie zmiefrotokół «daweso-oahlorosgr

«pisany wlotala faandlosyis Kiepskiego HawUoiij« Detalicznego w doznaniu w obecności oisyw» Sriaaełiek Soaifscy SytnAejawski SOBAK trojanowski Władysław "'ako fełaociciel sklepu, pxssy ul'>8W.Uaroin 21 .. a zamiaształy w Posianiu pf»y ul,swJSareia. 31 <<»5 Obyw ,2ro janowi 1 zdaje $ aMaj ski Łiod&ł Detaliczny w Poznania przej»uje lokal haDalorgr wraz a urządzaniem a raianowloi@ I,} jeden regal o wyalarze 3*95 * 2,95 x 0,50 2.1 II , II II « 3 70 x 2 50 st 0,44 3.j jedna Iwamnica *. 3,35 x 0,75 x 0,62 al? azofladasii 4 » ) « *. " 1 , 54 x O 7 5 x O, 5 1 5-. iedna kaoa - II 1,00 x d,95 x 0,54 6.) lwa obadoweai« okien wystawowych jedna lampa elefctxyoz.ua wioząca kula J ca 20 »2 linoleum częściowo zniszczony w 50'" jedne kraty foea 4 artr»ezero )ae Uro galo* anie wartości za orsądsettia nasta.pl po dostarczeniu ozacunka rzeczoznawcy aapr zwalczone go oraz dowodu własności, lClucse w iloaci 3 oraz jednaj korby do krat wręczono przefisstcrcicielom KB,

<f -i\ B6z»aii, taia 22«sierpnia 1950.x

Ryc. 3. Protokół z przejęcia sklepu przy ul. Św. Marcin w roku 1950.

· .-. Preiydiura *"'Mi«]'u!coi My ill-odcwrei

WrMTOOMAMlUJAurWua".

ii <<isJSMISfefoseadtflsiift JJ alerjnla 1530 x. ul.&>ier:gnleek» 1 7. 7'* ZG doradcra dar» ?02GaigE

Cddsłai EnateruSkatry' i-dz'. 8909j376Swj50.lH.

.0)jw.(7łtaa) 1';.'

. - , : . .

. A ",

TreJaaoKsŁ.l.wJaSc.skleju błacatów .? r/a.- si. śA&aroln 51.

, V-PPr!**" »gvJagtttttn lola&l flfar «l.

aa»' E a reI a nr. 'U

Oddalał EaotanBoronjr rrossydiaa Et*jolaej aaady Karsdoce} w Jozafinia B pbroKiuńmia ss SJrSsiałwa Frsaay&ttt. 1 Hord Um ztnładaaLn, że lokale Oby*. .połcioBO 3r Bleroctacnaci prsy' al- aw.' a a r h 1 a. Jl Braoscaecaaa: aostaży aa sotraoby IHeJBUMo'Bandla A «tallotnego - - Artykuły Cr£My*łsWi - al. Rfctajcń&a tor.2. · "ehec pojijfiBseBO aaułttja ai-j cyoWSlono «prssaiio orsoBjoalo z dnia '-M.cwmvca 1945'r.-M* .IJ4j293j4@K3«l***»4tO» Oby».' !<&ala w aydl, zaatrzaSaala UBiasKBsoKsso »0 »la... _" 1)063142 Kt.-eianiakcwyt dzto Sajro no podatsrio nrt» 25iBLt. b) i e) dalsza ta s 4 Ua 21 .12 .1945"-*. UVa.a-ll.?Sr.<V'(o, eoc«2'l) o pUlłłcsRiJ goapodiataa lakolaalI tontx»li Bajan orss o. aporcln o 5 2 dofcrotu * Sady J£LalotmJw o saaaCzJo osiaŁoaia aslstro JbB&lu Sowast s» go (»».S.'W.Sr.lo, poa. G2 s 1343 r.) ssyrra Obyw. sra s »ojjrstkici oooUasi. jraoa' Sżksitoi) raprasaatajicjial, aa do»fclWlSMjJ o opriSnleoia tałJo<?l\<?!liraa lokali tr u art»ii ą-oldl prss . ?-l. św.Karsin ar .Jl w tal=ln19 lla..aDla .7 gregl nla Ł lglŁt«. . A # . Ll ll-tcJ . · .j oyacuSaa klosoatasGFfaztta ar> da po'*yas«ogo KarsgaMSla aaatApl ." asuBlo.cla prsyausorc po apay*>i.e «saAjx.'ilancso terślsa» oaAł-.ooist 1 TJF.ylaj Oby». j. .' 'Siieaboatasć Obyć; al« wtxsysa njfcamCtoojel r&alejosego zarac» d&aaia. · * (»1 pc. AyAaKaj dkjcyaji jgny&naja Ot}"-'- .»0 ayali ori. ,55 wyi. ayt.

dtóreta sras-i imleaioBJa od»łania tt clagu. 7-SJIU dni, liczlo od dat; dórAcssaala aiaiolsr-cgo do iTOJcKMzfcloJ ŁOstiajl Sekalir.jcsJ ssa jaoamdnictsen tut.tidds.Uau, al. arlcrŁyalsc&a.1t, Dek-SJ 12:t ' ( " Cctżc&saże, fcMro -niaso byd 'stAfcononc w } <<1Btojilarjsooh,' poillafja opła81s afcarbo-aj * BaacsSoch w Byook»aol 5 v , s ł oTaa po li»> -»el od .

/ *a. A laJj& A A A C S a 11 a . ' , - '. . · S aie aiaaia Kjtl. oitfoJ aala nlifwatrsjica s?yl:ossolttoaoi oial «j si« sb £»tarjiseala s uwseł aa ayjtjtlnrso natay lateras anhjlwPar« dacrijo nlłiioj asa alejjj BatyoblŁatoi?oisa uyfcoiualtir -sgodala s art, 56 dakra tt Sleas3Ł U 131CKQSO* Vżsrgconcili.Ti ran-łuat irrog<l obltM»* Hlalon w torailnis 5» Ala fi* A sasfladoBld Proa-Tttlau jigSTjdj!ciaJ .Kadr-Saradowd - iyds4a A ł!a<<!J.tt praez tow1\Cdiua aoj a&ł' A Bal} Har .odanej S' «ydalał BanrtlB o slifeiidaraalu Br<<:?» prAailOl-;i >lorgtAo. s«s=eoj!;c JcdaaasosSnie uaselrie' aSBBBBfajż aSiarSSSJ .;ac Hdtycaa.;anons BnMIóIcnŁa praonyAijvje, art-im atalY aij -na.iaEtttci: sdalojos»! ttccysjl bossrsodaiotaaejy,erw»jłS 'fvda iałtt

Rnuehut) xiartuvaD: cadkioło

Ryc. 4. Decyzja o zajęciu sklepu przy ul. Św. Marcin z roku 1950.

niono. Ojciec nie dostał tych pieniędzy do ręki. Zostały wpłacone najego konto do Wydziału Finansowego MRN. Ojciec zaczął zarabiać na państwowej posadzie. Najpierw w Zakładach Zbożowych, a później w Poznańskim Zjednoczeniu Instalacji Przemysłowych. Na tyle nam się pogorszyło, że musieliśmy wyprzedawać precjoza, które zostały z lepszych czasów. Później kwaterunek 2 odebrał nam jeden pokój. Zagęszczano mieszkania, zamurowano przejście do pokoju. Nie pamiętam, kto się do niego wprowadził, ale mieliśmy wspólną kuchnię. Słowem, władze pokazywały, kto rządzi.

Sebastian Szczęsny

Papierek za papierkiem

W drugiej połowie lat 50-tych zapaliło się nieco bardziej zielone światło dla prywatnej inicjatywy. VIII plenum PZPR zaleciło popierać sieć drobnego prywatnego handlu detalicznego. Ojciec zaczął przemyśliwać o ponownym uruchomieniu interesu. W grudniu 1956 roku zwolnił się z państwowej posady. W styczniu 1957 roku wystarał się o zezwolenie na prowadzenie działalności handlowej w branży odzieżowej wydane bez ograniczenia czasowego, a na początku 1958 roku o rejestrację w Urzędzie Skarbowym. Wróciła nadzieja na odzyskanie sklepu. Po raz pierwszy zaczął się o to starać już w listopadzie 1956 roku. W lutym 1957 próbował udowodnić, że nasz lokal jest za mały dla sklepu państwowego. Pracowały w nim dwie osoby, kierownik i ekspedientka. Ustawiały się niesamowite kolejki, bo jedna sprzedawczyni nie była w stanie szybko obsługiwać. Czekało się na obsługę godzinami. Nic z tego - brzniała odpowiedź. Prawdopodobnie za dobre było położenie dla prywaciarza. Ojciec wynajął więc na naszym podwórku, z tyłu kamienicy, zrujnowany, murowany garaż i przerobił go na mały sklepik. Pomagali znajomi z dawnych lat, urządzali go wraz z ojcem domowymi sposobami. Ktoś zrobił stolarkę, ktoś część regałów, ladę, inną część regałów. Zamurowano od dołu bramę garażu i zrobiono z niej witrynę wystawową, zwężono boki, a w bocznej ścianie, wykuto drzwi.

"fert YI/I 51/152/58ra Za domfl dor90żenia

Poznań,' dniaJQ mą) a 1958r.j GJ)w>} Władysław trojanowski Poznań, * ulKpzerwonej Armii 31 m5

Przedmiot: Przebudowa garażu na pomieszczenie handlowe - uI.3?r>*Batajosaka 34 'W naciqganiu do piana złożonego w dniu 26..)TV*.il958r - Zarząd Architektoniczno- JJudowlany - nie naruszając praw osób trzecich -wyraża zgod na tymczasowe użytkowanie samowolnie przebudowanego garażu na pomięszczenie hap dl owę ,.. do czas« zarządzenia I:ozbiórki pomieszczęnia w zWIązku z zamIerzenIamI planu zagospodarowanIa przestrzennego mIasta , który przewi.duje uporządkowanie* (wybuJ;zenie) wnętrz raiędzybioKowych ci pez12rawa zqdanIa. od zkodowapIa WZgl.I pomIeszczenIa zastępczego od Prezy Ium bady MeJodowe J mJ PoznanIa.! . .. Przedłożone rysunki traktuj e się jako inwentaryzację stanu IstnIeJqoego - bez zatwIerdzenIa.! _/ t ktu .

Z-c«Gtówo c l_. ....1 _"Y . I

Załyj 1 *ya *wiadomości: :z>SDR5fj-Stare Mias* :nańtul; .iŁibelta 16] 2r,.jSo:,i

Ryc. 5. Zezwolenie na przebudowę garażu przy ul. Ratajczaka na sklep.

W kwietniu sklepik ruszył. Można było do niego trafić WejSCIem od ulicy Rataj czaka. Półki, lada, sprzedawca i klienci musieli się zmieścić na 14 m kw.

Biurokracja wtedy panowała ogromna. Niemalże na każdą zmianę trzeba było mieć osobny papierek. Samo umieszczenie gablot w bramie wejściowej wymagało kilku podkładek. Tymczasem Zarząd Architektoniczno- Budowlany Prezydium Rady Narodowej uznał przebudowę za samowolną. W maju 1958 roku zezwolił na tymczasowy handel w byłym garażu, bez zatwierdzenia status quo. Z-ca Głównego Architekta Miasta uprzedził jednocześnie, że i tak plan zagospodarowanie przestrzennego zakłada wyburzenie wszystkich wnętrz międzyblokowych, czyli po prostu podwórek kamienic. Bez odszkodowania. Nie zgodził się Wydział Kwaterunku Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Panowie urzędnicy ustalili w marcu 1958, że w dzielnicy jest dosyć sklepów odzieżowych. Ojciec odwołał się, a potem zaskarżył w maju Miejską Komisję Lokalową, która poparła Wydział Kwaterunku. Komisja Wojewódzka w czerwcu zmieniła decyzję urzędników miejskich na korzyść ojca. Jednak nad sklepikiem wisiała groźba zburzenia, więc ojciec jeszcze w lutym 1957 zaczął się starać o pomieszczenie w kamienicy na Starym Rynku 80. Chciał w zamian wyremontować jej frontową elewację na własny koszt.

Najlepsze kapelusze w mieście

W nowym sklepie większość towarów pochodziła od rzemieślników poznańskich. Zresztą nie wolno nam było handlować ubraniami z zagranicy. Mieliśmy pozwolenie tylko na sprzedaż męskich ubrań, spodni, futer, pelis, palt, jesionek, płaszczy i kurtek. Sprzedawali tylko ojciec i matka. Nie było nas stać na ekspedientki. Ja w 1952 skończyłem gimnazjum, od 1953 zacząłem studiować, a w wolnych chwilach pomagałem rodzicom. Po czterech latach przerwałem studia, żeby głębiej wejść w rodzinny interes. Od razu nam się polepszyło. Ojciec znów starał się o wysoką jakość sprzedawanych towarów. Na początku mieliśmy wszystko, co się dobrze sprzedawało: naciągane przez głowę bluzy męskie, spodnie. Najchętniej kupowano ubiory z grubszych materiałów. Czasy były takie, że wszyscy nastawiali się na rzeczy nie za drogie, praktyczne, trwałe. Jednak kupowano nawet krawaty. Wprawdzie z gorszego, ale zawsze jedwabiu. W pewnym okresie dobrze sprzedawały się krawaty ręcznie malowane. W latach 60-tych zaczęliśmy się specjalizować. Żyli jeszcze przedwojenni rzemieślnicy, którzy robili doskonałe czapki. Tak się złożyło, że tych czapników znaliśmy. Część z nich sprzedawała czapki u siebie w warsztacie. Kiedy my zaczęliśmy sprzedawać, braliśmy je od kilku jednocześnie, więc mieliśmy przewagę większego wyboru wzorów. Po kilku latach, w sezonie, jesienią i zimą, nie sprzedawaliśmy prawie nic innego. Pojawiały się ciągle nowe fasony. Sądzę, że mieliśmy najlepszy wybór

Sebastian Szczęsny

Ryc. 6. Wnętrze sklepu w podwórzu przy ul. Ratajczaka (Janusz i Władysław Trojanowscy)czapek w Poznaniu. A przyjeżdżano po nie nawet z innych miast. Niekiedy ustawiały się długie kolejki spragnionych porządnej czapki. Najpopularniejsze były chyba maciejówki. Kupowano też podobne do nich, ale podwyższane, sportowe, z daszkiem spuszczanym razem z materiałem na górze: leninówki, degolówki - wszystko co modne od razu się u nas pojawiało. Owszem, były czapki z zakładów państwowych, ale jakoś nie "chciały leżeć". Mimo, że rzemieślnicy szyli czapki tylko z odpadów. Były specjalne sklepy, gdzie mogli je kupować na kilogramy. Nie wszystko można było kupić, na przykład czapki futrzane na zimę szyto tylko z resztek futer sztucznych. Starzy klienci przychodzą do dziś. Pytają o takie czapki, które kupowali sami czy ich rodzice przed laty.

Opieka

W latach 60-tych nie było już tak uciążliwych kontroli. Za to musieliśmy się opłacać. Trzeba było stale starać się o przedłużenie zezwolenia na handel. A to kosztowało. Nie mówię o opłatach skarbowych, one były symboliczne. Przykładowo w 1971 roku za trzyletnią zgodę na handel wyniosła ona tysiąc złotych. Jednak w każdej chwili zezwolenie mogło być cofnięte. Decyzja należała do urzędnika. A była grupa urzędników, która kazała sobie słono płacić za życzliwość przy wydawaniu koncesji. Nie pamiętam znajomych prowadzących

:a

I\. _ . :n:

-t ....

SŚ"'1 ! -J$&f*

, I u--.

, , ,.

· -m1*_m ""-S881

I PA

Ryc. 7 i 8. Kamienica na narożniku ul. Św. Marcin i Ratajczaka, w której mieścił się w latach 30-tych i 40-tych sklep Wł. Trojanowskiego. Zdjęcia z początku wieku i z początku lat 70-tych

.%

Sebastian Szczęsny

wtedy sklepy w śródmieściu, którzy nie musieli płacić co pewien czas równowartości dwóch, trzech dobrych pensji. W sumie 10 razy więcej, niż opłata urzędowa za koncesję. Zawsze ta sama osoba odwiedzała sklepy i odbierała pieniądze od właścicieli. Później jakoś to się skończyło. Każde zezwolenie miało dokładnie wyróżnione, co możemy sprzedawać.

Były okresy, że nie chcieli zezwolić na sprzedaż spodni.

Zaczęło nam się polepszać. Na przełomie lat 60-tych i 70-tych zbudowaliśmy dom na działce na Ogrodach. N ajstarsi poznańscy czapnicy wytwarzali tylko dla nas. Pod koniec lat 70tych było ich coraz mniej. N owe czapki nie były już tak starannie wykonane. Brakowało czapek, więc trzeba było się zająć czymś innym. Zdecydowaliśmy się na spodnie. Najpierw z materiału, później z dżinsu polskiego, a teraz z importowanego. N adal kupujemy towar u poznańskich rzemieślników. Jako tako przetrwaliśmy lata 80-te. N adal stosujemy sito jakości, tak jak ojciec. Nie ma u nas szans hurtownik, który chce nam sprzedać dżinsy z materiału, który szybko się może przetrzeć.

Wolny kraj, wolne czynsze

N aprawdę swobodnego rozwoju handlu ojciec nie doczekał. Zmarł w 1977 roku. Później sklepik przejąłem ja, ajeszcze później dołączył syn. Tak się złożyło, że ja jestem wykształcony geograf, syn etnolog, a i tak trafiliśmy do rodzinnego interesu. W tym chyba tyle samo jest handlu we krwi, ile wychowania. W latach 90-tych wreszcie można było bardziej rozwinąć firmę. Otworzyliśmy następny sklep w pasażu na narożniku św. Marcina i Alei Marcinkowskiego. Następny - od ubiegłego roku przy Gwarnej. Tam sprzedaję w jednym lokalu z innym kupcem, bo inaczej czynsz byłby za wysoki. W lutym 1990 roku próbowałem odzyskać zabrany bezprawnie lokal przy Św. Marcinie. Mieścił się tam wówczas sklep Malwa, należący do Przedsiębiorstwa Handlu Ubiorami "Otex". Nie udało mi się. Trochę tu zawiniła moja naiwność. Uwierzyłem jednemu człowiekowi, który mnie zawiódł. Ale nie żałuję tego. Sklepik przy Ratajczaka 34 istnieje do dziś, wchodzi się do niego tą samą bramą. Należy i teraz do nas. Może niedługo znów będziemy w nim sprzedawać czapki tak jak kiedyś. Jest taki fachowiec w Warszawie...

PRZYPISYl Zezwolenie trzeba było odnawiać co roku 2 Wydziały kwaterunku organizowane po wojnie zajmowały się sprawami mieszkaniowymi. W myśl socjalistycznej "sprawiedliwości społecznej" do dużych mieszkań dokwaterowywano lokatorów, nierzadko z marginesu społecznego. Władze "dbały", aby na jedną osobę nie przypadł za duży metraż, (przyp. red).

Powyższy artykuł jest częścią publikacji Kronika Miasta Poznania 1995 R.63 Nr3; Bitwa o handel dostępnej w Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej dla wszystkich w zakresie dozwolonego użytku. Właścicielem praw jest Wydawnictwo Miejskie w Poznaniu.
Do góry