WIELKIE ŻARCIE U ROTNICKIEGO z Karolem Rotnickiem rozmaWIa
Kronika Miasta Poznania 1994 R.62 Nr1/2
Czas czytania: ok. 8 min.MAŁGORZATA WYSZYŃSKA
D elikatesy Michała Rotnickiego przy ulicy Ratajczaka musiały być sklepem niezwykłym. Wiele ciepłych słów poświęcił sklepowi w książce "Fidrek" Jerzy Waldorff, u którego czytamy: "Wszystko zaś prezentował szef firmy - naj milej usłużny, lecz nie służalczy! - mając u boku klienteli subiektów, u których słowo "nie ma" wykreślone było z użycia. Zaiste bowiem w cudownym sklepie kolonialnym pana Rotnickiego, w jego dostojnie mrocznym, wonnym, czarownym wnętrzu - było wszystko". - Skąd pochodziła rodzina pana ojca? - Mój ojciec Michał Rotnicki urodził się w 1885 r. Był wiejskim dzieckiem, synem bogatego młynarza z Kiszkowa pod Gnieznem. Jego pradziad przywędrował do Wielkopolski z Litwy, ze wsi Rotniczanka nad Rotnicą. Michał opuścił Kiszkowo jako 12-letni chłopak. Na trzy lata zatrudnił się w Poznaniu, w polskiej firmie handlowej Glabisza: w 1903 r. został nawet jego pomocnikiem. Niebawem wyjechał jednak do Wrocławia i pracował w firmie niemieckiej. Mając 22 lata zapisał się do niemieckiej szkoły handlowej. Dziś trudno ustalić, czy była to szkoła w Szczecinie, czy też we Wrocławiu. W każdym razie uczęszczał do niej przez dwa lata. Potem pracował w Lipsku i w Dreźnie w tamtejszych domach towarowych. - Kupiectwo nie było zatem przypadkowe w życiu pana ojca? - Ojciec cały czas pozostawał wierny branży spożywczej. W 1912 r.
wyjechał do Londynu, gdzie także prawie trzy lata praktykował w handlu. W 1915 r. wrócił do Lipska. W 1916 r. zwerbowany do armii niemieckiej, spędził w niej dwa lata. Po zakończeniu I wojny światowej przyjechał do Wielkopolski. W 1919 roku otworzył w Poznaniu swój pierwszy mały sklep, a po trzech latach duże delikatesy przy ul. Rataj czaka, aby w ten sposób zostać poznaniakiem i pierwszym kupcem w rodzinie Rotnickich.
Rodzina Romickich podczas okupacji hitlerowskiej, w Częstochowie
GDAŃSKI DOM DELIKATESÓW
- W którym dokładnie miejscu mieścił się sklep pana ojca? - Dokładnie przy ulicy Ratajczaka 36, w kamienicy, w której po wojnie mieścił się przez długi czas Klub MPiK-u. Spalony w 1945 r. budynek przebudowano jednak i teraz wygląda on zupełnie inaczej. Przed wojną wąski od frontu sklep ciągnął się w głąb podwórza. W podwórzu wybudowano także duży, szklany pawilon, w którym znajdowała się część garmażeryjna i kuchnia. Ekspedientów było ok. 35.
- Sklep nazywał się Gdański Dom Delikatesów. Czyżby Pana ojca łączyły jakieś szczególne związki z Gdańskiem? - Sklep nazywał się Gdański ponieważ ojciec uważał, że Gdańsk jest polskim miastem. Chociaż nigdy tam nie uczył się, ani nie pracował, Gdańsk kojarzył mu się z wielkim handlowym miastem otwartym na świat. Miał z tego powodu później wielkie kłopoty, znalazł się na liście SS. W 1939 r. musiał uciekać i dołączył do rodziny dopiero po roku. - Przechodzień mijający sklep musiał zauważyć wystawę... - Ojciec zawsze sam przygotowywał dekorację okna wystawowego.
Układał np. kompozycje naśladujące martwą naturę - na udrapowanej tkaninie owoce i wina w ramie obrazu. Butelki win w witrynie były zawsze atrapami. Umieszczenie "żywego wina" na nagrzanej słońcem wystawie uważał za zbrodnię. - Jak wyglądało wnętrze sklepu? - Był to klasyczny sklep. Panował w nim półmrok, lady były z ciemnego drewna, a u sufitu wisiały kandelabry. Aby uzyskać efekt obfitości, na środku wokół wyłożonych ciemnym drewnem filarów ustawiano stoły, na których układano ptactwo i dziczyznę.
Małgorzata VVyszyńska
Delikatesy Michała Rotnickiego przy ul. Ratajczaka
Wnętrze Gdańskiego Domu Delikatesów Michała Rotnickiego
Wnętrze Gdańskiego Domu Delikatesów Michała Rotnickiego
Wnętrze Gdańskiego Domu Delikatesów Michała Rotnickiego
Małgorzata Wyszyńska
Wnętrze Gdańskiego Domu Delikatesów Michała Rotnickiego
Dekoracja witryn Delikatesów Michała Rotnickiego
Dekoracja witryn Delikatesów Michała Rotnickiego
H A Lj , pijcie
· r V u I H
"'V< * · ,0.
M n p L
Dekoracja witryn Delikatesów Michała Rotnickiego
Małgorzata Wyszyńska
Pana ojciec nie musiał chyba jednak zabiegać o uzyskiwanie specjalnych "efektów obfitości". U Jerzego Waldorffa czytamy: "Czego tam zresztą nie było, zależnie od następstw sezonów! Wiosenne, wabiące zielenią nowalijki, później czerwień truskawek i purpura czereśni świeżuteńkich, dowożonych co rano spod miasta. Latem, kiedy urodzaj kraju stawał się pospolity, Rotnicki nęcił klientelę delikatesami zza mórz i oceanów: w puszkach i słojach nabywców pięknie wymalowani, uśmiechnięci Chińczycy lub czerwonoskórzy z głowami w pióropuszach. Jesienią zaś, aż poza drzwi sklepu, na umieszczone zewnątrz haki wędrował nadmiar zajęcy, sarn, szpondrów dziczy eh i główkami sczepione pęki złotopiórych bażantów". - To żyjący jeszcze pan Stanisław Kotlarek obdzierał dziczyznę ze skóry... CINZANO ŚLE LISTY - W jaki sposób Michał Rotnicki zaopatrywał się w towar? - Ojciec sam wszystko importował, co przed wojną nie było takie proste.
Wówczas w Poznaniu tylko dwóch czy trzech kupców miało prawo bezpośredniego importowania sprzedawanych w sklepie towarów. Ojciec sam jeździł do Europy. Nie korzystał z pośrednictwa hurtowników, towary sprowadzał bezpośrednio od producentów - salami z Węgier, cinzano i trufle z Włoch, grzyby kupował tylko w Karpatach, a ostrygi we Francji. Jeszcze po wojnie z Cinzano przychodziły listy, już po śmierci ojca, z pytaniem dlaczego nie kupuje u nich towarów. Rarytasem były mało wówczas jeszcze znane w Polsce śledzie matjasy, które importował z Anglii. Jako pierwszy sprowadził do Poznania jabłka kalifornijskie. Z kupieckiej praktyki w Niemczech i Anglii wyniósł dobrą znajomość języka angielskiego i niemieckiego. - Można odnieść wrażenie, że lansowane dzisiaj hasło: "Dobre - bo polskie" było mu obce. - To wrażenie głęboko niesłuszne. Ojciec zamawiał także polskie produkty - dziczyznę, rawickie wędliny, przetwory z Pudliszek. Minogi opiekane w occie pochodziły zawsze z Wisły. Specjalnością sklepu były półgęski - na surowo wędzone gęsie piersi i udka. - Czy ojciec pana miał jakieś szczególne upodobanie? - Wielką pasją były sery i wina. W specjalny sposób traktowany był ser, który kupowano w kręgach. Codziennie każdy krąg sera masowano przez pół godziny lnianymi szmatami nasączonymi osoloną wodą i burgundem. Tak! Sery i wina to było hobby ojca.
A nowości? Jako pierwszy zaczął sprzedawać tzw. owoce morza - krewetki, ostrygiitp.
Sprzedaż tych rarytasów wymagała wiedzy i doświadczenia.
Ojciec o towarach wiedział wszystko. Wiedzy o towarze wymagał także od subiektów. Po zapachu i smaku poznawał skąd towar pochodzi i oceniał jego jakość. Herbatę kupował w workach i sam ją kupażował tzn. uzyskiwał nieszanki z różnych gatunków według własnego uznania. Podczas PEWUKI pokazywał nowy sposób pakowania delikatnych towarów.
Piwnice sklepu Michała Rotnickiego
. . .
I I I
Piwnice sklepu Michała Rotnickiego
Małgorzata VVyszyńska
Starzy poznaniacy jeszcze dzisiaj wspominają dobrą jakość produktów "od Rotnickiego" .
- Ojciec był towaroznawcą starego typu. Na kawie, na herbacie czy na winie nikt go nie oszukał. Był doskonałym kiperem win. Pamiętam, że sam sprawdzał smak towarów. Żywność często się psuje.
- W piwnicach stały, nowoczesne jak na owe czasy szafy chłodnicze.
TRUNKI Z PIWNICY - W książce Jerzego Waldorffa czytamy: "Osobną, nie najmnIej ważną część zasobów sklepu pana Rotnickiego stanowiły trunki: wódki czyste jedynie rektyfikacji najprzedniejszej, nalewki sławnej lwowskiej firmy Baczewskiego, lecz także miejscowe Kantorowicza. Jarzębiaki - co kto wolał - z książęcych piwnic Sanguszków w Izdebniku lubo też od Czetwertyńskich z Suchowoli. Z zagranicznych specjałów modne holenderskie likiery Bolsa, nawet i gdańska "Goldwasser" z pływającymi płatkami złota, że wina pominę...".
- Cóż mogę do tego pięknego opisu dodać? Może to, że pod całym sklepem rozciągały się piwnice. Leżakowały w nich wina, zawsze w prawidłowej pozycji szyjkami w dół. Wino, nieraz w omszałej butelce, przynoszono klientowi zawsze prosto z piwnicy. Na jego oczach myto i wycierano butelkę, a także przylepiano etykietkę. Producent nigdy nie naklejał etykiet na butelki, aby się nie zabrudziła podczas przechowywania, tylko dostarczał je osobno. W piwnicach znajdowały się także specjalne baseny, w których pływały żywe ostrygi i raki. Nie brakowało zamorskich owoców: granatów, ananasów, melonów, fig i oliwek.
TROCHĘ ZIMNEJ GARMAŻERKI - Gdański Dom Delikatesów to pierwszy w Poznaniu sklep, gdzie wyrabiano nowoczesną garmażerkę? - Podczas PEWUKI, w 1929 r. w kuchni pracowało już 12 osób, w tym dwóch mistrzów kucharskich. I to prawdziwych mistrzów! Jeden z nich o nazwisku IngIing pracował po wojnie w renomowanej restauracji "Smakosz". - Jak pana ojciec wpadł na pomysł zorganizowania części garmażeryjnej? - Zimnej garmażerki nauczył się we Francji, w Polsce była to wówczas zupełna nowość. - Co sprzedawano w części garmażeryjnej? - Między innymi łososie, szczupaki, sandacze i francuskie sosy, a także móżdżek, który wykładano na muszlach małży. Zamówienia przyjmowano oczywiście także telefonicznie. - Iw tym miejscu warto przytoczyć Jerzego Waldorffa: "W dniach organizowanego szybko brydża za spisaną przez mamę listą zamówień Fidrek siadał do telefonu, łączył się z firmą Rotnickiego i zaczynał wyliczać, punkt po punkcie, co ma być dostarczone na zimną kolację dla dwanaściorga osób... Wieczorem, o oznaczonej godzinie, zajeżdżała furgonetka i gotowe dania na półmiskach można było od razu umieścić wokół gerydonu kwietnego na o b ru s i e . . . "
Piwnice sklepu Michała Rotnickiego
KUPIEC, ZNAWCA CZŁOWIEKA - Niektórzy ekspedienci mieli kwalifIkacje kelnerów i obsługiwali lepsze przyjęcia w bogatszych domach. Gospodarz uroczystości nie musiał się martwić - sklep nie tylko dostarczał towar do domu, ale także zapewniał obsługę przyjęcia. Bywało i tak, że ojciec doradzał ludziom jak mają je zorganizować i co podać. Wchodził w psychikę ludzi - znał swoich klientów i potrafił skomponować odpowiednie menu na podstawie informacji, kto będzie zaproszony. - Kim byli klienci? - Przede wszystkim bogate mieszczaństwo i ziemiaristwo poznańskie.
Pamiętam, że do ojca przychodził Fenrych, właściciel fabryki w Pudliszkach, hrabia Turno, Waldorffowie. W sklepie zaopatrywali się także Kałamajscy - właściciele sklepu odzieżowego przy pi. Wolności i pierwszej w Poznaniu
Małgorzata VVyszyńskadużej firmy farbiarskiej. Rodzice utrzymywali także kontakty z rodziną Michaelisów, właścicieli znanej firmy odzieżowej.
- Dobry handel to przede wszystkim dobry interes.
- Ojciec mówił, że 15-procentowy zysk na towarze jest horrendalny.
Zarabiał z zyskiem 4-5 procent. Jako bezpośredni importer mSgł sobie pozwolić na niskie ceny. Był zwolennikiem małego zysku jednostkowego przy dużym obrocie. Warto pamiętać, że przed wojną sprzedaż towarów z 20procentowym zyskiem uważano za lichwę... - Niektórym dzisiejszym kupcom warto by o tym przypomnieć... - No cóż! Przed wojną kupiec, który sprzedawał z tak dużym zyskiem musiał stawać przed komisją etyki kupieckiej. Ojciec był zresztą przewodniczącym Komisji Etyki Kupieckiej w Izbie Przemysłowo- Handlowej w PoznanIU. - Jak ubrani byli pracownicy sklepu? - Ekspedientki nosiły białe fartuszki. Pracownicy z obsługi mieli obowiązek czekać na klienta i odnieść mu większe zakupy do domu. W INNYM ŚWIECIE - U Jerzego Waldorffa czytamy: "Skoro już po drugiej wojnie matka, zmuszona żyć bardzo skromnie, poszła ze swojego sublokatorskiego pokoju do sklepu kolonialnego, jeszcze prowadzonego przez kupca Rotnickiego, chcąc nabyć kilka plasterków szynki, sam właściciel spytał ją, dokąd każe szynkę odesłać. - Drogi panie! Przecież ja jestem teraz biedna i tę paczuszkę sama sobie zaniosę, świat się zmienił... - Ale w naszej firmie, szanowna pani, wszystko zostało po dawnemu!" - I tym razem rację miała klientka. Najpierw ojciec do końca nie wierzył, że będzie wojna - w 1939, a najpóźniej w 1940 chciał wybudować nowy duży dom towarowy z winami... Potem, już po wojnie nie wierzył, że nadejdą aż tak ciężkie czasy dla prywatnego handlu. - Czyli próbował się jakoś odnaleźć w komunistycznej rzeczywistości? - Ojciec miał styl życia, taki bardziej protestancki, mimo, że był katolikiem. Musiał pracować. N a lampkę wina i jedno cygaro pozwalał sobie jedynie w niedzielę po kościele. - Czy ten surowy styl życia odpowiadał jego pracownikom? - Ekspedienci musieli bardzo ojca lubić, bo kiedy Niemcy przejęli sklep w 1939 r., to właśnie oni próbowali ratować to, co się dało. Część walorów finansowych udało się przechować w piwnicy domu Wikci Palacz przy ul. Gorczyńskiej, córki zasłużonego w Powstaniu Wielkopolskim Mieczysława Palacza. Dzięki temu ojciec mógł otworzyć po wojnie drugi sklep, zresztą bez porównania mniejszy, niż ten przedwojenny. - Nie obawiał się "nowego porządku"? - Matka ostrzegała go, by tego nie robił. Mówiła, że komuniści go zniszczą. Kontakty z zagranicznymi dostawcami zostały oczywiście szybko zerwane. Matka pracowała w sklepie jako księgowa, pilnowała finansów. W 1950 r. ojciec musiał zamknąć swój drugi, powojenny już sklep. Bardzo to przeżył. Doznał paraliżu, długo chorował. Zmarł w 1958 r.
Powyższy artykuł jest częścią publikacji Kronika Miasta Poznania 1994 R.62 Nr1/2 dostępnej w Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej dla wszystkich w zakresie dozwolonego użytku. Właścicielem praw jest Wydawnictwo Miejskie w Poznaniu.