FIRMA KRUKÓWswym rodakom wyjść z opresji. Część dochodów firmy szła na finansowanie ruchu oporu. W maju 1943 roku Henryk ożenił się z Marią Waligórą. Przeniósł się wtedy na Saską Kępę. Interesy szły coraz gorzej, wzmagał się terror okupanta, co odbijało się też na handlu. Z początkiem lata 1944 roku Henryka absorbowała tylko jedna sprawa. Zbliżał się front, można się było spodziewać przejścia nawałnicy, a tymczasem nadchodził termin porodu. Henryk zastanawiał się, jak zabezpieczyć poród, a później życie i zdrowie Marii oraz dziecka. W tym czasie Warszawa była codziennie bombardowana przez radzieckie samoloty. Wszyscy żyli w strachu. Na kilka dni przed rozwiązaniem Henryk ulokował żonę w klinice przy ul.
Kronika Miasta Poznania 1991 R.59 Nr1/2
Czas czytania: ok. 4 min.Złotej. 22 lipca 1944 roku urodziła się córka Maria.
W niedzielę 30 lipca przewiózł żonę i córkę do jej matki, mieszkającej wówczas w Brwinowie. Sądził, że tam bezpieczniej przeżyją przejście frontu niż w Warszawie. Nie wiedział wtedy, co się stanie w najbliższym czasie w Warszawie. Wybuch powstania zaskoczył go. Nie zdążył zabezpieczyć kosztowności przetrzymywanych w sklepie. Niemcy wyrzucili rodzinę Kruków z mieszkania przy Al. Jerozolimskich. Zamieszkali przy Wspólnej 9. Tam zorganizował oddział ratowniczy, pomagający wydostawać się ludziom z piwnic zbombardowanych domów. Pewnego dnia Niemcy zrzucili bombę na ich dom. Henryk był wówczas w akcji, siostra z trójką młodszych dzieci (trzech starszych walczyło w powstańczych oddziałach) zeszła wcześniej do schronu. W mieszkaniu przebywała wtedy tylko Helena Kruk, zbyt wyczerpana chorobą, by móc schodzić do schronu. (Ojciec Henryka wtedy już nie żył, zmarł w 1943 roku, pochowano go na Powązkach). Po powrocie do domu Henryk zastał matkę nieżywą w łóżku. Pokój w którym leżała, był w połowie rozbity, ciało matki okrywał drobny gruz. Na drugi dzień Henryk zbił z desek trumnę i pochował ją na podwórzu domu. Dopiero w 1947 roku przeniósł jej szczątki na Powązki. Henryk z siostrą i siostrzeńcami przenieśli się do domu niedaleko Politechniki. Po dwóch dniach poszedł z czternastoletnim wówczas siostrzeńcem Jasiem Waligórą na Wspólną, by zobaczyć, czy nic da się czegoś uratować ze zbombardowanego mieszkania. Poszedł najpierw do piwnicy, a Jasio od razu na zrujnowane pierwsze piętro. Niespodziewanie nadleciał niemiecki samolot i zrzucił pojedynczą bombę. Jasio zginął pod gruzami, Henryk wydostał się szczęśliwie . . .
z zasypane] pIwnICY. Później Henryk przeżył ostateczną klęskę powstania. Niemcy rozpoczęli wywózkę ocalałych mieszkańców Warszawy, głównie na roboty do Niemiec. Henryk postanowił uniknąć wywózki. Z bratem Antonim poszedł na dworzec wieczorem, by znaleźć się w pociągu jadącym po zmierzchu. Wsiedli do wskazanego przez Niemców wagonu towarowego. Gdy pociąg zatrzymał się za Warszawą, wyskoczyli z wagonu i zanim strażnicy zdążyli zareagować, zniknęli w ciemnościach. Było już po północy, zaczął dokuczać im chłód październikowej nocy. Dotarli do jakiegoś wiejskiego domu, gdzie w oknach paliło się światło. Zapukali. Gospodarze ich wpuścili, nakarmili (było to dla braci Kruków pierwsze normalne jedzenie od dwóch miesięcy) i przenocowali.
L. Łuczak
N astępnego dnia dotarli do Brwinowa, gdzie Henryk zastał żonę i córkę w dobrym zdrowiu. Cieszyli się, że są znowu razem. Henryk nie byłby sobą, gdyby nie zaczął od razu pracować. W Brwinowie uruchomił mały warsztat. Nie miał żadnych specjalistycznych narzędzi, sAąd głównie zajmował się szacowaniem przynoszonej przez miejscowych biżuterii i handlem. By jakoś zalegalizować swój pobyt w Brwinowie i ustrzec się przed łapankami, zatrudnił się w szpitalu w Milanówku jako sanitariusz. W listopadzie Henryk z Tadeuszem namawiają młodego gestapowca, by pojechał z nimi do Warszawy w celu sprawdzenia, czy w ich mieszkaniach przy Al. Jerozolimskich i na Saskiej Kępie przypadkiem nic nie ocalało z pośpiesznie zostawionych kosztowności. Obiecali oczywiście Niemcowi niezły udział w poszukiwanym skarbie. Mieszkanie Henryka było kompletnie zniszczone. W mieszkaniu Tadeusza w gruzie pokrywającym podłogę, znaleźli kilka złotych monet, które wypadły z wiszącej lampy. W sklepie kasa pancerna była rozbita i oczywiście splądrowana. Znaleźli tylko dwie srebrne płyty, czarne od ognia, których nikt nie zabrał - widocznie sądzono, że to żelazo. Gdy przedzierali się przez ruiny stolicy, słysząc raz po raz strzały własowców tropiących ukrywających się Polaków, zatrzymał ich patrol wojskowy. Towarzyszący im gestapowiec zapobiegł aresztowaniu. Wieczorem szczęśliwie wrócili do Brwinowa z tej niebezpiecznej i zarazem mało owocnej wyprawy. W Brwinowie, w miarę zbliżania się frontu, robiło się coraz bardziej niebezpiecznie. Niemcy gorączkowo wyłapywali wszystkich mężczyzn, by wysłać ich do Rzeszy. Henryk nie chciał czekać. Poszedł z butelką wódki, pętem kiełbasy i słoniną na dworzec kolejowy w Grodzisku Mazowieckim, do naczelnika stacji. Po dwóch godzinach miał załatwiony wagon kolejowy do wyłącznej dyspozycji.
Wrócił do domu i rodzina Kruków zaczęła się pakować. Henryk oderwał listwę przy podłodze, by wyjąć ukrytą tam biżuterię. Schowek był pusty. Krukowie natychmiast skojarzyli to sobie z pewnym incydentem. Pewnego dnia ich gospodarz, poprosił ich o opuszczenie pokoju na 10 minut. Gdy wyszli, wszedł tam ze swoim kuzynem. Po kilku chwilach wyszli, nic nie mówiąc. Henryk poszedł do gospodarza ze szmatką, w której była zawinięta biżuteria i monety. Ten wyjaśnił, że pokój ten zajmował przedtem jego nieżyjący już wuj i chcieli tamtego dnia sprawdzić, czy nieboszczyk nie pozostawił w jakiejś skrytce kosztowności. Znaleźli biżuterię i złote dolarówki i je zabrali, sądząc, że są wuja - wyjaśniał. Trochę się dziwił, gdyż nie posądzał swego krewnego o taki majątek. Napisał list do swego kuzyna, który wszystko zabrał, i z listem tym posłano do Łowicza siostrę Henryka i Tadeusza - Kazimierę. Po raz któryś z rzędu w czasie wojny utracone, wydawałoby się, kosztowności wróciły do rodziny Kruków. Po załatwieniu tej sprawy można było opuścić Brwinów. Pewnego grudniowego wieczora załadowano do wagonu bagaże, meble. Potem wsiedli Henryk z żoną i córką, jego teściowa i szwagierka z córką. Zabrali jeszcze dwie inne rodziny. Pociąg ruszył. Podróż trwała siedem dni. Ogrzewali się żelaznym piecykiem, na którym gotowali też pożywienie. Żywność i węgiel zdobywali na stacjach kolejowych. Wreszcie dotarli do celu - do Zakopanego.
Powyższy artykuł jest częścią publikacji Kronika Miasta Poznania 1991 R.59 Nr1/2 dostępnej w Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej dla wszystkich w zakresie dozwolonego użytku. Właścicielem praw jest Wydawnictwo Miejskie w Poznaniu.