Z TWÓRCZOŚCI NIKODEMA KONWERSKIEGO W ROKU 1945

Kronika Miasta Poznania: kwartalnik poświęcony problematyce współczesnego Poznania 1972.01/03 R.40 Nr1

Czas czytania: ok. 26 min.

I\. L * ". ? " « ar I.. -- - -a

Ratusz I (sgraifito)ul. Wysoka (rysunek grafitem)

Chwaliszewo. Most (akwarelowany rysunek tuszem)

*j

W olnioa (rysunek grafitem)

SHHUB 4 * l

ID

')Kpoznaniaków

BA

- 5Ip

..' C JI .. ..

. 1

J NQ- w

II

Pamiątkowa fotografia po uzyskaniu absolutorium przez Alicję. Stoją od lewej: Wiktoria i Nikodem Konwerscy, ich córka - Alicja Latosińska, jej ciotka Emilia i druga córka - Konwersjach - Małgorzata (1%1)

Wartheland Verlag und Druckerei (G. m.

b. H)", bo tak brzmiała w latach okupacji nazwa Zakładów Graficznych im. Marcina Kasprzaka przy ul. Wawrzyniaka. Początkowo pracował sam, później z Florianem Klemińskim. W dwójkę stanowili "zespół Polaków", więc podejrzliwi Niemcy mianowali nad nimi kierownika, niejakiego Kurta Krahna. Wszyscy wiedzieli, że był on jedynie figurantem. Sam "kierownik" dobrze rozumiał, iż nie warto się wygłupiać, bo Polacy zapędzą go w kozi róg i nosa nie zadzierał. W styczniu 1945 r., kiedy Niemcy w popłochu opuścili Poznań, Nikodem wypatrywał, co dzieje się w domu przy ul. Płowieckiej. Odniósł wrażenie, iż jego mieszkanie jest od pewnego czasu puste. N a migi wytłumaczył radzieckiemu żołnierzowi, o co chodzi. Jeden z kluczy pasował do zamku. Uciekający w popłochu "właściciele" zamknęli jedynie drzwi wejściowe na zatrzask. Meble się zachowały, zmienił się tylko wystrój wnętrza. Pierwsze, co zrobił prawowity gospodarz, to przez okno wyrzucił na

7 Kronika m. Poznaniaśmietnik portret Hitlera. Potem czekał, aż żona z córkami Alicją i urodzoną w 1943 r. Małgosią wprowadzą się do swego domu. Spokojny o ich los, udał się na ul. Słoneczną i zgłosił ochotniczo do służby w Milicji Proletariackiej. Potrafiono tam dobrze wykorzystać jego talent, w granicach, w jakich jego przydatność jest w ogóle w służbie milicyjnej możliwa. Najczęściej były to w pośpiechu wykonywane napisy informacyjne, spolszczenia nazw, szkice rejonu komisariatu itp. W czasie służby patrolowej spotkał znajomych nauczycieli. Dowiedział się, że przy Inżynierskiej będzie znowu jego szkoła. Podziękował więc za służbę w Milicji z dniem 28 marca 1945 r. i udał się do śródmieścia. W ostatnim roku okupacji Niemcy zamienili szkołę przy Działyńskich w prowizoryczny lazaret wojskowy. Wszędzie stały szpitalne łóżka i walały się resztki opatrunków. Konwerskiego interesowało przede wszystkim, gdzie podział się sprzęt szkolny, gdzie meble i wyposażenie gabinetów technicznych. Po sa

Sylwetki

Nikodem Konwersja: Autoportret węglem (1%6)

lach krącili się ludzie, nie bardzo wiedząc, od czego zacząć urządzanie Szkoły. Meble odkryto na strychu, część pomocy naukowych także. Funkcje dyrektora objął naj starszy wiekiem spośród pedagogów, Stanisław Kaniewski. Konwerski nigdy nie przypuszczał, iż wróci do szkoły po pięciu latach i rozpocznie pracę od wyprzątania wojennych śmieci. Po kilku godzinach pracy odstawił do kąta miotłę, zabrał swój nieodłączny szkicownik i poszedł, potykając się o gruzy zalegające ulicę Sw. Marcina w kierunku domu rodziców. Stanął u wylotu ul. Wysokiej zwrócony w stronę placu Wiosny Ludów. Ukazywały mu się strzeliste mury i wypalone okna. Kilkoma wprawnymi kreskami utrwalił ten fragment okaleczonego miasta. Ciągnęło go na Stary Rynek. Mówiono mu, że pociski zwaliły wieżę Ratusza. Spodziewał się, iż musi to wyglądać okropnie. Nie podejrzewał jednak, że będzie to widok zdolny wycisnąć łzypoznaniaków

żalu. Dużo wysiłku kosztowało go opanowanie wzbierających łez. Wieża legła w kierunku ul. Wronieckiej. W pospiesz. nym szkicu utrwalił zburzony Ratusz od strony Wronieckiej oraz widok na wypaloną kawiarnię Stanisława Fitznera. Codziennie zapuszczał się dalej: pod wzgórze Cytadeli, na Chwaliszewo, innym razem znów w okolice Domu Żołnierza. Teka pęczniała od szkiców. Gdzieś w czerwcu rozpoczęły się zajęcia w szkole, teraz nazywanej: Państwowa Średnia Szkoła Zawodowa. Nikodem Konwerski nawet nie mógł sobie wymarzyć lepszych warunków do nauki ulubionego przedmiotu, Powstała szansa -. i została urzeczywistniona - uruchomienia oficyny doświadczalnej. Konwerski dawał z siebie wszystko, starał się jak gdyby odrobić pięć zaległych lat okupacyjnych. Opracował w roku 1947, przy współudziale nauczyciela zawodu Franciszka Obera, "Teczki do nauki rysunku zawodowego dla I i II roku", zawierające rysunki geometryczne, przestrzenne i rzutowe. Z satysfakcją mógł na swoim koncie odnotować nowy krok naprzód - ukierunkowanie rysunku technicznego. Stał się jednym z polskich pedagogów, którzy aktywnie wpływali na program nauczania tego przedmiotu. Był to nowy etap jego drogi zapoczątkowanej w roku 1936: od podkreślenia rangi rysunku technicznego do programowania nauczania. Jeszcze w kilka lat później nauczyciele zawodu zapytywali o te "teczki" i wyrażali się o nich z uznaniem.

W roku 1950 klasy drukarskie zostały zniesione, bowiem sprawy szkolenia kadr drukarzy wzięły na siebie same zakłady graficzne. Z żalem rozstawał się Konwerski ze swoimi uczniami. Ich miejsca w klasach wypełnili uczniowie dokształcający się w zawodach metalowych i drzewnych. Mało kto wie, ile wysiłku kosztowało Konwerskiego przygotowanie się do zajęć w tak mało znanych dziedzinach. Ale sprostał zadaniom. Obok tego wykładał w latach 1948 - 1949 technikę reklamy w Liceum Spółdzielczym,

a rysunek zawodowy w Technikum Drogowym przy ul. Różanej do roku 1961. W roku 1951 Nikodem Konwerski powołany został do zorganizowania Technikum Graficznego dla Dorosłych z siedzibą w "Domu Drukarza" przy ul. Inżynierskiej. Była to praca pionierska. Na jeden rok objął obowiązki kierownika. W roku 1961, na prośbę dyrektora Edmunda Duczmala, zorganizował w nowo powstającym Technikum Geodezyjno- Drogowym przy ul. Szamotulskiej pracownie rysunku zawodowego oddzielnie dla przyszłych goedetów i drogowców. Z uwagi na bliskie sąsiedztwo Technikum z miejscem zamieszkania, Konwerski pożegnał się ze szkołą przy ul. Inżynierskiej i przeniósł się do Technikum Geodezyjnego, gdzie pracował w pełnym wymiarze godzin do końca grudnia 1970 r., a po przejściu na zasłużoną emeryturę - pracuje na pół etatu. Od dwóch lat pracuje nad metodyką nauczania rysunku technicznego. Przelewa na papier blisko czterdziestoletnie doświadczenie metodyczne i pedagogiczne. W latach powojennych (1945 - 1970) Nikodem Konwerski był współorganizatorem szeregu wystaw i pokazów prac

?«poznaniakówuczniów szkół zawodowych Poznania. Warto tu wspomnieć o jego udziale w organizacji pokazu prac młodzieży szkół zawodowych w latach 1948 i 1951 oraz organizację wystawy postępu technicznego w roku 1966. Był wielokrotnie wyróżniany dyplomami uznania i nagrodami pieniężnymi. Nikodem Konwerski uczestniczył w I Wiosennej Wystawie Związku Polskich Artystów Plastyków w Muzeum Wielkopolskim (7 VI -15 VII 1945 r.) eksponując m. in. gotowe już obrazy, powstałe z wiosennych szkiców. Został wyróżniony nagrodą Wydziału Kultury i Oświaty Miejskiej Rady Narodowej. Wystawiał także w salonie Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych przy al. Marcinkowskiego. Tradycje artystyczne podtrzymała w domu Konwerskich córka, Małgorzata. Ukończyła ona w roku 1970 Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych w dziale malarstwa pod kierunkiem prof. Stanisława Teisseyre'a i pracuje jako asystentka w klasie prof. Antoniego Zydronia.

Zebrał: Tadeusz Świtała

PROF. DR KONSTANTY STECKI

Niezwykłymi osiągnięciami 1 wyjątkowym szacunkiem musi cieszyć się człowiek, któremu to samo towarzystwo naukowe już po raz drugi urządza jubileuszową akademię. Po raz pierwszy było to 26 października 1960 r., kiedy prof. dr Konstanty Stecki obchodził jubileusz pięćdziesięciolecia pracy naukowej. Po dziesięciu latach nastąpiła ponowna okazja do podsumowania jeszcze bogatszego dorobku naukowego. W dniu 16 grudnia 1970 r. w zabytkowej Sali

Malinowej Pałacu Działyńskich poznański oddział Polskiego Towarzystwa Botanicznego zorganizował uroczystość jubileuszową sześćdziesięciolecia pracy naukowej zasłużonego botanika, prof. dra Konstantego Steckiego. Uroczystość miała charakter potrójnego jubileuszu,' ponieważ zbiegła się z osiemdziesięcioleciem urodzin Jubilata i pięćdziesięcioleciem uzyskania doktoratu na Uniwersytecie Jagiellońskim. N a uroczystość przybyło liczne grono dawnych uczniów Profesora, studenci, przyjaciele, znajomi i przedstawiciele licznych towarzystw naukowych. Jubilata wraz z małżonką powitał przewodniczący oddziału - doc. dr Teofil Wojterski, a następnie z obszernym referatem wystąpił prof. dr Stanisław Kościelny, kierownik Katedry Botaniki Leśnej Wyższej Szkoły Rolniczej, który przedstawił drogę życiową i dorobek naukowy prof. Steckiego. Po głównym referacie o życiu i działalności Jubilata przemawiali i składali życzenia przedstawiciele rozmaitych organizacji naukowych i społecznych. N a specjalną uwagę zasługują trzy przemówienia: prof. dra Stanisława Białoboka w imieniu Sekcji Dendrologicznej Polskiego Towarzystwa Botanicznego i Arboretum Kórnickiego, który zatrzymał się dłużej nad omówieniem działalności Jubilata w dziedzinie dendrologii. Mgr Franciszek Jaśkowiak, b. prezes Okręgu Poznańskiego Ligi Ochrony Przyrody, przedstawił działalność turystyczno- krajoznawczą prof. Steckiego, rozpoczętą przed sześćdziesięciu laty w Polskim Towarzystwie Tatrzańskim w

Zakopanem, którą po przybyciu do Poznania w 1923 r. rozszerzył na Wielkopolskę i Pomorze. Wznowił tą działalność po roku 1945, kiedy to wytyczył nowy szlak turystyczny na trasie Kórnik-Zaniemyśl. Mgr Stanisław Gibasiewicz, przedstawiciel Sekcji Numizmatycznej Polskiego Towarzystwa Archeologicznego, nakreślił historię powstania Stowarzyszenia Numizmatyków pod przewodnictwem Jubilata. Uroczystość zakończyło przemowIe nie Jubilata, który podziękował przybyłym za wspaniałą akademię i podkreślił, że czuje się szczęśliwy, widząc spełnienie swoich zamierzeń życiowych. Konstanty Marian Mścisław Stecki urodził się 29 lipca 1885 r. w Hrubieszowie jako syn lekarza Konstantego Steckiego i Marii z Ponikwickich. Początkowo uczęszczał do gimnazjum w rodzinnym mieście, a następnie do roku 1902 w Siedlcach, które musiał opuścić z powodu udziału w manifestacjach solidarności na rzecz słynnych strajków dzieci wrzesińskich. Przeniósł się więc do gimnazjum w Łodzi, gdzie w 1904 r. złożył egzamin maturalny. Następnie zapisał się na trzyletnie Studium Rolnicze przy Wydziale Filozoficznym U niwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, które ukończył w 1907 r. uzyskując stopień inżyniera rolnictwa. W latach 1907 - -1909 kontynuował studia na tym samym Wydziale, poświęcając się naukom przyrodniczym, a w szczególności botanice. Równocześnie pracował w Zakładzie Botaniki U niwersytetu Jagiellońskiego pod kierunkiem znakomitego botanika, Edwarda J anczewskiego (1846-1918).

Tam opracowywał grzyby okolic Rymanowa Zdroju, a także ogłosił PrzYczynki do mykologii Galicji (1910). W roku 1909 odbył kurs biologii i anatomii roślin morskich w stacji zoologicznej w Trieście. Jeszcze dzisiaj można oglądać w jego mieszkaniu zbiory fauny adriatyckiej, zachowane od tamtych czasów.

W roku akademickim 1909/1910 Konstanty Stecki był asystentem przy Katedrze U prawy Roli i Roślin u prof.

Kazimierza Rogóyskiego (1870 -1940), prowadząc prace doświadczalne w Mydlinikach pod Krakowem. Pracował także społecznie, prowadząc kursy w Towarzystwie Szkół Ludowych. W 1910 r. Konstanty Stecki przeniósł się do Zakopanego, gdzie rozpoczął pracę zawodową w szkolnictwie średnim; do 1915 r. był nauczycielem przyrody w prywatnej średniej szkole koeduka; cyjnej im. Stanisława Staszica, a w latach następnych (do 1923) - w gimnazjum realnym. W Zakopanem rozwijał niezwykle ożywioną działalność naukową i kulturalno-społeczną. Zebrał obfite materiały do flory Tatr i ogłosił drukiem wyniki tych badań. W dniu 19 czerwca 1920 r. otrzymał doktorat filozofii na Uniwersytecie J agiellońskim na podstawie rozprawy Zmienność kwiatów szafranu tatrzańskiego (1922). Wiele uwagi poświęcał również ochronie przyrody, publikując różne artykuły w rocznikach "Ochrony Przyrody" , m. in.: Ostatnie cisy w Tatrach (1920) i O świstaku w Tatrach (1922). Zajmował się także sztuką Podhala, opracował publikację pl. Ludowe obrazy na szkle Z okolic podtatrzańskich (1921). W okresie pobytu w Zakopanem ogłosił ogółem dwadzieścia osiem różnych publikacji. W latach 1922- 1923 brał udział w pracach ekspedycji botanicznej w Tatrach, zorganizowanej przez prof. Władysława Szafera. Wespół z braćmi Tadeuszem i Stefanem Zwolińskimi brał udział w wyprawach i badaniach speleologicznych jaskiń tatrzańskich. W latach 1922- 1923 był kustoszem Muzeum Tatrzańskiego, przyczynił się do rozbudowy jego działu przyrodniczego o botanikę, speleologię i przyrodę masywu Pienin. W tym też okresie (1919 - 1923) kierował budową alpinarium i pierwszy obsadzał je roślinami tatrzańskimi. Pierwotnie alpinarium to znajdowało się w ogrodzie obok Dworca Towarzystwa Tatrzańskiego, a dopiero po II wojnie światowej przeniesione zostało w bezpośrednie sąsiedztwo Muzeum. W latach 1922 - 1923

Jubileusze

prowadził w Zakopanem stację meteorologiczną, za co otrzymał tytuł korespondenta Państwowego Instytutu Meteorologicznego. Od 1911 r. był członkiem i pracował społecznie w Towarzystwie Tatrzańskim jako jeden ze współzałożycieli jego Sekcji Przyrodniczej. Z początkiem roku akademickiego 1923/1924 Konstanty Stecki przybył do Poznania, aby z naszym miastem związać się na zawsze i tutaj prowadzić swoją dalszą, niezwykle żywą działalność na polu naukowym i społecznym. Na Wydziale Rolniczo- Leśnym U niwersytetu Poznańskiego objął obowiązki zastępcy profesora na Katedrze Bo.taniki Leśnej, gdzie 30 kwietnia 1924 r. został habilitowany jako docent botaniki leśnej na podstawie pracy Roślinność Tatr (Część pierwsza - Drzewa i krzewy regli i część druga - Roślinność zielna regli). Dnia 1 września 1925 r. otrzymał nominację na profesora nadzwyczajnego, prowadząc wykłady nie tylko z botaniki ogólnej, ale także i fitogeografii i ochrony przyrody dla leśników. Prof. dr Konstaty Stecki był niezwykle aktywny, brał udział jako wykładowca w szeregu kursach, konferencjach i zjazdach. W okresie wakacji leitnich wykładał na uniwersyteckich kursach dla nauczycieli w Zakopanem (1920 - 1924), w Pucku (1921) i w Krzemieńcu (1928 - 1930). Wygłaszał liczne odczyty i prelekcje popularnonaukowe, prowadził wycieczki przyrodniczo- krajoznawcze dla studentów.

Prof. Stecki pracował w latach 1929-1939 również w Państwowej Szkole Ogrodnictwa w Poznaniu. W placóWce tej wykładał i prowadził ćwiczenia z drzewoznawstwa na Kursie Ogrodnictwa Ozdobnego, a w ramach wydawnictw Szkoły opracował dwa cenne skrypty: Spis drzew i krzewów wedlug zastosowań w ogrodnictwie ozdobnym (1932) i Drzewoznawstwa, część pierwsza - Paprotniki i nagozalążkowe (1948, 1953). Z działalności Konstantego Steckiego dla m. Poznania na szczególne podkreślenie zasługuje jego wielki wkład pracy w organizowanie i kierowanie Ogrodem Dendrologicznym na Sołaczu. Inicjatywa założenia Ogrodu Dendrologicznego powstała w 1920 r. w gronie Rady Wydziału Rolniczo- Leśnego Uniwersytetu Poznańskiego. Postulowano aby ze starego parku, który otaczał pałacyk na Sołaczu, utworzyć pierwszą w kraju placówkę o charakterze naukowo-dydaktycznym związaną z wyższą uczelnią. Założenie ogrodu powierzono profesorowi ogrodnictwa Rudolfowi Boettnerowi (1879 -1923), który jednak niebawem zmarł. Rada Wydziału, po wykonaniu pierwszych prac w 1923 r. postanowiła rozszerzyć budowę Ogrodu Dendrologicznego, włączając do dawnego parku lasek golęciński aż po linię toru kolejowego, o łącznej powierzchni 25 ha. W tym celu powołano komisję, w skład której weszli profesorowie ówczesnego Wydziału: Bolesław Namysłowski, Bronisław Niklewski, Julian Rafaiski, Konstanty Stecki i Stanisław Studniarski. W 1925 r.

mianowano prof. dra Steckiego kuratorem Ogrodu Dendrologicznego, a Komisja otrzymała uprawnienia organu doradczego. W celu zaznajomienia się z podobnymi placówkami dendrologicznymi zagranicą, prof. Stecki uzyskał subwencje i w lecie 1926 r. udał się do Berlina, Liege i Brukseli. Tymczasem prace nad' urządzeniem Ogrodu Dendrologicznego stale postępowały; sadzono nowe gatunki drzew i krzewów. Już w roku 1928 kolekcja ich liczyła 452 gatunki i odmiany, w tym .64 iglaste i 388 liściastych. W latach wojny (1939 - 1945) okupanci przyłączyli Ogród Dendrologiczny do plantacji miejskich, powycinano wiele cennych gatunków, zwłaszcza iglastych. Po wojnie część Ogrodu wcielono do tzw. golęcińskeigo klina zieleni.

W latach międzywojennych prof. Stecki jeszcze dwukrotnie wyjeżdżał zagranicę, mianowicie w 1927 r. zapoznawał się z roślinnością Bornholmu i z grotami Au Ham w Ardenach, a w 1931 r. przebywał we Francji. Prof, dr Konstanty Stecki był w latach 1933 - 1935 dziekanem Wydziału Rolniczo- Leśnego Uniwersytetu Poznańskiego, a w latach 1935 - 1937 prodziekanem tegoż Wydziału. 23 sierpnia 1938 r. mianowano go profesorem zwyczajnym. Lata pobytu w Poznaniu 1923 - 1939 są okresem obfitej twórczości publicystycznej prof. Steckiego zamykającej się cyfrą ponad pięćdziesięciu tytułów. Jego główne zainteresowania to florystyka, dendrologia, ekologia i ochrona przyrody. Na szczególną uwagę zasługują jego prace prowadzone wspólnie z prof. Bogumiłem Pawłowskim nad zespołami roślinnymi Doliny Miętusiej i Czerwonych Wierchów w Tatrach (1927) oraz z Czesławem Jakubczykiem nad występowaniem azalii pontyjskiej na Wołyniu i Polesiu w związku z rozmieszczeniem skał krystalicznych (1932). Z publikacji ochroniarskich na uwagę zasługują m. in.: Kartka Z historii idei ochrony Tatr (1924), Osobliwe i godne ochrony drzewa Z Poznańskiego, Pomorza i innych dzielnic Polski (1928), Dwa najgrubsze platany Wielkopolski (1931), Lasy lipowe i jesionowe w nadleśnictwie Czeszewo nad Wartą i ich rezerwaty (1934) oraz Rozmieszczenie lasów w Wielkopolsce (1935). W ramach serii "Kasy Mianowskiego" pl. Krajobrazy Roślinne Polski wydał sześć zeszytów dotyczących Tatr, Beskidów i Pomorza.

W latach okupacji (1939 - 1945) prof.

Stecki początkowo przebywał w Zakopanem, a następnie w okolicach Gorlic, pracując zarobkowo jako sekretarz w Nadleśnictwie Ujście koło wsi Ropa.

W tych latach miał mało czasu, aby poświęcić się szerzej pracy badawczej; badał jednak nadal florę Tatr. Rezultatem tej pracy było odkrycie po raz pierwszy w Polsce i opisanie rzadkiego zjawiska dotyczącego mieszańca międzyrodzajowego wśród storczyków (1946). Po wyzwoleniu w 1945 r. wrócił do Poznania, poświęcając się odbudowie zniszczonych Zakładów Botaniki Ogólnej i Botaniki Leśnej oraz rewindykacji zbiorów botanicznych i bibliotecznych. W 1946 r. mianowany został po

nownie profesorem zwyczajnym. W latach 1952 - 1953 był prodziekanem, a od 1953 do 1956 dziekanem Wydziału Rolnego Wyższej Szkoły Rolniczej w Poznaniu. Lata powojenne, aż do przejścia na emeryturę (1960), to również niezwykle twórczy okres w życiu prof. Steckiego, wyrażający się liczbą blisko pięćdziesięciu publikacji. Na szczególną uwagę zasługuje publikacja Podział Polski na leśne dzielnice siedlikowe, za którą uzyskał w 1946 r. I nagrodę w konkursie Ministerstwa Leśnictwa i Instytutu Badawczego Leśnictwa. Dla naszego miasta szczególne znaczenie ma artykuł napisany wspólnie z prof. Stanisławem Kościelnym pl. : Zieleń Poznania, Jej skład gatunkowy i zmiany na przestrzeni 30 lat, ogłoszony w czasopiśmie regionalnym "Przyroda Polski Zachodniej" (R. 3, nr 7 - 8, Poznań 1959). W artykule tym autorzy szczegółowo analizują zmiany w drzewostanie parków miejskich. Publikacja ta nie znalazła jednak oddźwięku w prasie lokalnej i wśród władz zarządzających zielenią miejską. Problematyka ochrony przyrody, a w szczególności rośliny rzadkie i chronione, stanowią specjalną domenę zainteresowań Jubilata, którym poświęcił szereg specjalnych rozpraw i artykułów (m. in. cisowi, limbie, brzękowi, azalii, modrzewnicy, storczykom, naparstnicy purpurowej, zimoziołowi północnemu, brzozie czarnej i in.). Z rozległej działalności ochroniarskiej prof. Steckiego poza publikacjami należy wymienić przede wszystkim udział w komisjach działających w ramienia Ministerstwa Leśnictwa w sprawie utworzenia Wielkopolskiego Parku N arodowego i w rozmaitych wizjach terenowych, mających na celu ochronę zabytków przyrody, np. w sprawie dębów rogalińskich. Zebrania Ligi Ochrony Przyrody wzbogacał doskonałymi prelekcjami. Przejście prof. Steckiego na emeryturę nie zahamowało jego twórczej pracy naukowej i publicystycznej. Wręcz przeciwnie, zwolnienie od obowiązków pracy dydaktyczno-administracyjnej po

Jubileuszezwoliło poszerzyć jego zainteresowania, na które dotychczas nie starczało czasu. Tym "hobby" - jak mówi sam Jubilat - stała sią numizmatyka. I tu jednak ujawniają się zainteresowania przyrodnicze Profesora, który udowadnia, że na polskich monetach z XII - XIV w. jest głowa tura, a nie głowa wołu, jak to dotychczas uważano w numizmatyce. O żywotności i wręcz młodzieńczym zapale prof. Steckiego świadczy fakt, że w siedemdziesiątym piątym roku życia podjął z łatwością podróż z Poznania w okolice Przemyśla w celu zbadania i zabezpieczenia wielkiego stanowiska szachownicy kostkowa tej, rzadkiej i chronionej rośliny. Plon publicystyczny ostatniego dziesięciolecia po przejściu prof. Steckiego na emeryturę obejmuje dwadzieścia pozycji. Poczesne miejsce zajmują dwie obszerne książki: Zbiorowy podręcznik Botaniki (1966) napisany przez zespói dziewięciu specjalistów pod redakcją K. Steckiego, będący swego rodzaju encyklopedią wiedzy botanicznej dla rolników i leśników, oraz doskonała monografia pl. Tatry (1968). We wstępie tej ostatniej pozycji prof. Władysław Szafer napisał o autorze, że "jest dotychczas najlepszym znawcą wszystkiego, co było i jest w Tatrach". Problematyka tatrzańska znalazła miejsce w licznych książkach prof. Steckiego o charakterze historycznym i beletrystycznym: Zakopane (1957), Tatry na codzień (1962), Śladami poszukiwaczy skarbów (1963), Ludzie spod niebieskiego znaku (1967), Zbójeckie dukaty (1965, 1970). W ostatnich latach dużo pracy poświęcił Jubilat opracowaniu kilkunastu biografii profesorów dawnego Wydziału Rolniczo- Leśnego Uniwersytetu Poznańskiego do przygotowywanego przez PAN Slownika biologów polskich.

Nie można pominąć osiągnięć prof.

Steckiego w działalności dydaktycznej i społecznej. Wyszkolił wielu rolników, ogrodników i leśników, a pod jego kierunkiem napisano ponad sto dwadzieścia prac magisterskich oraz kilkanaścierozpraw doktorskich i habilitacyjnych. Wykłady prof. Steckiego cieszyły się zawsze frekwencją, a niezwykle miły stosunek do studentów w czasie wykładów, wycieczek i na egzaminach wyrobiły profesorowi olbrzymią popularność. Przede wszystkim przekazał uczniom swoim wysoką wiedzę dendrologiczną. a słuchaczom wpajał zasady umiłowania i ochrony ojczystej przyrody. Bardzo długa jest także lista organizacji naukowych i społecznych, w których prof. Sitecki brał zawsze żywy udział. W pierwszym rzędzie należy podkreślić, że jest członkiem honorowym Polskiego Towarzystwa Botanicznego i Polskiego Towarzystwa Leśnego. Ponadto jest członkiem innych organizacji naukowych i społecznych: Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, Polskiego Towarzystwa Przyrodników im. Mikołaja Kopernika, Polskiego Towarzystwa Gleboznawczego, Rady Naukowej Zakładu Dendrologii i Pomologii Polskiej Akademii Nauk w Kórnjku, Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego, Ligi Ochrony Przyrody i Polskiego Towarzystwa Turystyczno- Krajoznawczego. O zasługach Jubilata w dziedzinie botaniki, leśnictwa i ochrony przyrody świadczą najwyższe godności i odznaczenia, jakie nadały mu władze państwowe, a także organizacje naukowe i społeczne. Został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi (1954) i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (1964). Posiada złote odznaki Polskiego Towarzystwa Leśnego, Ligi Ochrony Przyrody, Polskiego Towarzystwa Turystyczno- Krajoznawczego i Odznakę Honorową Miasta Poznania.

W październiku 1970 r. otrzymał Medal pamiątkowy z okazji Pięćdziesięciolecia Akademickich Studiów Rolniczych i Leśnych w Poznaniu 1919 - 1969, a z okazji swego jubileuszu - medalion z napisem: "Prof, dr Konstanty Stecki - na 60-1ecie pracy naukowej -. swemu nestorowi - botanicy i numizmatycy poznańscy - 1970 r."

Andrzej

Dzięczkowski

PAMIĘCI HALINYKARPINSKIEJ-KINTOPF

Siedzę przy stole zarzuconym stosami szkiców, rysunków, akwarel, fotografii. Ileż tu tego - i jakie różne reprezentują dyscypliny artystyczne! Mimo woli wzrok mój wędruje ku ścianie, na której wisi oprawiona fotografia kobiety w ciemnej sukni: Halina Karpińska- Kintop f. To jej dawne mieszkanie, a przed sobą mam dorobek artystyczny jej życia, a raczej może jego okruchy. Przeważają tu projekty wnętrz i wszelkiego rodzaju tkanin, gdyż taki był właśnie kierunek jej studiów i zainteresowań. Przy bliższym rozpatrzeniu się w tym wszystkim zaczęły mi się poszczególne fragmenty składać w całość, zaczęła wyłaniać się z nich twórcza myśl autorki. Tu np. pierwszy szkic kilimu, rzucony pośpiesznie na byle jaką kartkę papieru, notatka pomysłu. A obok ta sama tkanina, ale już opracowana, dalej dokładne wyliczenie, powiększenie fragmentów, kolory. I na koniec fotografia realizacji, nierzadko z adnotacją: praca na taki a taki konkurs, taka a taka nagroda czy choćby wyróżnienie. Podobnie można odtworzyć drogę od poszczególnego sprzętu czy tkaniny do całego wnętrza, wyposażonego prócz mebli we wszelkie detale - firanki, narzuty, dywany, a nawet ceramikę. Żyła niespełna siedemdziesiąt lat. Urodziła się w Warszawie 20 sierpnia 1902 r., umarła 13 marca 1969 r. Nie tak to długo, zważywszy tę spuściznę po niej. Przecież to tylko jedna strona jej działalności. Prócz pracy twórczej znie mnIejSzym zapałem oddawała się pracy pedagogicznej od stanowiska nauczycielki rysunków w szkole średniej w Warszawie aż do kierownictwa Zakładu Architektury Wnętrz w Poznaniu. Brała też udział w działalności Związku Polskich Artystów Plastyków jako członek różnych komisji, delegat na zjazdy, rzeczoznawca itp. A przecież miała jeszcze czas dla rodziny i dla grona przy

7. żałobnej karty

jaciół, zwłaszcza, gdy potrzebowali jakiejś rady czy pomocy. Ze stosu papierów na stole wyjmuję niewielki albumik z fotografiami. Ocalał, zabrany troskliwie z płonącej stolicy, którą opuszczała po Powstaniu Warszawskim 1944 r. wraz z dwuletnim synkiem. Pierwsza fotografia przedstawia przystojnego pana w tużurku, o mądrym, pogodnym spojrzeniu. To ojciec Haliny, Józef Karpiński, lekarz warszawski. Nie znałam go, bo umarł już w 1927 r., ale na innym zdjęciu poznaję matkę, Olimpię z domu Knaap, którą pamiętam jako prosto trzymającą się, wysoką, siwą panią. A te dwie małe dziewczynki, ubrane w śmieszne, przydługie sukienki pełne falbanek i riuszek - to ona ze starszą siostrą. Tu już jako uczennica Gimnazjum Antoniny Walickiej, dalej jako studentka: zawadiacko wsadzony beret, głowa podniesiona trochę zuchwałym ruchem i oczy spoglądające jakby wyzywająco. Nie były to już czasy, gdy do rzadkości należały kobiety, poświęcające się pracy artystycznej lub naukowej, a jednak niejeden opór trzeba było jeszcze przełamać, zwalczyć niejedno uprzedzenie lub choćby kwasy rodzinne. Na szczęście atmosfera domu sprzyjała zamiarom Haliny. Dwie jej ciotki, siostry ojca, należały do pierwszych emancypantek. Jedna z nich była asystentką psychologa szwajcarskiego Karola Junga, druga związana była ze środowiskiem postępowych naukowców warszawskich jako żona prof. Kazimierza Jabłczyńskiego, organizatora Wydziału Chemicznego na tamtejszym U niwersytecie. Na zdjęciu data: 1923 r., a więc ukończyła wtedy trzyletnie Kursy Pedagogiczne dla nauczycieli rysunku i jednocześnie rozpoczynała studia w nowo powstałej Państwowej Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie. Wybrała nowatorski wówczas Wydział Architektury Wnętrza i na nim otrzymała dyplom w 1929 r. Zawsze z sentymentem wspominała tamte czasy i swych pedagogów prof. Józefa Czajkowskiego, w którego pracowni odbywała studia zasadnicze (sztuka wnętrza, meblarstwo), prof. Karola Tichego (malarstwo i ceramika), prof. Wojciecha Jastrzębowskiego (rysunek). W arkana sztuki tkackiej wprowadzał ją jej przyszły mąż, Lucjan Kintopf.

W okresie studiów, jak i później, wyjeżdżała za granicę, aby pogłębić swą wiedzę artystyczną, zapoznać się ze sztuką europejską. W albumiku przewijają się zdjęcia z tych podróży, odbywanych w gronie kolegów z uczelni, z profesorami, a potem indywidualnie, czasem jako stypendystka. A więc Wiedeń, Włochy i Paryż z Międzynarodową Wystawą Sztuki Dekoracyjnej (1925), a także Normandia, Bretania, Belgia. Potem Szwecja, Jugosławia, Holandia, Niemcy i znów Francja. Wywoziła stamtąd wiele wspomnień, wiele wrażeń, artystycznych przeżyć, które jednak nie przeszkadzały jej w snuciu własnej idei twórczej, tak bardzo zrośniętej z kulturą oj czystą. Wcześnie, bo już w roku 1927, związała się ze Spółdzielnią Artystów Plastyków "Ład" w Warszawie i wraz z innymi członkami spółdzielni podjęła pionierski trud tworzenia sztuki, mającej bezpośredni związek z najbliższym otoczeniem człowieka. Kontakt z "Ładem" trwał nieprzerwanie przez całe jej życie za wyjątkiem lat okupacji (1939 - 1945). Rozpoczęła też wtedy ożywioną działalność artystyczną, uzyskując pochlebne oceny oraz liczne nagrody i wyróżnienia w konkursach i na wystawach. Trudno wymienić tu wszystkie imprezy, w których brała udział, wystawiając głównie kilimy i tkaniny żakardowskie, ale także gobeliny, dywany czy kilimo-dywany i oczywiście meble. Nie można jednak pominąć jej udziału w Międzynarodowej Wystawie Tkaniny w Muzeum Luwru w Paryżu w roku 1927 (dwa kilimy), w Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu w roku 1929 (kilimy, dywan strzyżony, tkaniny żakardowskie, meble i wnętrze opracowane w zespole z Marią Bielską), w Międzynarodowej Wystawie "Sto lat narodu

belgijskiego" w 1931 r. w Brukseli (kilimy), w Wystawie X-lecia "Ładu" w Warszawie w roku 1936 (nagroda za meble i wnętrze i wyróżnienie za żakardową tkaninę jedwabną i za kolorystykę wnętrza) w Międzynarodowej Wystawie Sztuka i Technika" w Paryżu w roku " 1937, gdzie uzyskała srebrny medal za kilimo-dywan oraz w zbiorowej wystaW ie Ładu" w Sztokholmie w 1939 r., " na której eksponowano jej meble i tkaninę żakardową (len ze słomą). Poza tym uczestniczyła w wielu imprezach, organizowanych przez Towarzystwo Szerzenia Sztuki Polskiej Wśród Obcych oraz przez Spółdzielnię Artystów Plastyków "Ład" w różnych miastach polskich. Przyznawano jej nagrody za konkursowe prace z zakresu wnętrzarskiego. Przypadła jej np. III nagroda za zaprojektowanie jedenastu sal dla Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, II · - za wnętrze mieszkalne w konkursie ogłoszonym przez Instytut Propagandy Sztuki w Warszawie itp. Większość wnętrz i mebli wykonywana była przez warsztaty Spółdzielni Artystów Plastyków "Ład", a tych zrealizowanych jej prac było niemało. Do ciekawszych należą: sala wystawowa dla szkół zawodowych żeńskich w Warszawie meble dla radiostacji w Łodzi, w , Katowicach, dla hotelu przy zaporze wodnej w Rożnowie. Drugim nurtem działalności Haliny Karpińskiej- Kintopf w tym czasie była praca pedagogiczna podjęta i prowadzona z całym zapałem. Do pracy tej miała nie tylko wielkie zamiłowanie, ale i przygotowanie bardzo gruntowne. Pierwszą placówką, którą objęła po ukończeniu studiów, było Ogólnokształcące Gimnazjum Antoniny Walickiej, którego była absolwentką i gdzie uczyła rysunku. Dalej było Państwowe Seminarium dla Nauczycielek Rzemiosł, I Miejska Szkoła Rękodzielnicza, Państwowe Liceum Odzieżowe, gdzie prowadziła kursy kwiaciarski i zabawkarski. W roku 1936 otrzymała dyplom nauczyciela szkół zawodowych z zakresu rysunku i

kompozycji w malarstwie, tkactwie i koronkarstwie. W roku 1938 Lucjan Kintopf skierowany został na stanowisko dyrektora Państwowego Instytutu Sztuk Plastycznych w Poznaniu. Po wielu latach spędzonych w Warszawie, małżeństwo przeniosło się do grodu Przemysława. Halina Kintopf objęła na razie wykłady zlecone w szkolnictwie zawodowym, a od 1939 r. miała również pracować w Instytucie. Wybuch drugiej wojny światowej zaskoczył ich w Warszawie, gdzie akurat przebywali. Nie wrócili do Poznania. Lata okupacji spędziła wraz z mężem w rodzinnym mieście, projektując meble, tkaniny, małe formy, rysując studia portretowe. Brała też udział w ruchu oporu. W ich mieszkaniu kontaktowali się członkowie Związku Walki Zbrojnej, przechowywano materiały dywersyjne, pochodzące ze zrzutów. Grupa Lucjana Kintopfa miała za zadanie rozprowadzenie ich, a Halina była łączniczką. Po Powstaniu Warszawskim została ewakuowana wraz z dzieckiem w Kieleckie. Gdy nadszedł upragniony dzień wolności, przyjechała do Poznania, aby tu oczekiwać na powrót męża, który przez ostatnie miesiące wojny przebywał w obozie jenieckim w Sandbostel i Lubece, wzięty do niewoli po upadku powstania jako dowódca jednego z oddziałów Armii Krajowej. Powojenny okres życia artystki związany jest z Poznaniem, chociaż nie zrywała kontaktu ze stolicą. Starała się jak najczęściej tam bywać, biorąc udział w wystawach, zebraniach Spółdzielni Artystów Plastyków "Ład", spotkaniach związkowych. Ten nowy rozdział jej życia stoi też pod znakiem intensywnej twórczości oraz pracy pedagogicznej. Tę ostatnią podjęła jako profesor i kierownik Zakładu Architektury Wnętrza oraz wykładowca kompozycji kilimów i dywanów w Zakładzie Tkactwa Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych (1945- 1950). Prócz tego wykładała w Liceum Gospodarczym (1945 - 1947), na

Z żałobnej karty

Wydziale Architektury Szkoły InżYnierskiej z zakresu architektury wnętrz (1946 -1948), w Ośrodku Doskonalenia Rzemiosła. W latach 1955 - 1958 prowadziła kursy dla artystek ludowych i hafciarek z Żukowa k. Kartuz, z Wdzydz i Chojnic. Chodziło tam o zrekonstruowanie dawnego haftu kaszubskiego, co w perspektywie służyć miało w pewnym stopniu repolonizacji »tamtego regionu. I ta praca, mimo męczących dojazdów, dawała Halinie Kintopfowej bardzo dużo satysfakcji. W roku 1953 objęła na okres siedmiu lat kierownictwo artystyczne Spółdzielni Przemysłu Ludowego i Artystycznego "Forma" w Poznaniu.

Mimo licznych zajęć pedagogicznych i zawodowych, wiele czasu przeznaczała na pracę twórczą, której efekty można było podziwiać na wystawach w kraju i zagranicą. Osiągnięcia jej były wielokrotnie wyróżniane i nagradzane. Już w 1945 r. w pierwszym konkursie Spółdzielni Artystów Plastyków "Ład" otrzymała nagrodę za tkaninę kilimową, a konkurs na plakat i oznakę propagujące Ziemie Odzyskane przyniósł także nagrodę i zakup projektu oznaki. Na Ogólnopolskim Salonie Architektury Wnętrza w Warszawie w 1957 r. uzyskała II nagrodę (pierwszej nie przyznano) za makatę żakardowską o dużym raporcie "Czerwone i czarne". Projekt został uprzednio wyróżniony I nagrodą w konkursie Centrali Przemysłu Ludowego i Artystycznego. W tymże roku dyplom uznania przyznano Halinie Kintopfowej za dekoracyjną tkaninę żakardowską z wątkiem ze słomy na Triennale w Mediolanie, a jej kilim "Koguty" zdobył nagrodę Amerykańskiego Instytutu Projektantów Wnętrz za rok 1962 w Chicago. Na Wystawie "Polskie dzieło plastyczne 15-1ecia PRL sztuka wnętrza" wyróżniono jej kilimy (m. in. "Żagle") i tkaninę żakardowską.

I tak przez szereg lat nie było roku, aby jej prace nie były eksponowane co najmniej na jednej wystawie krajowej lub zagranicznej, dość wymienić tu Mediolan i Brukselę (1957), Wiedeń (1960), Chicago (1961), Miami i Waszyngton (1962). Zaprojektowała ok. stu kilimów.

Część z nich została wykonana przez Wielkopolską Spółdzielnię Pracy Przemysłu Artystycznego, produkuje je też Centrala Przemysłu Ludowego i Artystycznego i eksportuje do Ameryki Północnej, Szwajcarii, Belgii. Halina Kintopf projektowała też nadal wnętrza, zestawy mebli dla szkół, biur, bibliotek, świetlic, sklepów i mieszkań. W Poznaniu do najbardziej znanych jej prac należy sklep dawnych "Delikatesów" przy ul. Głogowskiej (razem z Lucjanem Kintopfem) i urządzenie wnętrz Miejskiej Biblioteki im. Edwarda Raczyńskiego (razem ze Zdzisławem J ezierskim). Ponadto jeszcze tkaniny odzieżowo-wełniane, bawełniane i z jedwabiu naturalnego oraz drobne formy -. około trzystu różnych przedmiotów zakupionych i oddanych do produkcji. Wszechstronną działalność Haliny Karpińskiej-Kintopf nagrodzono w 1955 roku wysokimi odznaczeniami państwowymi. Artystkę udekorowano wtedy Złotym Krzyżem Zasługi i Medalem xlecia. W 1958 roku zaś otrzymała odznakę Zasłużonego Działacza Ruchu Spółdzielczego, w 1963 roku została laureatką Nagrody Kulturalnej Poznania i Województwa Poznańskiego za rok 1962. Inną formą wyróżnienia była w 1957 r.

jej podróż do Paryża na stypendium Ministerstwa Kultury i Sztuki.

Z uwagi na zły stan zdrowia, Halina Kintopfowa musiała wycofać się w 1960 r. z czynnego życia, zrezygnować z pracy zawodowej, ale nie twórczej, chociaż zaczęły się już wtedy poważne kłopoty z oczami - · powoli traciła wzrok. Nie mogła wykonywać projektów wymagających precyzji, mogła jednak projektować. Zaczęła też malować akwarele. Ten rodzaj uprawiała właściwie stale, od początków swej pracy art y - stycznej, ale stanowiły one swego rodzaju margines. Teraz z właściwą sobie

pasją malowała wiele kompozycji kwiatowych, roślinnych, zespołów przedmiotów bardzo interesujących kolorystycznie. Starała się w nich wyrazić inne widzenie otaczających ją przedmiotów i form, wynikające z wady wzroku. Po dwu kolejnych operacjach w latach 1963 - 1964 odzyskała wzrok. Zdecydowała się na te przykre zabiegi chirurgiczne, bo miała jeszcze tyle pomysłów, które domagały się realizacji, bo pragnęła wrócić do dawnego stylu życia - do działania. Zostało jej to dane, na jakże krótki czas, niestety. Powstają nowe dzieła. W roku 1965 na wystawie architek - tury wnętrza w Poznaniu eksponowała m. in. piękny kilim "Deski". W roku 1967 Spółdzielnia Artystów Plastyków "Ład" obchodziła swoje czterdziestolecie. Wystawa zorganizowana z tej okazji była ostatnią, w której wzięła udział Halina Kintopfowa. Miał to być przegląd dorobku Spółdzielni. Stał się również przeglądem twórczości artystki, związanej z "Ładem" niemal od początku jego istnienia. Prócz naj nowszych kilimów- z lat 1966 - 1967 (np. "Zimna Ziemia") znalazło się tam też wiele z jej najcelniejszych dzieł, wykonanych różnymi technikami tkackimi przed 1939 r., jak i późniejszych, także z zakresu meblarstwa i tzw. małych form. Wystawa "ładowska" była końcowym etapem długoletniej działalności twórczej artystki. Ma to specjalną wymowę: tu się rozpoczęła i tu się skończyła jej droga artystyczna. W tym miejscu warto się zastanowić nad pozycją, jaką Halina Karpińska-Kintof zajmowała w życiu tej Spółdzielni. Nie najważniejsze jest to, że była jednym z pierwszych jej członków, ani to, że pełniła funkcje w zarządzie, że była kierownikiem artystycznym warsztatu tkackiego w latach 1936 - 1937. N atomiast zwraca uwagę. duża liczba dyscyplin artystycznych, w których dobrze się czuła, w których proj ektowała na poziomie bardzo dobrej lub co najmniej dobrej znajomości rzemiosła artystycznego. Odznaczała się też dużązręcznością manualną oraz umiej ętnością ścisłej kalkulacji, a są to zalety ważne w dziedzinie technik przez nią uprawianych. Trudno byłoby znaleźć wśród członków Spółdzielni drugi przykład takiej wszechstronności uzdolnień, zainteresowań i możliwości. Ilościowo duży dorobek artystyczny Haliny Kintopfowej w znacznej części realizowany był przez "Ład", często wynikał ze zleceń Spółdzielni. Brała ona udział we wszelkich konkursach "ładowskich" na projekty wnętrz, tkanin itp., uczestniczyła w wystawach. Jej twórczość, jak widać, była związana z tą instytucją silnie i poprzez całe życie artystki trwał ten nieprzerwany kontakt. Musiało to w znacznej mierze zaważyć na całokształcie dorobku Spółdzielni. Dążenia i cele tej Spółdzielni były zgodne z zainteresowaniami Haliny Kintopfowej, z jej założeniami twórczymi - oto tajemnica tej współzależności. Podkreślić tu jeszcze muszę jedną wielką zaletę i wartość twórczości Haliny Karpińskiej- Kintopf; jest to mianowicie fakt, że sztuka jej tkwi głęboko korzeniami w kulturze narodowej. Artystka miała dar wyrażania ducha sztuki polskiej bez taniej "ludowości". Odznaczała się wszechstronnością talentu, posiadała ogromny dar wyczucia koloru, poczucie harmonii i kształtu. To ostatnie wynikało z jej uzdolnień rzeźbiarskich, dzięki nim potrafiła tak dobrze formować bryłę przedmiotu komponowanego. Zdawała sobie z tego sprawę i myślała nawet, mając już dyplom na Wydziale Architektury Wnętrz, o podjęciu normalnych studiów na Wydziale Rzeźby. Zrezygnowała z nich jednak, wiedząc, że gdyby je rozpoczęła, to kontynuowałaby z całą konsekwencją i zapamiętaniem, tak jak wszystko zwykła była robić, a przecież wtedy już pochłaniała ją praca twórcza w poprzednio wybranej dziedzinie oraz działalność pedagogiczna, prowadzona z nie mniejszą pasją. Studia swe i pracę bowiem traktowała - jak się to mówi - po męsku - były one dla niej sprawami wagi

Z żałobnej karty

pierwszorzędnej. Toteż zagadnienie każdego tworzonego przedmiotu rozwiązywała od podstaw. Sztuka jej była wybitnie konstruktywna. Więź z nurtem narodowym nie wykluczała oryginalności, a głęboka wrażliwość szła w parze z kulturą artystyczną. J ak wiemy, talent nie zawsze jest równoznaczny ze zdolnościami pedagogicznymi - u Haliny Kintopfowej nie miało to miejsca, potrafiła bowiem przekazać swą wiedzę innym i pobudzając wyobraźnię twórczą swych uczniów uzyskiwała w tym względzie piękne wyniki. Kochała zresztą pracę z młodymi, i w szkolnictwie artystycznym i zawodowym, rzemieślniczym. Na wzmiankę zasługuje zwłaszcza jej pionierska działalność w szkołach zawodowych żeńskich w okresie międzywojennym. Z Państwowego Seminarium dla Nauczycieli Rzemiosł w Warszawie, gdzie przez pięć lat uczyła rysunku, wyszło wiele jej uczennic, później zdolnych pedagogów, rozproszonych po całej Polsce. W Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu, w której była współzałożycielką Zakładów Architektury Wnętrza i Tkactwa, wykształciła rzeszę młodych artystów. Niektórzy z nich odznaczali się dużym talentem i temperamentem twórczym. Z uczniów Haliny Karpińskiej- Kintopf uprawiających architekturę wnętrz i meblarstwo wspomnieć trzeba chociażby Zdzisława J ezierskiego, Aleksandra Borysa, Kazimierza Klimka czy zmarłego niedawno Jerzego Szynkowskiego . Wybitne zdolności w dziedzinie malarstwa na tkaninach wykazują U rszula Jungermann-Okupniak, Zofia Sobek, Danuta Witkowska-Jakubowska i

Karol Jóźwiak. W komponowaniu kilimów wyróżnić natomiast trzeba Kryspinę Danielewicz, a zwłaszcza utalentowaną Hannę Kandziorę-Stawicką. Wieloma sposobami umiała Halina Karpińska- Kintopf dobrze służyć polskiej kulturze i czyniła to gorliwie do końca. Z pewnością znajdzie się ktoś kompetentny, kto opracuje monografie twórczości tej artystyki. To zaś ma być tylko krótkie wspomnienie o tej, którą i tak pamiętają ci, co się z nią stykali, pamiętają z uwagi na jej talent, ale też i nieprzeciętny intelekt, erudycję i dowcip. Dla przyjaciół -. choć już w innym wymiarze - pozostaje i pozostanie ona zawsze tą samą Halą, którą się po prostu kochało. W jej dawnym mieszkaniu przy ul.

Grunwaldzkiej 121 wszystko jest tak, jak kiedyś: proste, funkcjonalne a wygodne meble, tkaniny, akwarele, wszędzie ślady jej twórczości i obecności. Na jednym z kilimów poprzypinane różne broszki ceramiczne, metalowe, naszyjniki z bursztynu, drewna. Ale nie ma tej, co po nie sięgała. - Im jestem starsza - powiedziała raz do mnie - tym bardziej staję się próżna: lubię dobierać broszki i inne dodatki do sukien, grymasić, zmieniać te drobiazgi zależnie od nastroju... Czy to była próżność? Ja widziałam w tym raczej wysublimowaną umiejętność cieszenia się wszystkim, co ładne, co upiększa życie. Bo przecież ta artystka służyła rtemu pięknu wiernie, starając się je każdemu przybliżyć na codzień swą twórczością tak związaną z naszym dniem powszednim.

Krystyna

Rudkowska

KAROL URBANOWICZ WIERNY POZNANI OWI SPIEWAK I REŻYSER

Urodził się w Samborze, niedaleko Przemyśla, o świcie w dniu 26 stycznia 1887 r., w rodzinie urzędnika zarządu miejskiego i naczelnika straży pożarnej Macieja Urbanowicza i jego dwudziestoletniej wówczas żony, Marii z domu Kamińskiej * . Urbanowiczowie pochodzili z Wilenszczyzny, ale w połowie XVIII w. osiedlili się we Lwowie. Brat Macieja, a stryj Karola - Jan U rbanowicz, był urzędnikiem paszportowym w policji lwowskiej. Maria Kamińska pochodziła z rodziny wysoce patriotycznej. J ej ojciec, dziadek Karola - August Kamiński, po klęsce Powstania Styczniowego (1863), w przebraniu oficera armii austro-węgierskiej uszedł przed prześladowaniami z rodzinnych stron do Galicji.

Maciej Urbanowicz był muzykalny i oczytany. Pozostawił stos z zapałem zbieranych ludowych melodii. Taki Samborski Kolberg. Karol wychowywał się w domu dziadka na peryferiach Sambora. Słuchał jego niekończących się wspomnień z walk powstańczych i opowiadań o tajemniczej bliźnie na czole, być może po cięciu kozacką szablą. Sielskie życie skończyło się wraz ze śmiercią Augusta Kamińskiego. Chciał leczyć chore oko i za radą przy

jaciół udawał się do Lwowa, do znakomitego wówczas okulisty doktora Macheka. Na stacji kolejowej staruszek uderzył się boleśnie w nogę. Stłuczenie przerodziło się w gangrenę. W 1892 r. dziadek zmarł. Po śmierci dwuletniej siostrzyczki, zmarłej na ospę, był to drugi wielki wstrząs w życiu pięcioletniego Karo la.

Dom, w którym mieszkali Urbanowiczowie, położony był na wysokiej skarpie w pobliżu kościoła, skąd rozciągał się widok na porosłe lasami łańcuchy górskie Podkarpacia. Piękny zabytkowy Rynek był miejscem wszystkich głównych wydarzeń urzędniczego miasteczka. Karol uczęszczał do czteroletniej szkoły dla chłopców, a później do Gimnazjum Męskiego im. Arcyksiężnej Klżbiety. Celował zwłaszcza w rysunkach. Pewnego dnia na lekcji historii prof.

Władysław Rożałowski pokazywał uczniom ryciny Wawelu i innych zabytków Krakowa. Następnego dnia Lolek, bo tak się do niego zwracano, odtwarzał z pamięci pomniki architektury. Z tej samej klasy gimnazjalnej wyszli znakomici ludzie: historyk literatury - Roman Pollak, historyk - Olgierd Górka, numizmatyk - Stefan Uhma, literat Stefan Grabiński, architekt - Wi

1 Dokumenty urodzenia małżonków Macieja i Marii Urbanowiczów mie zachowały się.

Maciej Urbanowicz .zmarł -w 1908 r. w Samborze mając ok. 54 lat, imusiał więc urodzić się w roku 1854. Maria Urbanowiezowa zmarła w 1924 r., także w Samborze, mając lat 57. Należy przyjąć, iż urodziła się w 1867 r.; była więc młodsza od męża o ok. trzynaście lat. Maria wyszła za mąż mając lat osiemnaście, a więc ok. roku 1885.

Mottynianatold Wierzchowski, artysta-malarz Stefan Szafran, dziennikarz Karol Wierczak i inni.

W tych czasach bez radia i telewizji zabijano nudę muzykowaniem i teatrem amatorskim. Mając lat dwanaście Karol otrzymał od ojca skrzypce z pobożnym życzeniem, aby rychło opanował grę na tym instrumencie. Karol uczył się gry skrzypcowej wpierw u starego mistrza Fidlera, a później w Samborskim Towarzystwie Muzycznym, którym kierował Czech z pochodzenia nazwiskiem Streit, nauczyciel muzyki w gimnazjum. Grono przyjaciół Karola, składało się z samych melomanów, wśród nich był Edward Sztajerman i Stanisław Kwaśnik. Sala gimnastyczna gimnazjum zamieniała się kilka razy w roku w salę koncertową. Dawano tam m. in. przedstawienia fragmentów oper polskich. Już w 1908 r. Karol Urbanowicz wystąpił jako solista w Halce Moniuszki. Urządzano wieczory literackie ku czci Mickiewicza i Szewczenki oraz z okazji rocznicy Powstania Listopadowego.

Ze śpiewaniem zetknął się chyba najwcześniej . Już w pierwszej klasie gimnazjum śpiewał sopranem. Gospodarz klasy prof. Stefan Budzynowski urządzał nadobowiązkowe lekcje czytania nut. Karol utworzył "swoją" grupę śpiewacką o nieco pretensjonalnej nazwie "Podwójny Kwartet", który ulubionemu nauczycielowi łaciny (a stała ona w Samborze wysoko!), Michałowi Ptaszykowi, przygotował na imieniny jedną z ód Horacego. Śpiewacy zaintonowali niestety -. nieco za wysoko, skutkiem czego oda zamieniła się raczej w utwór kakofoniczny. Solenizant słuchał ze śmiertelną powagą, a potem z dobrotliwym uśmiechem darował "kierownikowi" kwartetu. .. kamerton. Tuż przed maturą w 1906 r. rozpoczęły się w domu pertraktacje w sprawie, kim ma zostać Karol. Matka - kobieta bardzo religijna, domagała się, aby Karol wstąpił do seminarium duchownego. W perspektywie - obok studiów teologii miał udać się także na studia muzyczne do Włoch. Zapewne stałoby się zgodnie z wolą matki, gdyby nie przykre wrażenie, jakie wywołał katecheta gimnazjalny na egzaminie maturalnym. Gimnazjaliści pochodzili z rodzin rzymsko-katolickich i greko-katolickich, ale chłopcy nie mieli na tym tle antagonizmów i np. śpiewali zgodnie na akademiach ku czci Mickiewicza lub Szewczenki. Greko-katolicy śpiewali także w gimnazjalnym chórze w kościele rzymsko- katolickim i odwrotnie. Było więc dwóch katechetów. Greko-katolicki usiłował pomagać maturzystom przy egzaminie, czego nie uznawał katecheta rzymsko- katolicki. Toteż po maturze wielu chłopców postanowiło bojkotować katechetę rzymsko-katolickiego. Karol należał do tego "sprzysiężenia", i w tej sytuacji nie mógł przecież pójść na studia teologiczne. Zapisał się natomiast na studia prawnicze na Uniwersytecie im. Stefana Batorego we Lwowie (1906

- 1907). W ciągu dwóch lat przeszedł gładko cztery semestry, z powodzeniem zdał tzw. egzamin historyczny u Oswalda Balzera. N astąpiła teraz dwuletnia przerwa w studiach, przeznaczona zgodnie ze zwyczajem na praktyki w kancelariach adwokackich. Karol pracował (1907- 1908) w biurze adwokata i burmistrza Sambora Józefa Sztajermana, ojca Edwarda-pianisty, później znakomitego dyrygenta w Niemczech. W latach 1908 - 1909 Urbanowicz powrócił na studia we Lwowie. Był tam członkiem chóru akademickiego pod dyrekcją Witolda Maksymowicza. W ch"órze tym śpiewał znakomity tenor Franciszek Bedlewicz. Chórem na Politechnice Lwowskiej kierował Bronisław Wolfsthal. Śpiewał w nim Romuald Mossoczy. Ludwik Heller chętnie zapraszał chóry m. in. do wykonania dzieła Wagnera Tannhiiuser w Operze Lwowskiej. Chóry rywalizowały ze sobą. Kiedyś w ogrodzie przed siedzibą Sejmu Lwowskiego członkowie powaśnionych chórów

Powyższy artykuł jest częścią publikacji Kronika Miasta Poznania: kwartalnik poświęcony problematyce współczesnego Poznania 1972.01/03 R.40 Nr1 dostępnej w Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej dla wszystkich w zakresie dozwolonego użytku. Właścicielem praw jest Wydawnictwo Miejskie w Poznaniu.
Do góry