KASZTELAŃSKA 3 MARIA DREWS N a Grunwaldzie zamieszkaliśmy w 1947 roku. Pierwsze dwa lata w powojennym Poznaniu spędziliśmy na Łazarzu, gdzie w pierwszej połowie kwietnia 1945 roku, po powrocie z wysiedlenia w Ostrowcu Świętokrzyskim w G.G., otrzymaliśmy "z przydziału" dwa pokoje w kamienicy należącej do Urzędu Miejskiego Rady Narodowej Miasta Poznania. Mieszkanie dzieliliśmy z miłymi ludźmi, państwem Zofią i Stanisławem Jurkowskimi i ich synkiem Andrzejem. Pan Jurkowski był dyrektorem Zarządu Miejskiego, doskonałym samorządowcem, przedwojennym sekretarzem ostatniego prezydenta miasta. Na tym samym piętrze mieszkał ówczesny prezydent Poznania Stanisław Sroka z rodziną. Po dwóch latach prezydent Sroka, powiększając powierzchnię swego mieszkania, przydzielił nam czteropokojowy lokal na Grunwaldzie, w opuszczonej przez stacjonujące tam wojska radzieckie willi przy ul. Zbąszyńskiej 1/3, narożnik Marcelińskiej. Dom należał do Izabeli Sławskiej, wdowy po znanym w okresie międzywojennym adwokacie Janie Sławskim. Pani Sławska wraz z córką Alicją, historykiem sztuki, otrzymała przydział na mieszkanie we własnym domu na parterze, nam przydzielono I piętro, a na II piętrze zamieszkała przesiedlona z Wilna rodzina Lewickich - matka wdowa i czwórka wspaniałych, studiujących dzieci. Mieszkanie objęliśmy w stanie skrajnej dewastacji. Miast okien zastaliśmy futryny zabite deskami, w dwóch pokojach trzymano świnie - żywa spiżarnia! - a w dwóch pozostałych znajdowała się Kasa Wojskowa z pasiastą, drewnianą budką strażniczą wmontowaną w drzwi jednego z pomieszczeń. W dużym holu sypiali żołnierze. Kanalizacja była nieczynna, więc w łazience wannę wypełniały nieczystości. Do nowego mieszkania przeprowadziliśmy się po gruntownym remoncie (nasz syn Michał miał wtedy sześć miesięcy) i mieszkaliśmy tu do 1965 roku. Był to bardzo ważny okres w naszym życiu. N a Zbąszyńskiej przyszło na świat jeszcze trzech naszych synów: Andrzej, Krzysztof i Roman. Maria Drews Dzielnica w tych czasach była spokojna. Po przeciwnej stronie ul. Marcelińskiej mieścił się Szpital Diakonisek, dzisiejszy Szpital im. Święcickiego, położony wśród przepięknych, starych drzew i ogrodzony ze wszystkich stron żelaznym, kutym płotem z furtką w narożniku od ul. Marcelińskiej, którą mój mąż przez wiele lat wchodził na teren szpitala. W szpitalu, podobnie jak w sąsiadujących ze szpitalem barakach, stacjonowały jeszcze jednostki radzieckie, stopniowo ewakuujące się z tego obszaru. N asi synowie bawili się na terenie parku szpitalnego i na ul. Zbąszyńskiej, w gronie mieszkających tam rówieśników. Jeździli na hulajnogach własnej konstrukcji, kopali piłkę. Od czasu do czasu ulicą przejeżdżał konny wóz pocztowy rozwożący pocztę. Pojawiali się domokrążni szklarze ze skrzynkami szkła okiennego na plecach i ludzie ostrzący noże kuchenne. Samochody stanowiły wtedy rzadkość. Atrakcją były latarnie gazowe, piękne, żeliwne, zapalane i gaszone codziennie przez "latarnika" jeżdżącego na rowerze. Wiosną, wieczorami chłopcy razem z ojcem wychodzili na chrabąszcze, które zbierali z młodych liści kasztanów do pudełek. Ulica Marcelińska, wiodąc do Lasku Marcelińskiego, biegła dalej wśród resztek pól szumiących jeszcze zbożem. Pomiędzy ulicami Marcelińska i Grunwaldzką dożywało swego kresu gospodarstwo rolne, do którego jeździłam z najmłodszymi dziećmi po świeże mleko "od krowy". W tym czasie mojemu mężowi, pracującemu wówczas w Klinice Przemienienia Pańskiego przy ul. Długiej, Rada Wydziału Akademii Medycznej (wyłączonej już z Uniwersytetu Poznańskiego) powierzyła odbudowę i organizację II Kliniki Chirurgicznej w odzyskanym budynku Szpitala im. Święcickiego przy ul. Przybyszewskiego 49. W 1951 roku klinika rozpoczęła działalność. Kierownictwo kliniki powierzono mężowi, który prowadził ją nieprzerwanie do 1975 roku, czyli do końca swej działalności chirurgicznej. Z czasem klinika stała się znakomitym, wiodącym ośrodkiem, wyróżniającym się w kraju działalnością leczniczą, naukową i dydaktyczną. W 1957 roku mój mąż, w uznaniu zasług, uzyskał wieczystą dzierżawę parceli na Grunwaldzie, przy ul. Kasztelańskiej 3, z prawem budowy domu jednorodzinnego. Ten sposób wyróżniania ludzi nauki, kultury i sztuki był w ówczesnym systemie często stosowany. W tym samym czasie, w tej samej okolicy, wśród krzyżujących się uliczek powstało całe osiedle domów jednorodzinnych. Prawo budowlane ograniczało wysokość i powierzchnię domów oraz narzucało płaski kształt dachów. Owe ograniczenia sprawiły, że postawiono tu szereg prawie identycznych domów klockowych. Nasz dom nieco różnił się elewacją zaprojektowaną przez trzech młodych, zdolnych architektów: Jerzego Liśniewicza, Henryka Jarosza i Janusza Wellengera. O indywidualnym charakterze domów na naszym osiedlu stanowiły wówczas jedynie ogródki i psy. Ludzie na osiedlu byli wspaniali. Nawiązywały się wierne przyjaźnie. Naszymi sąsiadami byli profesorostwo Alba i Gerard Labudowie, profesorostwo Anna i Ludwik Zabroccy, rodzina prof. prof. Ewy i Władysława Kuraszkiewiczów, prof. Czekanowski z rodziną, profesorostwo Jadwiga i Jan Roguscy z synem, profesorostwo Klatkowscy z synami, profesorostwo Dowżenkowie, którzy opuścili później Poznań dla Warszawy, profesorostwo Zakrzewscy, państwo Anna i Aleksander Nowakowie (pan Aleksander był redaktorem PAP-u). Lista ta jestdługa i trudno wyliczyć tych wszystkich wiernych, życzliwych sąsiadów, skłonnych do wzajemnej pomocy. W tym samym czasie wokół naszego osiedla budowano bloki. Mąż mój, jako zagorzały kibic piłki nożnej, cieszył się z powstającego nieopodal Stadionu Lecha. Chodziliśmy tam na krótkie spacery, sprawdzając postępy w budowie. Przechadzki wieczorne po tej okolicy stały się okazją do spotkań trzech panów, sąsiadów: prof. Gerarda Labudy, prof. Ludwika Zabrockiego i mego męża. Nieodłącznym towarzyszem tych spotkań był pies profesora Labudy - Szumek. Panowie z troską komentowali aktualne wydarzenia i zastanawiali się, jakby ten świat zmienić na lepszy. Okres budowy domu w tych czasach był drogą przez mękę, którą wspólnie przechodziliśmy. Niedosyt finansów, brak materiałów budowlanych, mozolne starania o uzyskanie przydziałów budowlanych wydłużały czas budowy. Na ulicę Kasztelańską wprowadziliśmy się w 1965 roku. Zamieszkaliśmy razem z moimi rodzicami, Józefem i Marią Osłońskimi. W ogrodzie zasadziliśmy drzewa, a pomagał nam w tym prof. Stefan Białobok, pacjent męża, dyrektor Instytutu Dendrologii PAN w Kórniku. Posadziliśmy małe metasekwoje, cisy, świerki i różnorodne krzewy. Przed domem rosły już dorosłe, piękne brzozy. R . l. Roman Drews , ye zdjęcie maturalne z 1927 r. Mój mąż Roman Drews nie był rodowitym Poznaniakiem, był Wielkopolaninem. Urodził się 6 sierpnia 1908 r. w Chodzieży jako trzynaste dziecko Franciszki z Thielmannów i Konstantego Drewsów. Dziadek Romana, Teodor Thielmann, był założycielem i kasjerem pierwszego Spółdzielczego Banku w Gołańczy, mieszczącego się w jego kamienicy. Ojciec był kowalem, właścicielem dużej kuźni. Zawsze szkoliło się w niej kilku uczniów traktowanych przez Drewsów jak domownicy. Matka, która urodziła czternaścioro dzieci, przez wiarę, polski pacierz nauczyła swoje dzieci treści słowa ojczyzna i wynikających stąd obowiązków. Najstarszy brat męża Edward poległ pod Siedlcami w walce o wolność Polski. Atmosfera małego miasta kresowego, miejsca walk w czasie powstania wielkopolskiego, stała się szkołą patriotyzmu i odpowiedzialności, a dom rodzinny mego męża, wielodzietny i wielopokoleniowy, przekazał mu kult pracy i uczciwości. Roman Drews po ukończeniu studiów na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego w 1933 roku rozpoczął pracę w Klinice Chirurgicznej UP, kiero Maria Drews Ryc. 2. Roman Drews z żoną Marią, synami Michałem, Andrzejem, Krzysztofem i Romanem, fot. z 1958 rwanej przez wybitnego chirurga i wielkiego Polaka, prof. Antoniego Jurasza. Był adiunktem, kiedy wybuchła II wojna światowa. W czasie kampanii wrześniowej pełnił obowiązki chirurga w Szpitalu Wojskowym w Lublinie. Po zakończeniu kampanii wrócił do macierzystej kliniki, aby powtórnie opuścić ją w październiku 1939 roku, dzieląc los dziesiątek tysięcy poznaniaków wysiedlonych do Generalnej Guberni. Wojnę spędził w Ostrowcu Świętokrzyskim, gdzie pracował w Szpitalu Ubezpieczalni Społecznej, na stanowisku ordynatora Oddziału Chirurgicznego, do kwietnia 1945 roku. Szkolił tajnie studentów medycyny, kilku młodych lekarzy zdobywało tam ostrogi chirurgiczne. Szpital organizował także szkolenie pielęgniarek-sanitariuszek oraz pomoc lekarską wraz z zaopatrzeniem w niezbędne leki i środki opatrunkowe dla potrzeb leśnych oddziałów Armii Krajowej. Ostrowiec Świętokrzyski, z racji swojego położenia u podnóży Gór Świętokrzyskich, stwarzał szczególne warunki do działalności leśnych oddziałów podziemia wszystkich barw i orientacji politycznych. Działały tam niezależne oddziały Armii Krajowej, do której należał mój mąż (pseudonim "Jacyna"), oddziały NSZ, oddziały Armii Ludowej i Batalionów Chłopskich. Roman Drews, jako chirurg, z narażeniem życia służył pomocą rannym nie tylko w szpitalu, ale również w terenie, w lasach i "melinach" partyzanckich, nie pytając o przynależność. Pomagał angielskiemu skoczkowi spadochronowemu, który nie znał języka Ryc. 3. Roman Drews podczas operacji, fot. z 1965 r. polskiego, co szczególnie utrudniało jego ochronę, zbiegłemu jeńcowi radzieckiemu, ludności żydowskiej zamieszkującej w getcie, nie licząc naszych rannych partyzantów wymagających łóżka szpitalnego. Działalność taka była możliwa jedynie dzięki wspaniałej postawie miejscowego społeczeństwa, solidarnego i odpowiedzialnego wobec obowiązków Polaka w okupowanym kraju. Często wspominaliśmy tych ludzi serdecznych, otwartych na pomoc wysiedlonym, walczącym i prześladowanym. W "wysiedleńczym" życiu nawiązało się wiele przyjaźni, łącząc zarówno wysiedlonych z miejscowymi, jak i samych wysiedlonych. Nie tylko przyjaźń rodziła się w tych ponurych czasach, ale również miłość. W Ostrowcu Świętokrzyskim, dokąd ija zostałam przesiedlona z rodziną z Sosnowca, poznaliśmy się i my. Ślubu udzielił nam ks. biskup Jan Lorek z Sandomierza w kwietniu 1944 roku. Nie byliśmy jedynym małżeństwem zawartym wśród wysiedlonych. Ostrowiec Świętokrzyski był miejscem deportacji wielu profesorów Uniwersytetu Poznańskiego oraz lekarzy. Pragnę tu wspomnieć prof. chirurgii Kazimierza N owakowskiego z żoną i synem Andrzejem, prof. interny Franciszka Łabendzińskiego z córkami, prof. ginekologii Bolesława Kowalskiego z córkami, prof. Mayera, radiologa, z żoną, prof. psychologii Bolesława Błachowskiego z żoną i córką, powojennego rektora Uniwersytetu Poznańskiego prof. Stanisława Waszaka. Maria Drews W gronie wysiedlonych lekarzy był dr Adam Burda, docent, po wojnie kierownik Kliniki Dermatologicznej, dr Tadeusz Zbychorski, dr Jerzy Smolarkiewicz, internista, dr Wacław Majer, ginekolog. Wszyscy po wojnie wrócili do Poznania. Większości z tych niezapomnianych ludzi już nie ma wśród nas. Więzy z Ostrowcem Świętokrzyskim nie zerwały się wraz z naszym wyjazdem. Długo zachowały się przyjaźnie z żyjącymi tam ostrowiczanami. Ze smutkiem wspominam Ich wszystkich, nieżyjących od lat, utrwalonych w sercu i pamięci. Niezapomnianą oazą dla wysiedlonych, miejscem spotkań wielu ciekawych ludzi, "chłopców z lasu" był dom państwa Jadwigi i Czesława Głowackich i ich dzieci: Danusi, Krysi i Leszka. Byli również Stasiowie Chudziccy, Maćkowie Morawieccy, siostry Piotrowiczówne i wielu innych uroczych, mądrych ludzi. Żyją tam i pracują Ich dzieci, pozostawiliśmy tam chrześniaków. Dla ostrowiczan pozostał mój mąż "naszym doktorem Drewsem". Chorzy stamtąd szukali pomocy w Klinice w Poznaniu przez wszystkie powojenne lata, aż do końca pracy męża. Miejscowa społeczność i władze Ostrowca wyróżniły Go tytułem "zasłużonego dla miasta Ostrowca", został honorowym członkiem Towarzystwa Przyjaciół Miasta Ostrowca, a liczna delegacja przybyła do Poznania, aby uczestniczyć w Jego ostatnim pożegnaniu. Profesor Drews wykształcił całe pokolenie wspaniałych chirurgów. Mówiono, że stworzył szkołę chirurgiczną. Wielu jego uczniów zajmowało samodzielne stanowiska na terenie całego kraju, 54 lekarzy uzyskało pod jego kierunkiem stopień doktora medycyny, wychował dziewięciu docentów, z których pięciu zajmowało stanowiska profesorów. Byli to: prof. Roman Góral, późniejszy rektor AM, prof. Mieczysław Wojtowicz, prof. Aleksy Krokowicz, prof. Jan Pibak i prof. Władysław Zarzycki. Opublikował około 180 prac naukowych, w czasopismach krajowych i zagranicznych, o podstawowym znaczeniu dla klinicystów. Osiągnięcia kliniki przedstawiał na licznych kongresach w kraju i poza granicami. W swym pracowitym życiu zoperował ponad 30 tys. chorych. Tyle mniej więcej liczy powiatowe miasto. Jaki był w życiu? Wyznawał kult pracy porządnej w każdym szczególe, odrzucał bylejakość i tego też wymagał od innych. Był człowiekiem o nieugiętych zasadach. Dla wszystkich było jasne, co wolno, czego nie wolno i co należy. Pewna doza nieśmiałości przy równoczesnej spontanicznej rubaszności czyniła jego relacje z ludźmi, szczególnie z chorymi, bezpośrednimi i łatwymi. Wrażliwy, wczuwał się w sytuację człowieka chorego, dostrzegając przy tym zagrożenie i nieszczęście dotykające jego rodzinę. Miał dziwną siłę przyciągania i pozyskiwania zaufania ludzi. Jego pasja chirurgiczna stwarzała niekiedy groteskowe sytuacje.. . Kiedyś mój mąż, jadąc tramwajem do pracy, spostrzegł mężczyznę z ogromnym kaszakiem na głowie. Potrzebował dwóch przystanków tramwajowych, aby przekonać go o konieczności operowania guza, nie przedstawiając się. Siła sugestii była tak wielka, że człowiek ten, ku mojemu zdumieniu, wysiadł z nim na przystanku i jako pierwszy, przed rozpisanymi zabiegami, został zoperowany. Pacjent ów denerwował się jedynie, czy człowiek, któremu zaufał, jest aby na pewno lekarzem. Wierzył w swoją szczęśliwą gwiazdę, czego dowodem było to, że sam operował własną rodzinę, żonę i dwóch synów. Operował wielu dygnitarzy i ich rodziny w Warszawie, niejednokrotnie nie wiedząc, do kogo leci śmigłowcem na wezwanie Lecznicy Ministerstwa Zdrowia. Wśród operowanych pacjentów było wielu ludzi o znanych nazwiskach w świecie nauki, sztuki, kultury, wielu hierarchów kościelnych. Lista operowanych przez męża kapłanów jest długa. Pacjentami kliniki byli ks. arcybiskup Dymek, arcybiskup Baraniak, ks. biskup Etter. Klinikę odwiedził nawet prymas kardynał Wyszyński, dziękując za pomoc okazywaną Kościołowi. Długi szpaler ok. 40 księży odprowadzających mojego męża na miejsce wiecznego spoczynku był wyrazem wdzięczności i szacunku. Byli to głównie Jego pacjenci. Autorytet i zaufanie, jakim się cieszył, sprowadzało do Niego ludzi szukających pomocy w sprawach nie tylko natury zdrowotnej. Wobec pracowników był sprawiedliwy. W ocenie ludzi kierował się wyłącznie własną wiedzą, nie ulegając niczyjej opinii. Należał do osób z silnie rozwiniętym poczuciem niezależności. Nie wiązał się z żadnym ugrupowaniem, z żadną organizacja polityczną, zachowując poczucie wewnętrznej wolności. Nie podejmował się pełnienia żadnych funkcji związanych z uzależnieniem politycznym. A czasy, w których przyszło mu żyć i działać, były trudne. Były to lata wymagające ustawicznej odwagi. W czasie Poznańskiego Czerwca 1956 roku wraz z zespołem brał czynny udział w ratowaniu rannych, operując ich w klinice przy ul. Przybyszewskiego, a potem chroniąc. Obok przypadkowych ofiar byli to głównie Cegielszczacy. Pamiątką po tych wydarzeniach jest wiertarka, ofiarowana memu mężowi przez pracowników fabryki Cegielskiego, z wyrytą na niej datą" 1956". W latach 50., będąc radnym w Miejskiej Radzie Narodowej, na zebraniu wyborczym publicznie zwrócił mandat radnego, nie godząc się z procedurą wyborczą. Odrzucił propozycję objęcia stanowiska rektora AM w Poznaniu. Był Specjalistą Wojewódzkim dla miasta Poznania i Województwa Poznań Ryc. 4. Rodzina Drewsów, Poznań 1967 r. Maria Drewsskiego, a także przez wiele lat dla Województwa Zielonogórskiego. Dawało mu to możliwość przenoszenia swej wiedzy lekarskiej i doświadczeń do szpitali w terenie. Klinika była ośrodkiem szkolenia kadry chirurgicznej dla szpitali powiatowych i służyła pomocą w rozwiązywaniu szczególnie trudnych zagadnień. Był również prezesem Towarzystwa Chirurgów Polskich, przez wiele lat przewodniczył Poznańskiemu Oddziałowi Towarzystwa Chirurgów Polskich, był prezesem Poznańskiego Towarzystwa Lekarskiego, członkiem Komitetu Redakcyjnego "Polskiego Przeglądu Chirurgicznego", członkiem Towarzystwa Ortopedycznego, Onkologicznego, Endokrynologicznego, członkiem Międzynarodowego Towarzystwa Chirurgicznego i Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Uzyskał honorowe członkostwo Towarzystwa Chirurgów Polskich, Towarzystwa Chirurgów Niemieckich oraz wielu wyżej wymienionych stowarzyszeń lekarskich. Swoją przynależność do towarzystw naukowych traktował poważnie, uczestnicząc czynnie w ich życiu naukowym. SUMMIS AUSPICIIS SERENISSIMAE REI PUBLICAE POLONORUM NOS ACADEMIAE MED1CORUM POSNANIENSIS RECTOR MAGNIFICUS ET ORDINlS PROFriSSORUM FACULTATIS MEDICORUM DECANUSer PROMOTOR RITE CONSTITUTUS COMMUNl OMNIUM ACADEMIAE ORDINUM CONSENSU IN VIROM CLARISSIMUM AC DOCTISSIMUM ROMANUM D REW S MEDICINAE DOCTOREM ACADEMIAE MEDICORUM POSNANIENSIS PROFESSOREM ORDINARIUM INSTITUT! CHIRURG lAE STUDIIS PROMO VENDIS DESTINATl ILLUSTRISSIMUM DIRECTOREM NOSOCOMII CHIRURGIAE GENERALIS IN ACADEMIA MEDICORUM POSNANIENSr MODERATOREM SUMM! PRAESIDU SOCIETATIS CHIRURGORUM POLONAE SODALEM SOCIETATIS CHIRURGORUM POLONAE SOCIUM HONORIS CAUSA SOCIETATIS CHIRURGORUM IN POPULARI GERMANORUM RE PUBLICA CONSTITUTAE SOCIUM COR RESPONDENTEM COMMENTARIORUM QUI INSCRIBUNTUR "POLSKI PRZE GLĄD CHIRURGICZNY" EDITORUM CONSILli PARTICIPEM INTER NATION ALIS CHIRURGORUM SOCIETATIS ET COMMISSIONIS EXPERIMENTALIS ET COMMlSSlONlS THORACIS LAESIONUM ACADEMIAE SCIENTIARUM POLONAE ET MULTARUM ALIARUM SOCIETATUM lAUDABILEM SODALEM VEXILLO LABORIS PRIMAE ClASSIS CRUCE POLONIAE RESTITUTAE SECUNDAE ClASSIS CLlPEO DECENll RE! PUBLICAE POLONORUM MULTIS IN SUPER ALlIS INSI GNIBUS HONORATISSIME DECORATUM QUI Dl. CHIRURGIAL SfUDIIS NON SOLUM RATIONE SED bTIAM USU PROMOVENDIS OFfIME ESf MtRITUS QUI SCHOLiS HABENDIS SUMMAM CURAM D.UGENTMMQULCUM ADHIBLKEf AMPLAM IN POLONIA CIIIRURUORUM EDUCAVIT PROPAGlNEM QUI PER TOTAM VITAM SUAM SClENTIAM KT LAHORFM URBIS POSNANIAE ATQUE PALATINATUS POSNANlENSIS CIVIBUS CUM OFFERRET ET CRATIAM AB OMIBUS CONCILIAVIT HONORIS CAUSA DOCTORIS E UTTERAS ACADEMIAE MEDICORUM MiECISUUS WOJTOWICZ ROMANUS CÓKAI Ryc. 5. Dyplom nadania prof. Romanowi Drewsowi tytułu doktora honoris causa Akademii Medycznej w Poznaniu, 1974 r. Pośród wielu zaszczytów, odznaczeń i wyróżnień szczególnie cenił sobie dwa. Władze jego macierzystej uczelni uhonorowały Go tytułem doktora honoris causa, a władze Chodzieży w 1962 roku nadały mu honorowe obywatelstwo. Ma swoje ulice w Poznaniu i Chodzieży. Znany mykolog prof. Dominik Tadeusz z Wyższej Szkoły Rolniczej w Szczecinie zadedykował profesorowi Romanowi Drewsowi nowy gatunek grzyba, nazywając go Paathramaya Drewsi. Pisali o Nim: Eugeniusz Paukszta w O niepokonanej starości, Feliks Maria Nowowiejski w *** Doktor Drews - Chirurgio boska sztuko, Wit Rzepecki w Skalpel ma dwa ostrza i Stefan Stuligrosz w Piórkiem Słowika. Jego postać utrwalona została także w pieśni i poezji partyzanckiej z Gór Świętokrzyskich. Do historii medycyny przeszedł jako przykład wybitnego talentu chirurgicznego i diagnostycznego, jako wzór niezwykłej pracowitości i oddania chorym. Zawód lekarza wiązał z powinnością pomocy oraz pokory wobec misterium życia i śmierci. Służył przykładem swym uczniom, ucząc ich ciężkiej pracy, wytrwałości i poczucia odpowiedzialności. Poza pracą był dom, rodzina, przyjaźnie. Na atmosferę naszego domu wpływała wielopokoleniowość. Dziadkowie byli zawsze obecni, oczekiwali naszych powrotów ze szkoły i z pracy. Dzieci miały ciepłe dzieciństwo i bezpieczną młodość. Emocjonalne więzy między ojcem, z usposobienia porywczym, zacieśniały we wczesnym dzieciństwie opowiadania "prawdy", podczas gdy mama opowiadała bajki o smokach i krasnoludkach. Przyjaźń z ojcem budowały także wakacje, zawsze wspólne, w górach, leśniczówkach, wreszcie przez wiele szczęśliwych lat w Dębkach, ukochanych, niezastąpionych. Dzisiaj już trzecie pokolenie szuka tam odpoczynku i przygód wakacyjnych. Dębki poznaliśmy dzięki naszym wiernym przyjaciołom i dobroczyńcom, profesorowi Adamowi Wrzoskowi i jego córce prof. Ludmile Krakowieckiej oraz Karolinie Niklewskiej, wdowie po prof. Bronisławie Niklewskim. Rodzina tajest w posiadaniu najpiękniejszego domu w Dębkach, stuletniej "checzy" kaszubskiej, krytej strzechą trzcinową. Nie można tu pominąć księży zmartwychwstańców z Poznania z niezastąpionym ks. Ignacym Grzybowskim, którego radosny, urzekający uśmiech utrwalił się w pamięci Dębek. W naszym bytowaniu dębczańskim istotną rolę odegrała leśniczówka "zawłaszczona" od dwóch pokoleń przez rodzinę Kurów, aktualnie Stanisława i Ewę, sprawujących pieczę nad pięknem i bezpieczeństwem lasów i wydm. Mieszkaliśmy tam wiele lat. Utrwaliliśmy przyjaźń. Wobec ówczesnych trudności komunikacyjnych i aprowizacyjnych wyjazd do Dębek poprzedzał czas mozolnych przygotowań. Podróż była wyprawą. Zabieraliśmy żywność, leki i środki opatrunkowe, świece. Mój mąż był odpowiedzialny jedynie za jego osobistą walizkę zawierającą wakacyjny warsztat pracy. Były to recenzje prac doktorskich, habilitacyjnych, korekty, czasopisma naukowe, lektura - Tomasz a Kempis, Merton, Pan Tadeusz, oraz dwie talie kart brydżowych. Entuzjazmem do Dębek zarażaliśmy się wzajemnie - przyjaciele przyjaciół. Z rozrzewnieniem wspominam ludzi, wieloletnich towarzyszy wspólnych wakacji w Dębkach. Byli to prof. Edward i Wanda Czarneccy z Poznania, dr Antoni i Iza Paulowie ze Śremu, Krystyna i Stanisław Byczewscy z synami, Magda Maria Drews Ryc. 6. Profesor Roman Drews z żoną i przyjaciółmi (prof. Witoldem Kapuścińskim, Janiną Niewiarowską i Stefanem Wirskim), Dębki 1965 r. Ryc. 7. Roman Drews, Maria Drews, mecenas Rutkowski i prof. Stefan Swierzawski przed klasztorem Benedyktynek w Żarnowcu, fot. z 1968 ri Bogdan Gutowscy z dziećmi, Krystyna Jurasz-Dębska z synem, prof. Witold i Jadwiga Kapuścińscy z dziećmi, prof. arch. Jan i Aniela Bogusławscy z synami, Janina i Witold Niewiarowscy z córkami, Zofia i Bolesław Górniccy z córkami, dr Zofia Wojciechowska, Maria Gwizdalska z licznym gronem przyjaciółek. Do grona Dębczan weszła "grunwaldzka" rodzina z sześciorgiem dzieci, państwo Irena i Kornel Probierz. Nie zrażały nas prymitywne warunki mieszkaniowe, życie bez wodociągów, a długi czas również bez elektryczności. Cieszyliśmy się na rozmowy niedokończone, wymianę intelektualną, a wspólne kąpiele w morzu, plaża, dalekie spacery przywracały radość i zdrowie (regulamin obowiązywał niezależnie od pogody). Było grono stałych brydżystów, do którego zaliczał się mój mąż. Brydżyści najczęściej, jeżeli tylko sprzyjała pogoda, spotykali się przy stoliku brydżowym na polanie przed domem. Dębki zmieniły się, dla mnie szczególnie, bo nie odnajduję tam już moich bliskich przyjaciół, którzy odeszli. Cywilizacja uczyniła Dębki dostępnymi. Jest to dzisiaj miejscowość modna, hałaśliwa, z bieżącą wodą i elektrycznością. N astępne pokolenie dawnych miłośników Dębek, nasze dzieci, odnajdują tam jeszcze genius loei, spędzając wakacje ze swoimi rodzinami. N asz dom na Grunwaldzie przy ul. Kasztelańskiej otwarty był dla wszystkich, dla przyjaciół, znajomych, szukających pomocy. Zdarzało się, że chorzy z odległych stron, oczekując na miejsce w klinice, znajdowali tu nocleg. Dotyczyło to przeważnie ostrowiczan. Mój mąż nie pozwalał chronić Go przed chorymi nawet w domu. Telefon często przerywał sen, zapewniając lekarzowi dyżurnemu w klinice kontakt z profesorem, co nierzadko kończyło się wyjazdem męża nocą do kliniki i koniecznością wykonania operacji. N a Kasztelańskiej gościliśmy wielu ludzi. Łączły nas z nimi różne relacje. Środowiskowe - grono profesorskie z Akademii Medycznej z żonami, rodzinami. Nazywaliśmy te spotkania żartobliwie "Małymi Radami Wydziałowymi", gdyż panowie nie potrafili oderwać się od problemów zawodowych. Spotykaliśmy się z Wandą i Edwardem Czarneckimi, Ireną i Adamem Straszyńskimi, Jadwigą i Janem Roguskimi, N ataszą i Sergiuszem Siengalewiczami, Helenką i Zdzisławem Stolzmanami, Halszką i Antonim Horstami, Renią i Józefem Wizami, Marzenką i Rudolfem Sarrazinami. Międzydzielnicowe związki małżeńskie, przesiedlenia wojenne i inne doświadczenia zatarły dawne polskie antagonizmy dzielnicowe. Atmosfera towarzysząca spotkaniom z tymi ludźmi była serdeczna, a kresowiacy wnosili wdzięk, pogodę i trochę wesołości, tak nam potrzebnej w tych czasach. Była to mozaika obyczajów, kultur, temperamentów, sztuki kulinarnej. W tym gronie spotykaliśmy się w teatrze, na koncercie, w Operze. Dyrekcja Opery wysyłała zaproszenia na premiery osobom publicznym. Z godności miejsc zajmowanych przez przedstawicieli świata lekarskiego można było wywnioskować, jakie kłopoty zdrowotne ma aktualnie dyrektor lub jego żona. Wspomnę tu czasy świetności Opery pod dyrekcją i dyrygenturą Waleriana Bierdiajewa, szczególnie barwnej postaci życia kulturalnego Poznania tego okresu. Odrębną grupę naszych kontaktów stanowiły znajomości zrodzone na osi chirurg ijego chorzy, lekarz i pacjent, uratowany i ten, który uratował życie. Tutaj pragnę przytoczyć nazwiska państwa Reny i Romana Brandstetterów (pani Maria Drews Ryc. 8. Dom przy ul. Kasztelańskiej 3 Rena często grywała w brydża z moim mężem), Hieronima Ludwika Morstina, Stefana Świeżawskiego z żoną, prof. Bogdana Winiarskiego z żoną, Stasiów Byczewskich, Marii Gwizdalskiej, prof. Janusza Ziółkowskiego z żoną, Gertrudy Konatkowskiej, państwa Pauksztów. Bywali u nas kapłani, ks. biskup Jan Lorek, ks. biskup Jan Czerniak, świadczący nam przyjaźń modlitewną do końca swego życia, ks. biskup Lucjan Biernacki, ks. dr Jan Buba, pijar z Krakowa, bliski przyjaciel mego męża, ks. Ignacy Grzybowski, zmartwychwstaniec, często święcący nam w domu stół wielkanocny. Święta, szczególnie Bożego Narodzenia, były celebrowane. Do stołu wigilijnego na Kasztelańskiej tradycyjnie zapraszało się samotnych, bezdzietnych przyjaciół. Byli wśród nich Szura i Marian Duszyńscy (Marian, inżynier, przez wiele lat był dyrektorem lotniska w Poznaniu, obydwoje namiętni brydżyści), Wanda i Edward Czarneccy, prof. Tadeusz Kurkiewicz (postrach studentów medycyny), siostra przełożona Szpitala im. Święcickiego Zofia Łajpowa. Zawsze zasiadała z nami do stołu nasza ukochana gosposia, która była do końca Jej długiego życia u nas. Była członkiem naszej rodziny. Szczególnie ważne jest dla mnie wspomnienie naszych przyjaźni i kontaktów sąsiedzkich. Trwała przyjaźń łączyła nas z niezastąpioną Albą i Gerardem Labudami, cenne były spotkania i rozmowy z państwem Ewą i Władysławem Kura Ryc. 9. Profesor Roman Drews w domowym gabinecie przy ul. Kasztelańskiej 3, fot. z 1970 r. szkiewiczami, z państwem Anną i Ludwikiem Zabrockimi i z nieco dalej mieszkającymi, ale bliskimi sercu, Halszką i Władysławem Węgorkami. Na podkreślenie zasługują spotkania brydżowe w tym gronie. Brydżyści rozgrywali swoje "roberki" kolejno w poszczególnych domach. Częstym partnerem spoza Grunwaldu bywał profesor Antoni Horst. Roman Drews mawiał, że trzy miasta odegrały w Jego życiu znaczącą rolę. Chodzież - miasto rodzinne, dzieciństwa, szkoły i wczesnej młodości, Ostrowiec Świętokrzyski - miasto przeżyć wojennych i przeznaczenia, gdzie poznał swoją żonę Marię Osłońską, maturzystkę Tajnego Nauczania, studentkę Tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich Wydziału Lekarskiego w Warszawie, łączniczkę i sanitariuszkę AK, po wojnie stomatologa, dr n. med., pracującą przez wiele lat w Instytucie Stomatologii AM w Poznaniu, a ostatnio w przychodni Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego, oraz Poznań - miasto studiów, młodości, pracy, wszystkich dokonań życiowych. Wieloletnia praca, której oddał duszę i siły, z czasem doprowadziła do załamania zdrowia. Czasy sprzyjały złym emocjom. Koniec pracy, jej ostatni etap nie oszczędził mojemu mężowi ciężkich doświadczeń, którym już nie zdołał się oprzeć. Ten mocny niegdyś człowiek wobec pewnych wydarzeń i przeżyć okazał się bezsilny i bezbronny. Zmarł po ciężkiej, długiej chorobie w 1977 roku Maria Drewsw wieku 68 lat. Spoczął w Alei Zasłużonych na cmentarzu Junikowskim w Poznaniu, odprowadzony przez tysiące ludzi chcących oddać hołd człowiekowi dobremu, którego darzyli zaufaniem i szacunkiem. Odszedł 23 lata temu. Pozostała rodzina, klinika. Jego dzieło kontynuują synowie, uczniowie. "Stoczył dobry bój, bieg ukończył, wiarę zachował". Gdyby mógł jeszcze żyć, cieszyłby się radością swych dziewięcioroga wnuków, których nie doczekał. Pozostawił czterech synów. Michał, lekarz chirurg, dziś profesor i kierownik Katedry i Kliniki Chirurgicznej AM w Poznaniu, ożenił się z Ewą Probierz, lekarzem pediatrą. Są rodzicami dwóch córek, Katarzyny i Marii. Andrzej, architekt, ożenił się z Suzan Berman, również architektem. Andrzej jest ojcem dwojga dzieci Tuuli i Sama. Mieszkają i pracują w N owym Yorku. Krzysztof, lekarz ginekolog, docent dr hab., kierownik Kliniki Perinatologii AM w Poznaniu, ożenił się z Marią Węgorek, historykiem sztuki. Mają trzech synów - Jana, Andrzeja i Krzysztofa. Czwarty syn, Roman, doktor nauk biologicznych, ukończył Akademię Rolniczą w Poznaniu, ożenił się z Martą Dzikiewicz, jubilerem, i ma dwoje dzieci, Romana i Joannę. Pracuje w Instytucie Badania Żywności i Leków (FDA) w Waszyngtonie, gdzie również tymczasowo mieszka. Ryc. 10. Państwo Drewsowie w ogrodzie przy ul. Kasztelańskiej, fot. z 1975 r. Dom przy ul. Kasztelańskiej zestarzał się, wymaga "odnowienia", drzewa rozrosły się, zadziwiając wielkością i urodą. Tutaj urodziło się pięcioro naszych wnuków. Potem synowie stopniowo opuszczali dom. Dzisiaj w podzielonym domu mieszkam z moim naj starszym synem Michałem, jego żoną Ewą, córkami Kasią i Marysią. Oczekuję powrotu Romana. Dzielnica nasza zmieniła się. Odeszło wielu bliskich sąsiadów. Wiele domów zmieniło właścicieli. Nastąpiła zmiana warty, przemiana pokoleń. Grunwald też się zestarzał. Stary drewniany kościół zastąpiła piękna świątynia projektu prof. Węcławskiego, mieszkańca Grunwaldu. Księdza prałata Aleksandra Woźnego zastąpił ks. prałat Aleksy Stodolny. Codziennie głosy dzwonów z Kampanilli przypominają o służbie Bożej. Po okresie zaniedbania domy zaczynają pięknieć. Dzielnica nabiera charakteru.