PROFESOR JAN KIERSZ, CznI POZNAŃSKA HISTORIA PEWNEGO LWOWIAKA ANDRZEJ KIERSZ M ój ojciec, Jan Szczęsny Leliwa Kiersz, urodził się 20 listopada 1912 r. we Lwowie. Do końca" Obywatel Lwowa", całe swoje życie poświęcił Poznaniowi. Wychował się w rodzinie o głębokich tradycjach patriotycznych i religijnych - obaj jego dziadkowie byli powstańcami 1863 roku, a ojciec, Mieczysław Kiersz 1 , od wczesnej młodości działał w polskich partiach wolnościowych. W 1892 roku za tę działalność polityczną został skazany i zesłany na dziesięć lat do Archangielska. Wrócił chory na gruźlicę, zmarł młodo, osierocając żonę i czworo dzieci. Moja babka, Gizella Quiryni, była nauczycielkąjęzyka francuskiego i niemieckiego. Po wczesnej śmierci męża, aby utrzymać dzieci, prowadziła zakład fotograficzny, a kilka lat później ponownie wyszła za mąż za Lubiewę Wieleżyńskiego. Brat babki, Jan Quiryni, prawdopodobnie zginął w Katyniu. Ojciec miał czworo rodzeństwa - Józefa, Wiesława, Halinę i przyrodniego brata Zbigniewa. Józef zginął bardzo młodo w czasie obrony Lwowa przed wojskami sowieckimi. Wiesław, zawodowy wojskowy, walczył w obronie Lwowa pod dowództwem pułkownika Maczka. Był dowódcą zmotoryzowanej brygady kawalerii w stopniu porucznika. Wiesław, trochę z fantazji kawaleryjskiej, trochę z faktycznego posiadania szlachectwa - był przecież herbu Leliwa, występował zawsze na polu bitwy z monoklem w oku i cygarem w ustach. Z armią Andersa dotarł do Szkocji, gdzie ożenił się ze Szkotką Ray. Po lądowaniu w Normandii walczył jako dowódca jednostki czołgów. Zginął w czasie pierwszych dni walk pod Falaize, z nieodłącznym cygarem i monoklem, 8 lipca 1944 r., w stopniu majora 2 . Jego syn Mieczysław jest prawnikiem, działa w biznesie, mieszka w Londynie. Jedyna siostra mojego ojca, Halina, mieszkała w Gdyni, dożyła późnej starości, zmarła przed rokiem w wieku 92 lat. Miała dwóch synów: Jana, który ukończył Politechnikę Warszawską, był oficerem marynarki handlowej i od Jat Andrzej Kierszmieszka w Kanadzie, oraz Adama, lekarza mieszkającego w Gdyni. Zbigniew Wieleżyński po studiach pracował przez wiele lat w Warszawie w Narodowym Banku Polskim na stanowisku zastępcy dyrektora departamentu. Zmarł w 1989 roku. Miał trójkę dzieci: Piotra, Wojciecha i Danutę. Piotr z żoną Polką mieszka w Kanadzie w Calgary, gdzie prowadzi własną firmę obsługującą wydobywanie ropy. Ma dwie córki - Krystynę i Katarzynę. Jan Kiersz w chwili śmierci swego ojca miał zaledwie dziesięć lat. W 1932 roku ukończył humanistyczne IX Państwowe Gimnazjum im. Jana Kochanowskiego we Lwowie i rozpoczął studia na Wydziale Historii Sztuki Uniwersytetu im. Jana Kazimierza. W następnym, 1933 roku student Kiersz został przyjęty na Wydział Lekarski tegoż uniwersytetu. Próba studiowania na obu wydziałach jednocześnie nie powiodła się - dziekan, po wykryciu całej sprawy, wezwał ojca i nakazał mu wybór jednego kierunku studiów. Jan Kiersz wybrał zawód lekarza i nigdy tego nie żałował . Na czwartym roku studiów rozpoczął pracę w Zakładzie Fizjologii pod kierunkiem prof. Wierzuchowskiego. W tym czasie na zjeździe fIZjologów w Wilnie wygłosił swoje pierwsze dwie oryginalne prace naukowe. W 1938 roku Jan ożenił się z Elżbietą Friedwald, wiedenką pochodzącą z rodziny adwokackiej. Rodzice zamieszkali przy ul. Czarneckiego 46 w tzw. Pałacu %i» A »»»5«»»- TM« TMWA A Ryc. 1. Jan Kiersz z narzeczoną i przyszłymi teściami, Lwów 1937 r. Ryc. 2. Zdjęcie ślubne Elżbiety i Jana Kierszów, Lwów 1938 r. Arcybiskupa. Była to zwykła kamienica czynszowa, duża i dość stara, położona stosunkowo blisko Kopca Unii Lubelskiej, na pagórkowatym wzgórzu, niedaleko kościoła 00. Karmelitów. Kamienica, podobnie jak sąsiadujące z nią domy przy tej ulicy, leżała na skarpie, tak że pierwsze piętro od ulicy było parterem na podwórzu. Mieszkaliśmy właśnie na pierwszym piętrze, wychodziliśmy więc na zamknięte ze wszystkich stron podwórko, z pomnikiem Matki Boskiej z dzieciątkiem na środku (figurę usunęli później Niemcy), z którego schody ogrodowe prowadziły do właściwego Pałacu Arcybiskupa. Arcybiskup Lwowa, metropolita Eugeniusz Baziak, mieszkał na II piętrze naszej kamienicy, połączonym z piętrem sąsiedniej, gdzie znajdowała się piękna, olbrzymia kaplica. Dwa lata później, już w czasie okupacji rosyjskiej, ojciec skończył studia i otrzymał etat asystenta w Zakładzie Fizjologii, przemianowanym w tym czasie na Lwowski Państwowy Instytut Medyczny. Profesor Wierzuchowski bardzo dyscyplinował swoich pracowników, nie pozwalał przerwać pracy nawet w czasie nalotów niemieckich na Lwów. - "Panowie doktorzy mają być w pracy - powtarzał - mnie naloty nic nie obchodzą". W1941 roku rozpoczęła się niemiecka okupacja Lwowa i zamknięto wszystkie wyższe uczelnie w mieście. Jan Kiersz znalazł wtedy pracę w I Miejskim Szpitalu, jedynym polskim szpitalu we Lwowie. Pracował na oddziale chorób wewnętrznych, gdzie uzyskał specjalizację z interny pod kierunkiem prof. Z. Czyżewskiej, a następnie pełnił obowiązki ordynatora tego oddziału. Dodatkowo dyżurował Andrzej Kiersz Ryc. 3. Jan Kiersz z żoną i synem Andrzejem, Lwów 1941 r. na oddziale zakaźnym, którym kierował dr Andrzej Zahradnik. Po latach obaj spotkają się ponownie w Poznaniu - ojciec będzie kierował Zakładem Fizjologii Akademii Medycznej, a dr Zahradnik oddziałem zakaźnym szpitala na Zawadach, późniejszą katedrą tejże akademii. Pracując w szpitalu zakaźnym w czasie okupacji można było pomóc wielu ludziom, wystawiając nieprawdziwe zaświadczenia o chorobach - Niemcy panicznie bali się chorób zakaźnych. W1943 roku okupant zamknął ostatni polski szpital w mieście. Ojciec otrzymał wówczas skierowanie na stanowisko lekarza okręgowego w centralnie położonej wsi Zawałów koło Podhajec, z której do najbliższej stacji kolejowej jechało się kilka godzin wiejskim wozem. Nocne ucieczki z domu przed bandami terrorystów ukraińskich popieranych przez niemieckiego okupanta i ukrywanie się u zaprzyjaźnionych rodzin ukraińskich, mordy na Polakach, wyrywanie języków i wycinanie żywym genitaliów (należy jednak pamiętać, że polskie oddziały partyzanckie nie pozostawały dłużne) były naszą codziennością. Pamięć o tych wszystkich okropnościach pozostała w naszej rodzinie na zawsze. Ojciec był wtedy jedynym lekarzem w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Udzielał pomocy partyzantom różnych nacji, tak polskim jak i ukraińskim. Temu też pewnie zawdzięczamy nasze życie - nikt inny w okolicy nie mógł udzielić im pomocy lekarskiej. Z pobytu w Zawałowie pozostają dozgonne przyjaźnie z prof. Kisielewiczem, ekonomistą, który po wojnie niespodziewanie osiadł w Poznaniu na Sołaczu (w willi "Panta Rei") oraz ks. Kazimierzem Bartosiewiczem, który otrzymał probostwo pod Wrocławiem, gdzie przez wiele lat całą rodziną "najeżdżaliśmy" wakacyjnie ks. Proboszcza, korzystając z uroków wsi i, co tu ukrywać, obfitej spiżarni. Po roku życia w stałym zagrożeniu ojciec uciekł do Lwowa, gdzie początkowo, ukrywając się, pracował jako hydraulik. We Lwowie wróciliśmy do wspomnianego Pałacu Arcybiskupiego. Zajmowaliśmy część I piętra, obok mieszkały siostry zakonne oraz ks. Montelbeti. Po wojnie spotkaliśmy go w kościele Franciszkanów w Poznaniu. Prześladowany przez NKWD obawiał się wszelkich kontaktów, bał się nawet przyznać do tego, że przez całą wojnę mieszkaliśmy najednym piętrze. Niestety w czasie okupacji odebrano arcybiskupowi drugą część mieszkania, dlatego malutką kaplicę urządzono teraz w jednym z pokojów. Arcybiskup Eugeniusz Baziak, "Arcybiskup Wygnaniec", mieszkał z nami do końca wojny. Razem w piwnicy przeżywaliśmy, szczęśliwie nieliczne, bombardowania Lwowa, razem byliśmy wzywani na przesłuchania przez NKWD, z których nie wszyscy wracali. Przesłuchania nasiliły się w 1944 roku po wybuchu bomby podłożonej w naszej kamienicy, wtedy jedynej polskiej na ul. Czarneckiego, w pozostałych bowiem mieszkali Rosjanie. Na ostatnim piętrze mieszkał dr B., który przed wojną działał w sodalicji mariańskiej, a w czasie wojny wstąpił do Partii Sowieckiej, co - jak i cała jego działalność - zostało uznane przez Polskę Podziemną za zdradę. Bombę w paczce - "od kolegów z Lublina" - przyniósł posłaniec. Doktor B. zginął na miejscu. Restrykcjami objęto nas wszystkich, mieszkańców kamienicy (którą zamieszkiwali głównie księża), jako najbardziej podejrzanych. Arcybiskup Baziak zaszczycał nas swoją przyjaźnią do końca życia (zmarł w 1962 roku). Rezydował w Krakowie, mieszkając też w Lubaczowie - ostatnim skrawku byłej Archidiecezji Lwowskiej w "nowej" Polsce. W 1951 roku po śmierci Kardynała Sapiehy został Metropolitą Krakowskim. Bywając wielokrotnie w Poznaniu w latach 50. (zatrzymywał się u sióstr zakonnych przy ul. Łąkowej), telefonował do nas, a my z radością i atencją odwiedzaliśmy go. To właśnie on 28 września 1958 r. o godz. 9.00 konsekrował na najmłodszego biskupa w Polsce 38-letniego ks. dra Karola Wojtyłę, ku zdziwieniu większości hierarchów kościelnych. Ówczesna dalekowzroczność arcybiskupa Baziaka, mianującego biskupem mało popularnego ks. Wojtyłę, była początkiem wielkiej kariery naszego papieża. Już jako Administrator Krakowski arcybiskup Baziak był stale prześladowany, a w końcu internowany w Lubaczowie 3 . Po "wyzwoleniu" Lwowa przez Armię Czerwoną mój ojciec został zmobilizowany i wysłany na front. Pełnił funkcję komendanta laboratorium II Armii Wojska Polskiego w stopniu podporucznika. Głównym zadaniem laboratorium była kontrola ujęć wody pitnej na terenach wyzwolonych przez Wojsko Polskie. Jako komendant laboratorium ojciec prowadził inspekcję sanitarną powierzonych mu oddziałów na pierwszych liniach frontu. Jednocześnie często pomagał kolegom chirurgom w zabiegach przeprowadzanych w szpitalach polowych. Nie zrezy Andrzej Kierszgnował też z pracy naukowej. Prowadził szereg notatek, na podstawie których powstaną w przyszłości trzy prace dotyczące krwi konserwowanej. Ojciec brał udział w walkach nad Odrą i Nysą (jako jedyny z grona profesorskiego jest odznaczony medalem za Bałtyk, Odrę i Nysę Łużycką), pod Budziszynem i pod Dreznem. Cały szlak bojowy przeszedł razem ze swoim przyjacielem ze studiów, późniejszym pułkownikiem, Janem Bereźnickim, moim chrzestnym ojcem. Po wojnie los ponownie połączył ich w Poznaniu - Bereźnicki był kierownikiem laboratorium 111 Szpitala Wojskowego przy ul. Grunwaldzkiej, a ojciec pracował 200 m dalej, w Collegium Anatomicum. Po wojnie "odnalazł się" również kapral Wółuczkiewicz, kolejny towarzysz kampanii wojennej ojca. Zamieszkał przy ul. Drzymały, 100 m od naszego poznańskiego mieszkania przy ul. N ad Wierzbakiem. Do końca życia kapral, pułkownik i profesor spotykali się, rozwiązując krzyżówki (kapral nie grał w brydża). Kapral Wółuczkiewicz, mimo że był starszy, przeżył obu przyjaciół, osiągając wiek 90 lat w świetnym stanie fizycznym i psychicznym. Jan Kiersz został ranny od wybuchu miny w walkach pod Kosel. Od tego czasu miał kłopoty ze słuchem, które po latach doprowadziły go do prawie całkowitej głuchoty. We wrześniu 1945 roku ojciec został rozkazem gen. Masłowa zdemobilizowany w Poznaniu. W ten sposób, dość niespodziewanie, rozpoczął nowy rozdział życia w mieście całkowicie nieznanym i w zupełnie odmiennych od lwowskich warunkach. Jeszcze w tym samym roku, jednym z ostatnich transportów repatriacyjnych ze Lwowa, "wracamy do Polski": moja matka, moja babka (matka mamy), ja oraz pies Pegaz. Podróż, w tragicznych warunkach, w wagonach towarowych, bez ubikacji, bez jedzenia i pieniędzy, trwała około dwóch tygodni. W Polsce trafiliśmy na wyjątkowo niekorzystne warunki. We Lwowie musieliśmy zostawić cały nasz dobytek; obiecano, że wszystko otrzymamy tu, w "nowej Polsce". Praktycznie nie otrzymaliśmy nic. Dodatkowo część społeczeństwa widziała w nas komunistów przybyłych ze wschodu. Tam nam mówiono: "Wy ujeżdżaj te w Polsku", a tu - "wracajcie, skąd przyjechaliście". Dzięki wyjątkowej pomocy państwa Mroczyńskich, którzy administrowali częścią ul. N ad Wierzbakiem, nasza rodzina, na siłę i bez zezwolenia, zajęła najpierw pokój przy ul. N ad Wierzbakiem 34, a następnie większą część dość dużego mieszkania przy ul. N ad Wierzbakiem 32, gdzie do dziś mieszka moja siostra Jadwiga, po mężu Flaszyńska. W tym czasie ojciec zaczął pracę w Zakładzie Fizjologii Uniwersytetu Poznańskiego na stanowisku starszego asystenta. W 1947 roku, pracując pod kierunkiem prof. Stefana Dąbrowskiego, uzyskał tytuł doktora medycyny. Jednocześnie pracował jako zwykły lekarz w Ubezpieczalni Społecznej na Sołaczu, przy ul. Podolskiej. Gabinet składał się z biurka, przy którym ojciec urzędował, tapczanu, na którym badał chorych, a w nocy spał, oraz słuchawek i pieczątki otrzymanej z Ubezpieczalni. Później do wyposażenia gabinetu dołączyły zdobyczny termometr i aparat do mierzenia ciśnienia. Po jakimś czasie ojciec przeniósł swój gabinet do mieszkania N ad Wierzbakiem, gdzie przyjmował w godzinach rannych, przed pracą w Zakładzie Fizjologii, i po południu, około 16.00 popowrocie z uczelni. W pracy pomagała mu moja matka; choć z wykształceniem prawniczym była jednocześnie rejestratorką, pielęgniarką, wypisywała setki recept i skierowań dziennie, odciążając męża w pracy papierkowej. Codziennie ojciec przyjmował powyżej stu pacjentów, którzy oczekiwali od wczesnych godzin rannych w długiej kolejce sięgającej ulicy. Ta kolejka uchroniła nas przed eksmisją z mieszkania, gdyż czekający chorzy po prostu wyrzucali urzędników Wydziału Mieszkaniowego. W Zakładzie Fizjologii - teraz już Akademii Medycznej - po habilitacji pod kierunkiem prof. Edwarda Czarneckiego ojciec uzyskał tytuł docenta, a następnie etat docenta w tymże zakładzie. W1952 roku ojciec został przeniesiony do Białegostoku, gdzie objął kierownictwo Zakładu Fizjologii nowo utworzonej Akademii Medycznej w Białymstoku w Pałacu Branickich. Akademia była "oczkiem w głowie" ówczesnego ministra zdrowia dra Sztachelskiego, który pochodził z Białegostoku. Pozwoliło to ojcu na urządzenie najnowocześniejszego w tych czasach Zakładu Fizjologii w Polsce. Problemy finansowe praktycznie nie istniały. Jednocześnie ojciec prowadził Zakład Farmakologii w Białymstoku, gdzie pełnił obowiązki kierownika. Samodzielnych pracowników w Polsce było wówczas niewielu. Niestety warunki mieszkaniowe w Białymstoku były fatalne; ojciec zajmował mały pokoik na poddaszu jednego z budynków Akademii Medycznej. Białystok był wtedy małym, zapyziałym miasteczkiem, w którym nie było jeszcze gazu, Ryc. 4. Profesor Kiersz z żoną, teściową i dziećmi: Andrzejem, Bogusławem i Jadwigą, Poznań 1957 r. Andrzej Kiersza na poboczu głównej ulicy pasły się kozy i krowy. Prowadzenie dwóch domów (my zostaliśmy w Poznaniu) znacznie obniżyło standard życia naszej rodziny. Dodatki finansowe za kierownictwo były śmiesznie niskie. Pod presją matki, która nie chciała się przenieść do Białegostoku, ojciec z trudem zrezygnował z dobrze zapowiadającej się, samodzielnej kariery naukowej, z doskonale wyposażonych dwu zakładów i wrócił do Poznania. W ciągu czterech lat pracy w Białymstoku wydał 29 oryginalnych prac, ogłoszonych drukiem częściowo w czasopismach zachodnich, co w tym czasie było dużym osiągnięciem. Z tego okresu pozostała również interesująca korespondencja ojca z ówczesnym wiceministrem zdrowia, dotycząca przyznania większego mieszkania w Białymstoku. Minister pisze, że "prawdziwy" naukowiec nie powinien mieć rodziny. W odpowiedzi ojciec napisał, że wobec tego "prawdziwy" naukowiec powinien być człowiekiem upośledzonym lub impotentem albo prowadzić się niemorainie. W Poznaniu ojciec wrócił do Zakładu Fizjologii AM na stanowisko docenta. W 1962 roku, po przejściu prof. Czarneckiego na emeryturę, objął Zakład Fizjologii Akademii Medycznej w Poznaniu (zakład nawiązał wówczas kontakty z zakładami pokrewnymi w Budapeszcie oraz w Sarajewie, gdzie ojciec przebywał na 6-miesięcznym stażu naukowym). Prowadził zajęcia dla studentów Wydziału Lekarskiego i Stomatologicznego AM, a także psychologii Uniwersytetu Poznańskiego oraz leśników z Wyższej Szkoły Rolniczej w Poznaniu. Działał czynnie w wielu towarzystwach naukowych, między innymi w VI Wydziale N auk Medycznych Polskiej Akademii Nauk oraz Komisji Krążenia PAN, a także w Komisji Medycyny Doświadczalnej Poznańskiego Oddziału Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Był przewodniczącym Sekcji Medycznej Towarzystwa Wiedzy Powszechnej i przewodniczącym Poznańskiego Oddziału Towarzystwa Fizjologicznego, którego VII Zjazd zorganizował w Poznaniu. Udzielał się też we władzach uczelni - był prodziekanem Wydziału Lekarskiego, pracował w komisjach senackich AM, był rzecznikiem dyscyplinarnym ds. studenckich, opiekunem domów studenckich, towarzystw studenckich i teatru studenckiego. Niestety stan zdrowia ojca, zwłaszcza niedosłuch, znacznie się w tym czasie pogorszył. Próby leczenia przez znanego i zaprzyjaźnionego laryngologa prof. Zakrzewskiego, prof. Miodońskiego z Krakowa oraz prof. Holmgerna w Szwecji nie dały rezultatu. Ojciec praktycznie stracił słuch. Po blisko lO-letnim okresie kierowania zakładem złożył rezygnację. Nadal prowadził zajęcia dydaktyczne, wykłady dla studentów, głównie jednak zajmował się pracą naukową. W1975 roku, po 17 latach oczekiwania, ojciec otrzymał tytuł profesora. Ani ojciec, ani nikt z członków naszej rodziny nigdy nie należał do PZPR, co miało wtedy wpływ na przydzielane nominacje. Dłużej na tytuł profesorski czekała tylko laryngolog doc. Zakrzewska. Nigdy go nie uzyskała, z podobnych powodów. Były to czasy, gdy poglądy i przynależność polityczna zdecydowanie wpływały na przebieg kariery naukowej. Po śmierci mojej matki Elżbiety w 1968 roku, w latach 70. ojciec ożenił się ze Stefanią Rachwalską, z zawodu nauczycielką, i przeniósł się na Winogrady. Niestety, Stefania od początku ciężko chorowała na niewydolność nerek, była pod Ryc. 5. Profesor z rodziną, chrzciny wnuka Miłosza w kościele na Sołaczu w 1979 r. dawana stałym dializom i umarła w 1977 roku. Po śmierci drugiej żony ojciec mieszkał sam na os. Wielkiego Października. Pozostawał w stałym, bliskim kontakcie z rodziną i przyjaciółmi, pracował naukowo, ale głuchota utrudniała mu życie i kontakty towarzyskie. Nie chciał skorzystać z możliwości pracy na uczelni na pół etatu, mimo że praktycznie codziennie, aż do śmierci, pracował w swoim byłym zakładzie. Chciał pracować dobrowolnie, bez zobowiązań finansowych. Z lwowiakami spotykał się na cotygodniowych zebraniach Towarzystwa Przyjaciół Lwowa, które zostało potem przekształcone w Towarzystwo Przyjaciół Lwowa i Kresów Wschodnich. Ponownie nawiązał kontakty ze swoim przyjacielem z lat lwowskich, wybitnym matematykiem, przewodniczącym Towarzystwa, prof. Alexiewiczem. Ojciec pozostawił około 120 oryginalnych prac naukowych. Jest autorem pierwszej polskiej monografii fizjologii nerek. Kolejne, prawie gotowe wydanie monografii uniemożliwiła jego śmierć. Był promotorem kilkunastu doktoratów oraz przeprowadził kilka przewodów habilitacyjnych późniejszych profesorów naszej uczelni. Zmarł 28 października 1991 r. * * * Ojciec uwielbiał grę w brydża. W 1950 roku nauczył grać mnie i moich lO-letnich kolegów. Ku uciesze profesora okupowaliśmy mieszkanie, oczekując na koniec Andrzej Kiersz Ryc. 6. Profesor Kiersz z synową Renatą przed Collegium Anatomicum, Poznań 1977 r. "ordynacji", po czym siadano do gry. Adaś Zdziarski, Jurek Cerba, Jurek Kepel, Rysio Słupczyński, Tadzio Hałas, Andrzej Garyantesiewicz, Edek Florczak i wielu innych przez lata, zwłaszcza w wakacje, zgłębiali pod okiem profesora tajniki gry, odbierając surowe reprymendy za wszelkie błędy i pomyłki. Część z nich już odeszła, ci jednak, którzy zostali, byli pod koniec życia ojca, jako 50-latkowie, nadal jego partnerami brydżowymi. Oczywiście dawniej Jan Kiersz miał prawdziwych partnerów: państwa Żeromskich, rodziców obecnego prof. Jana Żeromskiego, państwa Wehrów, dra Wiktorowicza, inż. Cierpika, państwa Obrąpalskich, prof. Grądzkiego, płka Zazulę i wiele innych zacnych osób, często Iwowiaków lub wilniaków, którzy w tamtych latach czuli się w Poznaniu nieco obco. Ojciec bardzo sobie cenił kontakty z młodzieżą studencką i był przez nią bardzo lubiany. Był pobłażliwy na egzaminach - pogarszający się słuch kazał mu interpretować niejasne odpowiedzi studenta najego korzyść. Fizjologia w tamtych czasach była pierwszym spotkaniem studenta z żywym ustrojem po teoretycznych naukach chemii, fizyki i biologii. Poziom nauczania był dość wysoki, oczywiście na miarę ówczesnych możliwości. Brak nowych podręczników, stare, ledwo czytelne skrypty, brak kontaktu z wydawnictwami zachodnimi i w ogóle nauką zachodnią, wszystko to nie wpływało korzystnie na unowocześnianie poziomu nauczania. Krewny profesora, Walerian Kujawa, ekspert rządowy do spraw żeglugi śródlądowej, bywający często w Genewie, proszony o przywiezienie nowego zachodniego podręcznika z przykrością stwierdzał, że cena książki, po przeliczeniu, wynosiła równowartość prawie 6-miesięcznej pensji ojca na uczelni. W latach 70. nastąpiła pewna poprawa - część książek była dostępna, zwłaszcza w warszawskiej Akademii Medycznej, ale tylko na miejscu w bibliotece. Ojciec często bywał w Warszawie, tłumacząc "od ręki" ciekawsze rozdziały i wprowadzając je do wykładów. Od lat 50. profesor jeździł samochodem. Był to blisko 20-letni Opel Adam P-4. Kierowania samochodem nauczył się na wojnie, prowadząc czasem ambulans medyczny. Samochód ojca - stary, czworokątny, na drewnianym podwoziu - był jedynym samochodem stojącym w tych latach przed Collegium Anatomicum. Często ulegał awariom, a naprawy były dużym problemem - w Poznaniu nie było żadnych warsztatów naprawczych poza wojskowymi. Mieszkaniec Sołacza p. Witkowski składał i rozkładał Opla, dopasowując różne części do jego silnika. Tym samochodem jeździliśmy z kolegami do Strzeszynka na brydża, a w zimie urządzaliśmy, dziś słusznie zabroniony, kulig sankami za samochodem. Spotkanie dwu samochodów w tamtych latach było wydarzeniem. Trudno pisać o własnym ojcu. Na pewno był człowiekiem wesołym, ciepłym, serdecznym, uczynnym i głęboko religijnym. Jego następca prof. J. Paluszak 4 pisał o nim, że był nieprzeciętnej miary naukowcem, zasłużonym wychowawcą wielu pokoleń lekarzy i lekarzem o ogromnym poczuciu obowiązku, człowiekiem o olbrzymiej kulturze osobistej, szczerze lubianym przez współpracowników. Natomiast prof. Rzymski, ówczesny dziekan Wydziału Lekarskiego, dodawał, że był człowiekiem szlachetnym, prawym, wybitnym nauczycielem akademickim, a przy tym skromnym i życzliwym wobec innych lu dzi. Jan Kiersz miał troje dzieci. Mój młodszy brat, Bogusław Kiersz, lekarz anestezjolog, od kilkudziesięciu lat mieszka i pracuje w Szwecji. Ożenił się z Polką Elżbietą Przybecką. Mają trzech synów: Rafała, Roberta i Martina. Najstarszy Rafał studiuje prawo, Ryc. 7. Profesor Jan Kiersz, fot. z lat 80. Andrzej Kierszmłodsi chodzą do szkoły - być może któryś z nich będzie kontynuował karierę medyczną dziadka i ojca. Bogusław Kiersz jest zastępcą ordynatora oddziału w szpitalu w J6nk6ping, jednym z największych i najnowocześniejszych szpitali na świecie. Bardzo ceniony w swojej pracy, wyjątkowo - jak na Polaka - lubiany przez Szwedów. Ojciec wielokrotnie odwiedzał mego brata w Szwecji i cieszył się z jego sukcesów zawodowych. Jedyna córka profesora, moja siostra Jadwiga Flaszyńska, wyłamała się z medycznych układów. Ukończyła Akademię Rolniczą, uzyskując magisterium na Wydziale Żywienia. Jej obaj synowie, Miłosz i Radek, studiują na Politechnice Poznańskiej. Jestem naj starszym synem Jana Kiersza, chirurgiem, całe życie związanym z Akademią Medyczną, Zakładem Anatomii Prawidłowej i Kliniką Chirurgii "na Przybyszewskiego". Moja żona Renata Kamionka jest lekarzem stomatologiem, córka Joanna uczy się w szkole średniej i nie ma jeszcze sprecyzowanych planów na przyszłość, natomiast syn Paweł kończy studia na Akademii Medycznej w Poznaniu. Tak więc w trzecim pokoleniu Kierszów na pewno kontynuowana będzie tradycja zawodu lekarskiego. Ryc. 8. Andrzej Kiersz z żoną Renatą, synem Pawłem i córkąjoanną PRZYPISY:l Stefan Król, Cytadela warszawska, Warszawa 1970. 2 Franciszek Skibiński, Pierwsza pancerna, Warszawa 1970. 3 Szczegóły o działalności arcybiskupa Baziaka znajdzie czytelnik w książce Wacława Szetelnickiego, Arcybiskup Wygnaniec - Eugeniusz Baziak, Kraków 1989. 4 Biuletyn In£ AM, nr 6 (55 r. 1991).