TAKI ROJBERJAKJA NIE MOŻE BYĆ KSIĘDZEM wspomnienia ks. Włodzimierza Okoniewskiego, byłego proboszcza jeżyckiej parafii pw. Najświętszego Serca Jezusa i św. Floriana, spisał WŁODZIMIERZ BOGACzy!( U rodziłem się na Jeżycach, tu spędziłem dzieciństwo i młodość, z Jeżycamijestem przez całe życie związany. I Panu Bogu dziękuję, że mnie tak z tą dzielnicą związał. To szczególna łaska. Moi rodzice poznali się na Ostrowie Tumskim. Matka Helena była bratanicą arcybiskupa Edwarda Likowskiego. Gdy miała dwa lata, zmarła jej matka, cztery lata później ojciec. Jako sześcioletnie dziecko znalazła się u swego stryja, wtedy jeszcze biskupa pomocniczego diecezji poznańskiej (dopiero w czasie I wojny światowej władze niemieckie zgodziły się na mianowanie Polaka arcybiskupem Gniezna i Poznania; wówczas te dwie diecezje były połączone unią personalną). Moim ojcem Kazimierzem opiekował się starszy o 16 lat brat, ksiądz Stanisław Okoniewski, mansjonarz przy Katedrze poznańskiej, a od 1926 roku biskup chełmiński. Matka ukończyła w Krakowie Liceum ss. Urszulanek, gdzie przełożoną była błogosławiona Urszula Ledóchowska. Ojciec, co ciekawe, nie chodził - jak wielu jego rówieśników - do Gimnazjum św. Marii Magdaleny, tylko do Gimnazjum Augusty Wiktorii, czyli do dzisiejszego "Marcinka", w którym i ja się uczyłem. Ojciec w niemieckim poprzedniku "Marcinka" kończył klasę o profilu klasycznym,ja - o profilu humanistycznym. Gdy byłem już klerykiem, śmiał się ze mnie i mówił: - Ty się dopiero teraz uczysz hebrajskiego, greki i łaciny, aja to miałem Włodzimierz Bogaczyk już w gimnazjum! Po skończeniu liceum ojciec studiował na politechnice w Kemnitz w Niemczech. Rodzice mieli trójkę dzieci. Mój starszy brat Bogdan skończył ekonomię i pracował jako ekonomista. Młodsza siostra Danuta skończyła poznańskie Liceum ss. Urszulanek i wyszła za mąż za ekonomistę. Siostra miała czwórkę dzieci, a brat dwójkę. Zawsze mówiłem, że siostra miała dwójkę za mnie, tak żeby na każde z rodzeństwa wypadło po dwoje. Kiedy wybuchła I wojna światowa, ojca zmobilizowano. Na froncie, krótko przed wybuchem powstania wielkopolskiego, został ranny, dlatego do niemieckiego wojska nie wrócił, a dołączył do powstańców. Pracował w komendzie powstania. Później, gdy byłem już kapłanem, w czasie kolędy wiele osób pokazywało mi dokumenty, na których widnieje podpis mojego ojca, poświadczający jego udział w powstaniu. Pierwsze lata mego życia to dzisiejsza ul. Zeylanda, która wtedy nazywała się Przecznica. To była ulica łącząca dwie arterie jeżyckie - ulice Zwierzyniecką i Bukowską z ulicą Grunwaldzką. Mieszkaliśmy pod trójką. W tej samej kamienicy mieszkał generał Kazimierz Raszewski, były pułkownik armii pruskiej, który w czasie powstania przeszedł na stronę powstańców, a później dowodził garnizonem poznańskim. W czasie II wojny światowej był więziony przez Niemców. Zwolniono go, kiedy był już bardzo chory i wkrótce potem zmarł. W naszej kamienicy mieszkał też stomatolog pan Spiżewski. Był zapalonym myśliwym, miał bardzo ostrego psa, z którym jeździł na polowania. Pamiętam, że często zabierał swoją dubeltówkę i wyjeżdżał sportową dekawką. Pod trójką mieszkała również rodzina państwa Zdunków. Ojciec pracował w zakładach Cegielskiego, a syn Tadeusz, mój rówieśnik, z którym do tej pory się przyjaźnię, pracował w Radiu Polskim - Poznań. Po ewakuacji radia w czasie działań wojennych jako jedyny pracownik pozostał na posterunku aż do wkroczenia wojsk niemieckich do Poznania. Co było bardzo dla tej ulicy charakterystyczne, to przechodzące nią kondukty pogrzebowe. Ruchu kołowego wtedy prawie nie było. Z kaplicy przedpogrzebowej, która mieściła się na dzisiejszej ul. Kościuszki, na tyłach plebanii parafii Najświętszego Zbawiciela (dzisiaj ta kaplica nie istnieje, są tam wojskowe tereny, należące do dowództwa korpusu lotniczego), kondukty szły na cmentarze, tam, gdzie dziś są tereny targowe. Na wprost ul. Przecznica był cmentarz Farny, obok, w stronę ul. Roosevelta - cmentarz Świętomarciński. Te cmentarze Niemcy zlikwidowali w czasie wojny, a rodziny mogły przenieść szczątki zmarłych na cmentarze komunalne na Miłostowie i Junikowie. Na terenach cmentarzy parafialnych wybudowano hale, z których dziś korzystają Międzynarodowe Targi Poznańskie, a w czasie wojny były tam zakłady produkujące części do samolotów wojskowych. Na tereny targowe często z ojcem chodziliśmy. Pamiętam Powszechną Wystawę Krajową w 1929 roku. Miałem wtedy osiem lat i oczywiście najbardziej interesowało mnie wesołe miasteczko z karuzelami i elektrycznymi samochodzikami. Przecznicą przechodziły też parady wojskowe. Na Jeżycach stacjonowały dwa pułki piechoty - 57. i 58. przy ul. Bukowskiej. Bardzo blisko, przy ul. Grun waldzkiej, był 15. Pułk Ułanów. Mieli takie czerwone otoki na czapkach. Najwspanialszą orkiestrę miał pułk strzelców konnych, z białymi otokami na czapkach. Pamiętam dobosza tej orkiestry, wielkie chłopisko, jak wszyscy w orkiestrze na siwym koniu, z dwoma bębnami po bokach. Bardzo blisko nas, przy ul. Zwierzynieckiej był Ogród Zoologiczny. W pierwszej części Ogrodu znajdował się teren parkowy, gdzie chodziło się na spacery, była restauracja i kawiarnia. Chodziliśmy tam z rodzicami na lody. Obok, przy parkanie od strony ul. Gajowej, była muszla koncertowa. I tam kapelmistrz Sternalski latem w niedzielne popołudnia dyrygował orkiestrą wojskową. Te koncerty było słychać w całej okolicy. W Ogrodzie Zoologicznym bywałem bardzo często przez całe dzieciństwo. Mieliśmy roczne karnety wstępu. Kiedyś dyrektor Zoo pan Szczerkowski powiedział do mojego ojca, że gdy młodszy syn pana przychodzi do nas, to ożywia wszystkie zwierzęta, biegając przed ich klatkami. Tam zrodziło się we mnie zamiłowanie do świata przyrody. Zawsze myślałem, że w tym kierunku ułoży się moje życie i praca zawodowa (równie często zaglądałem do Muzeum Przyrodniczego przyległego do Zoo). W gimnazjum profesor biologii dr Julian Rzózka, specjalista od hydrobiologii, wykładowca na Uniwersytecie Poznańskim, powierzył mi prowadzenie gabinetu biologicznego. Opiekowałem się tam zwierzętami wodnymi - rybami, żabami, salamandrami. Profesor zawsze mi mówił, że będę kiedyś jego słuchaczem. Ale powołanie okazało się silniejsze. W miejscu dzisiejszego postoju taksówek obok Rynku Jeżyckiego był postój dorożek konnych. Inny postój był na ul. Mickiewicza, na narożniku z ul. Zwierzyniecką. Kiedyś, gdy przechodziłem z kolegami obok tego postoju, coś nas podkusiło i zapytaliśmy jednego z dorożkarzy: - Czy jest pan wolny? Odpowiedział, że jest. A my mu na to: - To weź się pan ożeń! Musieliśmy szybko zwiewać, aby nie dosięgną! nas swoim batem. Oprócz dorożek były jeszcze tramwaje. Przez Jeżyce jeździła wtedy tylko jedna linia - "siódemka", do ul. Polnej, bo tam się wtedy tak naprawdę kończyło miasto. N a J eżycach był też konsulat niemiecki, przy ul. Zwierzynieckiej, w okazałym budynku należącym dziś do Uniwersytetu. Od czasu gdy do władzy w Niemczech doszedł Hitler, stał tam posterunek policji granatowej, bo zdarzało się, że różne bojówki wybijały szyby. Przed 1933 rokiem to się nie zdarzało, choć przed wojną o mieszkańcach Jeżyc mówiło się "jeżyckie wybijokna". Dzielnica była trochę łobuzerska, ale czasy wtedy były dużo bezpieczniejsze. Policja granatowa budziła respekt - jak gdzieś się pojawił policjant, choćby jeden i bez pałki, to wszyscy chętni do drak natychmiast znikali. I większość ludzi była bardzo uporządkowana, czasy pruskie pozostawiły po sobie bez wątpienia ślad. W kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa i św. Floriana, w którym później przez wiele lat byłem proboszczem, zostałem w 1921 roku ochrzczony. Przy tej samej chrzcielnicy, przy której ochrzczono obecnego arcybiskupa Juliusza Paetza. W tym czasie Przecznica należała do tej właśnie parani. W 1932 roku przyłączono ją do nowo powstałej parafii św. Michała przy ul. Stolarskiej. Co ciekawe, przez kolejne lata mieszkałem coraz bliżej kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa. W 1936 roku przeprowadziliśmy się na ul. Mickiewicza 34, z czego wszy Włodzimierz Bogaczykscy byliśmy zadowoleni, tylko stryj biskup ubolewał, bo kiedy nas odwiedzał, to musiał wchodzić na drugie piętro, a na Przecznicy mieszkaliśmy na parterze. Po wojnie ta kamienica znalazła się w parani Najświętszego Zbawiciela, ale moja rodzina od października 1939 roku mieszkała już przy ul. Asnyka. A kiedy ta ulica znalazła się w utworzonej w 1982 roku parafii Podwyższenia Krzyża przy ul. Szamarzewskiego, to ja już - jako proboszcz - zamieszkałem na plebanii przy ul. Kościelnej i mam nadzieję, że nikt mnie od mojej rodzinnej parafii już nie odłączy. Chodziłem do prywatnej szkoły podstawowej pod wezwaniem św. Kazimierza, pani Marii Rozmuskiej, przy ul. Stolarskiej, na terenie dzisiejszej straży pożarnej. Okazała willa, budynek szkoły, została całkowicie zniszczona w czasie nalotu alianckiego w 1943 roku. Szkoła była koedukacyjna, ale uczyły same panie. Z panią Rozmuskąjeszcze wiele lat po wojnie utrzymywałem kontakty. Właśnie na jej lekcji przepowiedziano mi, że zostanę kapłanem. Kiedyś, już w ostatniej klasie, nie było naszej nauczycielki i w zastępstwie przyszła do nas pani Rozmuską. Zadała nam do napisania pracę na temat, kim będę w życiu. Inni zaczęli pisać, a ja nie mogłem się zdecydować. Pani Rozmuską to zauważyła, wstała od katedry, podeszła do mnie i zapytała, dlaczego nie piszę. Odpowiedziałem, że nie wiem, jaki zawód wybrać. I cała klasa zawołała: - Księdzem będziesz. A nic na to wtedy nie wskazywało. Dlatego odpowiedziałem: - Taki rojber jak ja nie może być księdzem. Pani Rozmuską popatrzyła na mnie i powiedziała: - Kto wie, kto wie? No i się spełniło. Naszą wychowawczynią i polonistką była Natalia Tułasiewicz, którą 13 czerwca ubiegłego roku Ojciec Święty ogłosił błogosławioną w gronie 108 męczenników z czasów wojny. Kiedyś kazała nam nauczyć się wiersza. Pamiętam, że miał pięć zwrotek, aja nauczyłem się trzech. I akurat mnie wywołała do odpowiedzi. Wyrecytowałem, co umiałem. Zapytała: - A co z dwoma pozostałymi zwrotkami? Wtedy odpowiedziałem: - Omne trinum est perfectum. Może ze względu na rezolutną odpowiedź pani Tułasiewicz nie wyciągnęła wtedy żadnych konsekwencji? Potem poszedłem do Gimnazjum i Liceum im. Karola Marcinkowskiego. Przeważali tam uczniowie z Jeżyc, miałem kolegów i z ul. Mickiewicza, i z Przecznicy. Naszym wychowawcą był polonista prof. Lesław Eustachiewicz, który w czasie wojny znalazł się w Krakowie, pracował potem na Uniwersytecie Jagiellońskim. Miałem wspaniałych nauczycieli: biologa dr Juliana Rzóskę, o którym już wspomniałem, późniejszego wykładowcę Uniwersytetu w Oxfordzie, Jana Stahra, łacinnika, po wojnie wykładowcę na filologii klasycznej na UAM, geografa, dra Bogdana Krygowskiego, po 1945 roku też na Uniwersytecie. Fizyki i chemii uczył nas prof. Zajączkowski, który później wykładał na Politechnice, a języka niemieckiego i francuskiego nauczał doktor Karol Rzyski. Zmarł po wojnie i został pochowany na jeżyckim cmentarzu. Na jego grobie jest bardzo piękny napis: "Wychowawca młodzieży". Był jeszcze matematyk, prof. Jan Sobaszek. Bardziej interesowały mnie przedmioty humanistyczne, ale z matematyką nie miałem kłopotów, a jeśli czegoś nie wiedziałem, to po drugiej stronie ul. Mic kiewicza mieszkał mój kolega z klasy Władek Czyż, który z matematyki był najlepszy. Miałem w "Marcinku" trzech prefektów - trzy lata uczył mnie ksiądz Antoni Banaszak, który po wojnie, i po pobycie w obozie w Dachau, utworzył polskie Seminarium Duchowne w Paryżu. W ubiegłym roku zmarł, mając 98 lat. Był najstarszym kapłanem diecezji poznańskiej. Ostatnim prefektem był znany historyk sztuki, ks. kanonik Arnold Marcinkowski. Po powstaniu mój ojciec pracował jako prokurent w Banku Kredytowym i stamtąd został powołany przez prezydenta miasta Cyryla Ratajskiego na stanowisko współorganizatora Radia Poznańskiego. Wtedy radiostacja podlegała samorządowi miasta. W 1925 roku powstał komitet organizacyjny i Ojciec znalazł się w jego składzie, a następnie został dyrektorem. To było trzecie radio w Polsce - pierwsze było w Warszawie, drugie w Krakowie. W latach 30. wszystkie istniejące w Polsce radiostacje scentralizowano i odtąd podlegały Ministerstwu Poczt i Telegrafów, a nazwę Radio Poznańskie przemianowano na Radio Polskie - Poznań. Radio mieściło się w dwóch miejscach. Studio w dawnym teatrze niemieckim przy pi. Wolności, tam gdzie dzisiaj jest m.in. siedziba Wydawnictwa Miejskiego i redakcja "Kroniki Miasta Poznania". Ojciec nieraz zabierał nas tam w niedzielę po mszy św. Wchodziliśmy do studia w czasie nadawania, wtedy wszystko szło na żywo, trzeba więc było być bardzo cicho. Przypominam sobie występ pani Lucyny Szczepańskiej, zwanej słowikiem Warszawy. Kierownikiem muzycznym radia był pianista, prof. Franciszek Łukasiewicz, kierownikiem programowym pisarz Emil Zegadłowicz, potem zastąpił go inny literat Zenon Kosidowski. Działem technicznym kierował inżynier Jungerman. Ale radio także miało swoje związki z Jeżycami. Program, nadawany ze studia kablami, przekazywany był do tak zwanej amplifikatorni, która mieściła się przy ul. Bukowskiej, w budynku, który dzisiaj zajmuje konsulat rosyjski. Tam stały dwa maszty wysokie na ponad 50 m. Kiedy miałem 10 lat najeden z nich próbowałem wejść. Wchodziło się po metalowej, wewnętrznej drabinie. Maszty były odnawiane i robotnicy zostawili wejście otwarte. Byłem już w połowie, kiedy nadjechał ojciec. Finał sprawy wspominam nieprzyjemnie. Kiedy zwiększano zasięg radia, maszty z ul. Bukowskiej przeniesiono na teren wojskowy na Cytadeli. W związku z wybuchem wojny radio zostało ewakuowane. Dojechaliśmy w okolice Kutna, w tzw. "kotle kutnowskim" przeżyliśmy ciężkie chwile. Pod koniec września wróciliśmy do Poznania. Szybko okazało się, że Niemcy poszukują mojego ojca jako powstańca ijako dyrektora radia. Dlatego w grudniu 1939 roku przez zieloną granicę dotarliśmy do Warszawy. Myśleliśmy, że ojca nie będą tam już szukać. Ajednak go wytropili i wiosną 1941 roku aresztowali. Przewieźli do Poznania do Fortu VII, był przesłuchiwany w Domu Żołnierza. Wśród przesłuchujących go gestapowców był syn niemieckiego księgarza z księgarni przy ul. Kantaka, tam gdzie dziś jest Veritas. Ojciec często tam chodził i kupował książki. Po jednym z przesłuchań syn tego księgarza podszedł do ojca na kory ta Włodzimierz Bogaczykrzu i po polsku powiedział: - Panie Okoniewski, ja zrobię wszystko, żeby pan był zwolniony, bo pan jest niewinny. I w końcu ojca wypuścili, ale w Forcie VII zniszczyli mu zdrowie, miał wtedy 54 lata. Kiedy wrócił do Warszawy, był już ciężko chory, miał odbite nerki i po dwóch tygodniach zmarł. Gdy znalazłem się w Warszawie wiosną 1940 roku, zacząłem chodzić na tajne komplety maturalne. Przed wojną skończyłem pierwszą licealną. To była wtedy ostatnia klasa przed maturą, którą mieliśmy zdawać w 1941 roku. W tym czasie, idąc za głosem powołania, zostałem przyjęty do Seminarium Duchownego w Warszawie. Od września 1940 roku zacząłem studiować, nie mając matury, więc dalej chodziłem na komplety. W listopadzie zachorowałem na grypę i nie poszedłem na spotkanie na Saskiej Kępie. Tego dnia całą moją grupę aresztowano i wywieziono do Oświęcimia. I wtedy rektor, ks. Roman Archutowski, zamęczony na Majdanku i ogłoszony błogosławionym, zabronił nam chodzić na komplety. Powiedział, że nie chce brać odpowiedzialności za nasze życie. Mieliśmy dalej studiować w seminarium, a maturę zrobić, kiedy będzie taka możliwość. Potem znalazłem się w seminarium w Kielcach. Wojna się skończyła, ja studiowałem piąty rok, święcenia blisko, a matury ciągle nie miałem. W kwietniu 1945 roku wróciłem do Poznania. Katedra i gmach Seminarium Duchownego leżały w gruzach, więc wszyscy seminarzyści musieli studiować w Gnieźnie. Tu sprawę postawiono jasno - muszę zdać maturę, inaczej nie zostanę wyświęcony. Tak mi powiedział rektor poznańskiego seminarium ks. Kazimierz Kowalewski. To on zresztą nalegał na mój powrót z Kielc. Byłemjuż diakonem, a w całej diecezji poznańskiej i gnieźnieńskiej nie było ani jednego diakona. Ksiądz rektor powiedział mi: - Wróci do kraju kardynał Hlond i nie będzie miał mu kto asystować w czasie uroczystych mszy św. Potem, gdziekolwiek była jakaś większa uroczystość odprawiana przez kardynała Hlonda, ja musiałem mu asystować. Skończyłem piąty rok studiów i wziąłem się za maturę. Próbowałem w Poznaniu, ale tu nigdzie nie było egzaminów maturalnych, miały być dopiero wiosną 1946 roku. Podobnie w Gnieźnie. Myślałem, że stracę rok. Dopiero przy pomocy przyjaciół udało mi się podejść do egzaminu w toruńskim Liceum im. Mikołaja Kopernika. To była eksternistyczna matura samych kleryków z Gniezna, z Poznania, z Pelplina, razem 25 maturzystów. W końcu listopada, miesiąc przed święceniami, zdaliśmy. Można powiedzieć, że wojna przyspieszyła moje święcenia o pół roku, bo maturę zdawałbym w 1940, a święcenia miałbym w 1946 roku. Święceń udzielił mi w Katedrze gnieźnieńskiej prymas Hlond. Wtedy było nas z parafii jeżyckiej wyświęconych trzech, poza mną jeszcze ksiądz Kazimierz Łaszewski, uczeń "Marcinka" i bardzo aktywny harcerz "Błękitnej Czternastki", był ze mną w seminarium w Kielcach, i ksiądz Józef Szczepaniak, który przez całą wojnę pracował w Poznaniu jako tramwajarz. Pierwszą mszę św. odprawiłem w grudniu 1945 roku w naszymjeżyckim kościele, który w tym czasie ponownie zaczął służyć parafii. Niemcy jesienią 1941 roku kościół zamknęli i zrobili z niego magazyn, a jeszcze w 1939 roku aresztowali ostatniego proboszcza, ks. Czesława Michałowicza, którego zamęczyli potemw Forcie VII. W czasie działań wojennych w 1945 roku jeżycka świątynia bardzo ucierpiała. Trafiona pociskiem artyleryjskim wieża runęła na strop kościoła. Przez jakiś czas parafia korzystała z poprotestanckiego kościoła przy ul. Szamarzewskiego. Proboszczem był wtedy ks. Franciszek Marlewski. Po święceniach trafiłem do parafii w Zaniemyślu, w 1947 na dwa lata do Opalenicy. Od 1949 do 1951 byłem wikarym w parafii pw. Bożego Ciała w Poznaniu. W kwietniu 1951 roku zostałem prefektem niższego Seminarium Duchownego w Wolsztynie. Po maturze większość naszych wychowanków zgłaszała się do seminarium. Moim uczniem był między innymi wywodzący się z parafii jeżyckiej arcybiskup poznański, ks. Juliusz Paetz. Zapamiętałem go jako ucznia wybitnie uzdolnionego humanistycznie. Moimi uczniami w Wolsztynie byli także: ks. arcybiskup Zenon Grocholewski, prefekt kongregacji do spraw nauki katolickiej, ksiądz biskup Stanisław Napierała, biskup kaliski, profesorowie na Wydziale Teologicznym UAM w Poznaniu, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, na Uniwersytecie im. Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie i wielu innych wybitnych i zasłużonych kapłanów duszpasterzy w archidiecezji poznańskiej i kaliskiej. Włodzimierz Bogaczyk W 1958 roku miałem objąć parafię św. Piotra i Pawła w Krotoszynie, ale władze świeckie nie zgodziły się. Po długich targach z kurią arcybiskupią zatwierdziły mnie w Skokach. Tam byłem proboszczem przez 10 lat. Stamtąd w 1968 roku trafiłem na Jeżyce. Tu też władze przeszkadzały. Nie podobały im się moje kazania. I w Skokach, i na Jeżycach miałem ciągłe kontrole - finansowe oraz z Wydziału Oświaty. Nigdy się nie ugiąłem - nieraz żądano ode mnie, bym nie odczytał listu pasterskiego episkopatu i straszono, że za opór władzy państwowej grozi więzienie. Nakładano grzywny za organizowanie pielgrzymek bez zezwolenia. Żadnej nie zapłaciłem. Kiedyś parafianie złożyli się na taką karę, aja kupiłem za to puszkę do komunikantów. Dopiero w latach 70. naciski powoli ustawały. Żądano co prawda składania co roku sprawozdań z prowadzenia lekcji religii przy parafii, ale nigdy tego nie robiłem. Na początku na Jeżycach także mnie nie zatwierdzono. Nie otrzymałem zgody na zameldowanie w Poznaniu. Pełniłem funkcję proboszcza, ale kuria biskupia musiała w dokumentach napisać, że jestem wikariuszem adiutorem, czyli wikariuszem wspomagającym proboszcza emeryta, księdza Henryka Lewandowskiego. Dopiero po roku władze zgodziły się na moją nominację. Przez te wszystkie lata, kiedy byłem wikariuszem, prefektem i proboszczem w Skokach, często odwiedzałem moją rodzinę na Jeżycach i ten kościół. Często , odprawiałem tu msze Sw., spowiadałem. Nigdy nie przypuszczałem, że będę tu proboszczem. Widziałem, jak po wojnie parafia się zmienia. Przed wojną Jeżyce były dużo bardziej zadbane i czyste. Wojna zniszczyła wszystko - wymieszała ludność, prawie znikło zamiłowanie do porządku. Przedtem mieszkało tu wielu kupców, drobnych przedsiębiorców, była to dość bogata parafia. Po wojnie zubożała" stała się parafią robotniczą, tak jak przed stu laty była rolniczą. W okresie międzywojennym kościół był zawsze przepełniony, w niedzielę tłumy ludzi stały wewnątrz i przed kościołem. Po 1945 roku ludzi było coraz mniej. W pobliżu powstawały nowe parafie. Przed wojną jeżycka parafia była ogromna, obejmowała nawet Ławicę i Smochowice, liczyła ok. 50 tys. mieszkańców. Kiedy ja objąłem parafię, liczyła ok. 32 tys., a po powstaniu parafii Podwyższenia Krzyża liczy dziś ok. 18 tys. osób. Teraz wiernych trochę przybyło, bo buduje się nowe plomby. I bardzo dobrze, do parafii przybywają młode rodziny. W Skokach parafia miała tylko 4 tys. wiernych. Większość z nich po 10 latach znałem z imienia. A tu kolos, większa anonimowość. Przez te wszystkie lata nie udało mi się obejść całej parafti podczas kolędy. Ksiądz arcybiskup Stroba był wielkim zwolennikiem dzielenia parafti. Nawet 20-tysięczną, po podziale w 1982 roku, uważał za zbyt dużą. Szukaliśmy miejsca, gdzie można by jeszcze kościół wybudować. Pokazałem księdzu arcybiskupowi plan miasta z zaznaczonymi granicami parafii. Arcybiskup znalazł wolny plac, ale należał do kilku jeżyckich zakładów przemysłowych, takich jak Wiepofama, Powogaz, Goplana i inne. - A tu, albo tu - szukał dalej ks. arcybiskup. - A tu jest Rynek Jeżycki i pi. Asnyka - odpowiedziałem. Myśleliśmy o dawnym cyrku przy ul. Norwida, który póź Ryc. 2. Spotkanie dzieci z arcybiskupem Antonim Baraniakiem w 1974 r. Fot. Archiwum Kościoła pw. Najświętszego Serca Jezusa i Św. Floriana. niej spłonął. Ale przekonałem arcybiskupa, że mieszkańcy Norwida mąją do kościoła parafialnego 600 m i do ojców dominikanów też 600. Byłem tu proboszczem 24 lata. Proboszczowało mi się dobrze, bo miałem świetnych pomocników - i wikarych, i osoby świeckie. Najważniejszymi wydarzeniami religijnymi w naszej parafii w tym czasie były misje, które zorganizowałem cztery razy. Pierwsze poświęcone były Sercu Jezusa i miały na celu rozbudzenie tego nabożeństwa, bo przecież parafia jest pod tym wezwaniem. Potem były jeszcze misje związane z rokiem świętym i z nawiedzeniem obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. W naszej parafIi odbywały się zawsze bardzo uroczyste procesje Bożego Ciała. Gdy byłem proboszczem, w jednej z nich uczestniczył kardynał Sebastian Baggio, prefekt kongregacji ds. biskupów, który był gościem arcybiskupa Baraniaka. Kardynał był zdumiony liczbą wiernych uczestniczących w procesji w zwykły, roboczy dzień. Innym gościem był biskup Joachim Ruhuna z Burundii, który zginął później podczas zamieszek w tym kraju. Przyjechał, bo z naszej parafii pracowało w jego diecezji trzech karmelitów i chciał odwiedzić ich rodziny. Z jednym z tych karmelitów, ojcem Janem Kantym Stasińskim, utrzymuję do tej pory kontakty. Procesje chodziły wtedy stałą trasą: Kościelna, Jeżycka, Kochanowskiego i z powrotem Poznańską. Nie mieliśmy zgody na przecinanie ul. Dąbrowskiego, dostaliśmy ją dopiero po 1989 roku. Wtedy zaczęliśmy chodzić najpierw Poznań Włodzimierz Bogaczykską, potem Kochanowskiego, celowo przy komendzie policji, bo tu w latach PRL ludzie ginęli i byli katowani, i wracaliśmy ul. Dąbrowskiego. W pierwszym roku na budynku komendy nie było ani jednej flagi. Przed kolejną procesją zadzwoniłem do komendanta policji i powiedziałem, że wszyscy parafianie są oburzeni, bo to jedyny nie udekorowany budynek na trasie procesji. Od tego czasu flagi są WYWIeszane. Komendę na Kochanowskiego poznałem po rekolekcjach kapłańskich we wrześniu 1953 roku. Zostałem wtedy wezwany na przesłuchanie. Cytowali mi całe fragmenty nauk rekolekcyjnych, pewnie je nagrywali. Funkcjonariusz UB pytał mnie, czy to słyszałem i co na ten temat sądzę. A nauki głoszone przez zakonnika rzeczywiście były bardzo ostre. Przy łagodniejszych fragmentach starałem się tak je wytłumaczyć, aby nie miały wydźwięku antypaństwowego, przy ostrzejszych mówiłem, że nie słyszałem. To bardzo tego ubeka zdenerwowało i krzyknął: - To jak słuchaliście tego kazania? Odpowiedziałem mu też per wy: - Jak wy pójdziecie do kościoła, to też część kazania usłyszycie, a na części przyśniecie. I mnie puścili. Procesje Bożego Ciała to była jedna z nielicznych okazji, żeby zobaczyć potomków Bambrów w ich ludowych strojach. Przed wojną ludzi w takich strojach można było czasem spotkać na ulicach, po wojnie już tylko na procesjach. Kiedy miasto Bamberg w latach 70. obchodziło 1000-lecie istnienia, jako proboszcz tej parafii dostałem zaproszenie od tamtejszych władz. Proponowali przyjazd, na ich koszt, z grupą parafian w strojach bamberskich. Zwróciłem się z prośbą do Wydziału Konsularnego Ministerstwa Spraw Zagranicznych o wydanie paszportów. Dostałem odpowiedź ustną z Urzędu ds. Wyznań, że niemiecka prasa napisze, że w Poznaniu chodzi się jeszcze w strojach niemieckich. I pozwolenia nie dostaliśmy. Przez te wszystkie lata zawsze coś remontowałem - odnowiliśmy prezbiterium, boczne nawy, poprzeczne, witraże. Założyłem centralne ogrzewanie w budynkach parafialnych. Kiedyś biskup Etter zapytał mnie, kiedy odbuduję zburzoną w 1945 roku wieżę. Znałem opinię poprzedniego proboszcza, ks. Lewandowskiego, dobrego znawcy architektury sakralnej, więc odpowiedziałem, że nigdy. O tym trafieniu pociskiem artyleryjskim można powiedzieć: o felix culpa, o szczęśliwa wino. Bo dopiero teraz kościół ma właściwą romańską wieżę. Poprzednia wieża wywierała pruskie piętno na tym kościele. Zbliżały się moje 70. urodziny, ajednocześnie wielkimi krokami nadchodziło 100-lecie parafii. Wiedziałem, jaki to ogromny wysiłek, bo sam organizowałem uroczystości 75-lecia. Dlatego złożyłem rezygnację u księdza arcybiskupa, bo wiedziałem, że tutaj musi przyjść jakiś młodszy proboszcz. Arcybiskup Stroba zdziwił się, bo mogłem jeszcze pięć lat pełnić tę funkcję w zgodzie z prawem kanonicznym. Ale argument o 100-leciu go przekonał. Pytał mnie o kandydata na następcę. Pierwszego odrzucił, drugiego podobnie. Wtedy powiedziałem, to może ksiądz arcybiskup sam wybierze. Byłem szalenie uradowany, że wybrał mojego byłego wikariusza księdza Romana Kubickiego, bo to był jeden z najlepszych moich wikariuszy, a miałem ich 33. Ja sam go nie zgłosiłem, bo był wtedy ojcem duchownym w seminarium i sądziłem, że nie ma szans na nominację. I wyszło to najlepiej, jak być mogło. Nowego proboszcza nazywam Romanem Odnowicielem. Jest nie tylko wspaniałym duszpasterzem, ale i dobrym gospodarzem. Przeprowadził remont całego kościoła - zabytkowych polichromii, posadzki, dachu, ołtarzy, ambony, organów. Świątynia wygląda naprawdę pięknie. Aja od 1992 roku nadal służę parafii, jak mogę. Odprawiam msze Św., spowiadam, nieraz głoszę kazania. Mieszkam przy kościele, w którym zostałem ochrzczony, gdzie odprawiłem swoją pierwszą mszę św. i gdzie przez 24 lata byłem dziesiątym z rzędu jeżyckim proboszczem. W RYTM WEJMANOW SWIAT SIĘ KRĘCI DANUTA KsIAŻKIEWICZ-BARTKOWIAK Z nany w całej Polsce sygnał dźwiękowy audycji Lato Z radiem po raz pierwszy zabrzmiał na poznańskich Jeżycach. Nagrano go w Wytwórni Płyt Gramofonowych Marii i Mieczysława Wejmanów przy ul. Kościelnej 17. Maria Wejman urodziła się w Dortmundzie w Niemczech w 1916 roku. Matka Marii, Weronika Majewska z domu Piechocka, pochodziła z Mokrza k. Wronek, a ojciec Ignacy ze Strzelna na Kujawach, gdzie dziadek Marii zbudował dom. Ignacy miał dwójkę rodzeństwa - starsza siostra wyszła za Niemca i opuściła rodzinne strony, a młodszy brat zginął w 1914 roku, zaraz na początku I wojny światowej. Rodzice poznali się na terenie Niemiec, gdzie Weronika była pielęgniarką w szpitalu dziecięcym. Tam urodziła się dwójka starszych dzieci państwa Majewskich - Maria i jej dwa lata starszy brat Aleksander. W 1917 roku ciężko zachorowała matka Weroniki i niespełna roczna Maria z matką wróciły do Mokrza. Rok później do wolnej już Polski wrócił także Ignacy z synem i cala rodzina przeniosła się do Zamościa, wioski leżącej niedaleko Wronek, ale po drugiej stronie Warty. Tu ojciec Marii malował kościoły. Miał opinię dobrego fachowca do czasu, kiedy oddał chorą żonę w ręce miejscowego znachora, nazywanego przez ludzi "cudownym doktorem", który ją wyleczył. Ksiądz nie mógł się pogodzić z taką zniewagą. Za wejście z diabłem w spółkę Ignacy stracił pracę. Musiał zostawić na wpół wymalowany kościół we Wronkach i nikt go już później nie chciał zatrudnić. Dobrze zapowiadająca się kariera i związane z nią plany na przyszłość legły w gruzach. W 1926 roku wyjechał więc do Niemiec, do siostry, w poszukiwaniu pracy. U dziadków w Mokrzu pozostawił żonę i trójkę dzieci, dziesięcioletnią już wówczas Marię, jej brata i młodszą siostrę Helenę. Wtedy Maria widziała ojca po raz ostatni. Niecałe dwa lata potem Ignacy zmarł. Dla rodziny Majewskich zaczęły się teraz ciężkie czasy. Żyli z renty dziadka, Weronika dorabiała, robiąc na drutach, a i tak trudno im było związać koniec z końcem. W 1932 roku Maria przyjechała do Poznania. Zamieszkała u starszej siostry swej przyjaciółki szkolnej w Junikowie. Maria miała wtedy niespełna szesnaście lat. W miejscowej gazecie znalazła ogłoszenie, że firma Wejman, mieszcząca się przy ul. Kościelnej 17, poszukuje ludzi do pracy. Zgłosiła się i została przyjęta. Konstanty i Wiktoria Wejmanowie przyjechali do Poznania z Łodzi. Konstanty pracował tam w jednej z największych w ówczesnej Europie fabryk włókienniczych, tzw. Widzewskiej Manufakturze. Kiedy zaczynał pracę w biurze firmy, częstym gościem był tam pewien Żyd o nazwisku Kon [Kohn?]. Przychodził z czapeczką pod pachą po tzw. końcówki, czyli odrzucone kawałki płótna. - Pracowało tam wtedy razem z moim teściem kilku kolęgów _ opowiada Maria. _ Kpili sobie A L We r o fi i k a M a i e w s k a < fi a t k a M a r i i Z tego Żydka niemiłosiernie. A teściowi było go żal. Brał go do magazynu i dawał mu zawsze te końcówki. Po paru latach na walnym zgromadzeniu firmy pan Kon okazał się być właścicielem 50 proc. akcji fabryki. Nie wiadomo, czy wzbogacił się na otrzymanych od Konstantego końcówkach, faktem jest, że zwolnił wszystkich jego kolegów, a Wejmana awansował. Do Poznania Wejmanowie przybyli w 1 pol. lat 20. Mieli już wówczas trójkę dzieci - urodzonego w 1907 roku Mieczysława, trzy lata młodszą Helenę, zwaną w domu Lusią, i Władysławę, Dziunię, która przyszła na świat w 1918 roku. Początkowo mieszkali w kamienicy przy ul. Poznańskiej, na narożniku ul. Kochanowskiego, na ostatnim piętrze. Ulubioną zabawą młodych Wejmanów było przełażenie z okna do okna po wąskim gzymsie okalającym kamienicę na tej wysokości. Kiedyś podczas tych akrobacji przyuważyła ich wracająca z zakupów matka, co zakończyło się utratą przytomności. Jak omdlenie Wiktorii wpłynęło na dzieci - o tym rodzinne kroniki Wejmanów milczą. Konstanty Wejman pracował wtedy w Zjednoczeniu Producentów Rolnych, a jego syn Mieczysław po ukończeniu gimnazjum Bergera, bo z "Marcinka" wyrzucono go za wagary, podjął studia na dwóch kierunkach jednocześnie Danuta Książkiewicz- Bartkowiak Ryc. 2. Konstanty i Wiktoria Wejmanowie - na chemii i ekonomii. Kiedyś Konstanty udał się w sprawach służbowych do pewnego majątku. Miał wytłumaczyć właścicielowi zasady prawidłowego księgowania. Lokaj zawiadomił swego pana, że przyjechał pan Wejman z Poznania. Wtedy z sąsiedniego pokoju usłyszał słowa: Ja trawię, niech poczeka pół godziny. - To go strasznie zabolało - wspomina Maria. - Przyjechał do domu i opowiedział synowi, jak go potraktowano. Być może to wydarzenie spowodowało, ze gdy Mieczysław zaproponował ojcu założenie własnej firmy, Konstanty się Pierwszą siedzibą firmy Wejmanów był dzierżawiony lokal przy ul. Dominikańskiej, gdzie produkowali płachty siewne dla rolnictwa. Po roku doszli do wniosku, że cały interes jest dokładnie tyle samo wart, ile w niego włożyli na początku. Wtedy postanowili kupić dużą parcelę przy ul. Kościelnej 17 na Jeżycach u wylotu ul. Wąskiej. Parcela zajmowała rozległy, wąski i długi teren, okolony częściowo murem a częściowo drewnianym płotem, od południa graniczący z okazałą, stojąca do dziś kamienicą przy ul. Kościelnej 15. Kamienica należała do państwa Zandeckich. Właściciele zajmowali jedno z większych mieszkań, a resztę wynajmowali. Starsza pani Zandecka pomagała później Marii w prowadzeniu domu. W domu obok, pod numerem 13, na parterze, od niepamiętnych czasów był zakład szewski, do którego Wejmanowie nosili buty do reparacji. Przed wojną właścicielemzakładu był Stanisław Mądrecki, a po wojnie jego syn - Zdzisław, który naprawia buty mieszkańców Jeżyc do dzisiaj. Od północy parcela Wejmanów sąsiadowała z rozlewnią piwa. Zaraz po wojnie ją upaństwowiono, ale jeszcze długo potem po okolicy walały się resztki drewnianych beczułek. W zachodnim krańcu działki znajdował się wspaniały sad, w którym rosły okazałe drzewa, a między nimi krzewy malin i rzędy truskawek. - Takich gruszek, jakie tam rosły, nie jadłam już nigdy potem - wspomina Maria. Konstanty, gdy tylko czas na to pozwalał, szedł do ogrodu i pielęgnował swoje drzewa. Bliżej ul. Kościelnej poprzedni właściciel pobudował stajnie dla koni, a na podwórzu trzymał wozy służące do wywozu śmieci. Od frontu stał szachulcowy budynek, postawiony jeszcze W ubiegłym R Y c. 3. Mieczysław Wejman z siostrami, fot. z lat 20. Ryc. 4. Pose a przy ul. Kościelnej 17, fot. z lat 30., obok wozu stoi Maria Danuta Książkiewicz- Bartkowiak Ryc. 5. Kapliczka z figurą św. Wawrzyńca, wzmeSlona w 1827 r., stojąca na posesji Wejmanów. Fot. H. Kalwaryjski, lata 20wieku, a obok kapliczka z figurą św. Wawrzyńca. Ta kapliczka była zresztą później częstą przyczyną konfliktów między Wiktorią Wejman i miejscowymi parafianami, którzy przychodzili tu w procesji z pobliskiego kościoła i śpiewali nabożne pieśni. - Teściowa była wyjątkowo silną osobowością, kategoryczna i zdecydowana stanowiła przeciwieństwo dobrodusznego i nieco naiwnego męża - wspomina pani Maria. - Kiedy głośny śpiew zaczynał jej przeszkadzać, nie wahała się wyrzucić spod swoich okien zbyt gorliwych, jej zdaniem, wiernych. Po prawej stronie posesji, patrząc od ul. Kościelnej, Wejmanowie zbudowali piętrowy dom mieszkalny i przeprowadzili się tutaj, opuszczając lokal przy ul. Poznańskiej, w którym spędzili pierwsze lata swego pobytu w Poznaniu. Na tej parceli Konstanty i jego żona założyli firmę działającą pod szyldem Wytwórnia Płócien Nieprzemakalnych Konstanty Wejman. W budynku od frontu umieszczono snowadło, gdzie zakupioną wcześniej przędzę nawijano na duże wały, tam również, tyle że od podwórza, znajdowało się laboratorium, w którym przeprowadzano stosowne doświadczenia i testowano nowe rodzaje odczynni Ryc. 6. Wiktoria i Konstanty przed swoim domem przy ul. Kościelnej 17, fot. z lat 50. ków służących do impregnacji płótna. Prowadzono tu również próby na ścieralność materiału, do czego służyła specjalna maszyna. W połowie działki, w dużym budynku sąsiadującym z ogrodem Konstanty zorganizował warsztat tkacki. Stało tu rzędami kilkanaście maszyn. Między budynkiem frontowym i warsztatem tkackim znajdowały się szopy, w których farbowano, impregnowano i suszono gotowe materiały. Ostatni etap produkcji odbywał się w niewielkim budynku stojącym za domem Wejmanów - tu znajdowała się szwalnia. Obok suszarni miał swą stajnię koń Max, który przez wiele lat ciągnął wóz załadowany belami impregnowanego płótna na dworzec kolejowy, skąd rozwożono je do odbiorców w kraju. Całość produkcji szła na potrzeby wojska, do wyjątków należały prywatne zamówienia na namioty czy plecaki. W frrmie Wejmanów produkowano wówczas przede wszystkim obroczniaki i składane wiadra impregnowane dla kawalerii, peleryny wojskowe i worki przeznaczone do transportu wojskowej bielizny. W tym czasie Konstanty podpisał kilka weksli, których dłużnicy nie spłacili. Był bliski załamania. Mieczysław przerwał więc studia, chociaż do ukończenia chemii pozostał mu już tylko rok, i przejął kierowanie frrmą. Jeździł po jednostkach wojskowych w całej Polsce, prezentował swoje produkty i zbierał zamówienia. Pieniędzy nie mieli wtedy na nic. - Nie było ich nawet stać na zatrudnienie wozaka, któryby woził gotowe wyroby na dworzec - wspomina Maria. - Maksa już wtedy nie było, więc pracownica ciągnęła stary wóz, a Mięciu go pchał. Opowiadał potem, że koledzy ze studiów odwracali głowy. Im było nieprzyjemnie i jemu też. Danuta Książkiewicz- Bartkowiak Po kilku latach ciężkiej pracy firma zaczęła znakomicie prosperować. Mieczysław wymyślił kilka nowych rodzajów impregnacji. Zamontował w laboratorium specjalne urządzenie, które - działając z dużą siłą na materiał - testowało przepuszczalność tkaniny. Osiągali znakomite rezultaty - produkowane przez nich impregnaty odznaczały się wyjątkową wytrzymałością. Zamówień było coraz więcej, bo produkty Wejmanów słynęły z doskonałej jakości i niezawodności. Pewnie właśnie wtedy wśród pochylonych nad maszynami dziewcząt Mieczysław dostrzegł młodziutką Marię. Maria pracowała u Wejmanów po kolei na wszystkich możliwych stanowiskach. Zaczynała w warsztacie tkackim na skręcarce, dwunastometrowej maszynie, której trzeba było bezustannie pilnować i łączyć zerwane nici. Zastąpiła na tym stanowisku siostrę swego przyszłego męża Lusię. Była inteligentna, szybko się uczyła, a do tego wyrosła na piękną, pełna uroku i radości życia kobietę. Nic więc dziwnego, że spodobała się synowi właścicieli. Nie uszło to uwagi Wiktorii Wejman, kobiecie, jak pamiętamy, surowej i z zasadami, która uważała, że jedyny syn i spadkobierca firmy powinien znaleźć żonę posażną i z dobrego domu. Tymczasem Maria poza urodą i błyskotliwym umysłem nie mogła nic więcej wnieść w posagu, trudno się zatem dziwić, że nie znalazła uznania w oczach przyszłej teściowej. W 1936 roku zmarła Weronika Majewska, matka Marii. - To była dla mnie straszna tragedia - wspomina Maria. - Wtedy mój przyszły mąż powiedział do mnie: Marylka, ja ci obiecuję, że będę zawsze przy tobie. Sprzymierzeńcem młodych okazał się Konstanty Wejman. Nie wiadomo, czy uległ namowom syna, czy też sam nie pozostał obojętny na niewątpliwe zalety jego wybranki. Dość że postanowił Marii i Mieczysławowi pomóc. W sierpniu 1939 roku w Warszawie odbył się cichy i skromny ślub. Świadkiem był ojciec pana młodego. Wszystko odbyło się w tajemnicy przed Wiktorią, która wyjechała na wakacje. W tym czasie do firmy przyszedł ostatni przed wojną wagon przędzy lnianej. Nie było wiadomo, co z nim zrobić. Wejmanowie dostali wtedy polecenie z wojska, aby przenieść produkcję do COP-u, czyli Centralnego Okręgu Przemysło Ryc. 7. Maria z Dziunią i Lusią, siostrami Mieczysławawego. Ulokowali więc przędzę w magazynach kolejowych przy dworcu, a sami pojechali do Warszawy szukać odpowiedniego miejsca, gdzie mogliby przenieść zakład. Gdy do Poznania wkroczyli Niemcy, w Poznaniu była już tylko Maria. Urodziła się w Niemczech, mówiła po niemiecku, miała stare dokumenty, wydawało się więc, że nic jej nie grozi. Rodzina Wejmanów, jako właściciele zakładu wojskowego, musiała uciekać do Warszawy. Zresztą jeszcze wtedy żyli nadzieją. - Wszyscy mówili: Niemcy dojdą do Warszawy i ich odrzucimy - wspomina dzisiaj Maria. - Prawie nikt nie wierzył w taki rozwój wypadków, jaki później nastąpił. Myślałam, że mąż i rodzice pojadą tam i z powrotem! Na Mieczysława Wejmana Niemcy wydali wyrok śmierci zaraz na początku wojny. Przyjechał do Poznania kilka miesięcy później, w styczniu 1940 roku, pod przybranym nazwiskiem. Chciał zlikwidować firmę. Niektóre maszyny zniszczył, żeby Niemcy nie mogli wznowić produkcji, resztę zapakował do skrzyń i zamówił ciężarówkę, aby wywieźć wszystko do Warszawy i tam sprzedać. Gdy 16 stycznia poszedł do znajomych dowiedzieć się o możliwość przemytu maszyn, Marię z domu wzięło gestapo. Początkowo trafiła do tymczasowego aresztu, który mieścił się w gmachu pruskiej Komendy Policji, w nie istniejącej już kamienicy przy ob. ul. 27 Grudnia przed Teatrem Polskim. Przesłuchiwano ją w Collegium Maius przy ul. Fredry. Tu Maria dowiedziała się, że jej aresztowanie jest wynikiem donosu sąsiada, bogatego gospodarza i właściciela wielu kamienic przy ulicach Kościelnej i Jeżyckiej, który przegra! z Wejmanami kilka procesów Ryc. 8. Maria i Mieczysław Wejmanowie, fot. z lat 40. Danuta Książkiewicz-Bartkowiako hipoteki. Później przewieziono Marię do więzienia przy ul. Młyńskiej, gdzie przesiedziała osiem miesięcy. Dopiero 9 września odbyła się rozprawa, a 12 września Maria znalazła się w klinice na ul. Polnej, gdzie urodziła córkę Joannę. Po dwóch tygodniach razem z dzieckiem przetransportowano ją do Wronek. W jej wspomnieniach z tego okresu żal do losu za stracone bezpowrotnie lata przeplata się z wdzięcznością za prawdziwe serce, które okazały jej niemieckie naczelniczki więzienia, Bawarki. W tym czasie Mieczysław przebywał w Warszawie. Co robił przez pierwsze dwa lata wojny - do końca nie wiadomo. Jakiś czas zajmował się wywoływaniem niemieckich filmów propagandowych w tzw. Propagandaabteilung. Wtedyoglądał kadry, na których Rosjanie witali kwiatami wkraczających do ich miast Niemców. Z klatki schodowej w domu przyjaciół, której okna wychodziły na warszawskie getto, robił zdjęcia umierającym na ulicy Żydom i innym, jeżdżącym rikszami. Później zajął się produkcją dynamitu, do czasu gdy nieświadomy niczego woźnica, myśląc, że rozwozi kostki mydła, dał dwie sztuki pewnemu Niemcowi dla żony do prania. Wiadomości o Marii docierały do niego dzięki ich wspólnej przyjaciółce Hance, która mieszkała w zburzonym w czasie wojny, piętrowym domu na narożniku ulic Kościelnej i Wąskiej, i z którą Maria korespondowała. Po czterech miesiącach pobytu we Wronkach małą Joannę zabrała Hanka i oddała Mieczysławowi. Maria opuściła więzienie dopiero po prawie dwóch latach, w końcu 1941 roku. Już przed wojną Mieczysław myślał o tym, żeby robić filmy. Chciał otworzyć wytwórnię filmową. - Wymyślił sobie, i uzyskał nawet taką obietnicę, że wojsko w patriotycznych filmach będzie za darmo odgrywać sceny batalistyczne - wspomina Kuba Kamiński, wnuk Marii i Mieczysława. - Dziadek miał zresztą zawsze taką trochę artystyczną duszę. Po przyjeździe Marii do Warszawy Mieczysław porzucił myśl o produkcji filmów, ale dalej uważał, że ludzie, niezależnie od czasów i warunków, w których żyją, chcą się bawić. W 1942 roku postanowił otworzyć w Warszawie nielegalną wytwórnię płyt gramofonowych. Najpierw wydzierżawił część dużej hali produkcyjnej. Kupił od handlarzy złomem tłocznie do produkcji płyt i matryce należące w przeszłości do słynnych przedwojennych wytwórni Odeon i Syrena. Poustawiał maszyny, wydrukował etykietki, w kuchni warszawskiego mieszkania prowadził pierwsze próby nagrań z Janem Ciżyńskim. Zbyszek Saskowski, mąż siostry Mieczysława Dziuni, którego ojciec przed wojną pracował w Odeonie, zorganizował fachowców. Stare płyty, z których Wejmanowie produkowali nowe, otrzymywali od zaprzyjaźnionego małżeństwa - starsi państwo przed wojną byli właścicielami firmy produkującej krążki do nauki języków obcych. Zanim produkcja ruszyła, Mieczysława Wejmana, który ukrywał się pod nazwiskiem Kurczewski, aresztowano i osadzono na Pawiaku. Maria została sama z pieniędzmi, które ledwo starczały na dwie wypłaty dla pracowników. Dla niej rozpoczęła się teraz walka z czasem. - Wtedy nauczyłam się palić papierosy - mówi Maria. A papierosów w domu było w bród. Teściowie Marii część pieniędzy za sprzedaży ostatniego przedwojennego wagonu przędzy ulokowali w ekstra płaskich. Pamiętali, że w czasie poprzedniej wojny papierosów brakowało. Maria siedziała więc w domu, paliła i zastanawiała się, czy zdąży wygnieść pierwsze płyty, zanim skończą się pieniądze. Zdążyła. Gdy Mieczysława wypuszczono, płyty Marii cieszyły się już dużym powodzeniem, a do kieszeni Wejma nów zaczęły płynąć pierwsze pieniądze. Wytwórnia tłoczyła takie płyty, jakie były wówczas w obiegu. Wśród nich były nagrania Mieczysława Fogga. Nikt wtedy nie dbał o prawa autorskie i Wejmanowie nikogo o nie nie pytali. Już po wojnie spotkali Fogga w Warszawie. Nie miał do nich pretensji. W 1943 roku warszawski sąsiad Wejmanów, aresztowany za drobny handel i malwersacje, doniósł na nich na policję. Myślał, że w ten sposób wykupi się z ich rąk. Mieczysława i Marię uratował pewien uczciwy człowiek, policjant, który ostrzegł ich przed mającą niedługo nastąpić rewizją. Jeszcze tej samej nocy zapakowali maszyny i urządzenia na dużą ciężarówkę i następnego dnia przewieźli do pomieszczeń przedwojennej fabryki platerów i zastawy stołowej Hempla. Wyposażenie wytwórni zostało potem częściowo zniszczone w czasie powstania warszawskiego. Do końca wojny Wejmanowie nie uruchomili produkcji. Bali się. W 1945 roku cała rodzina wróciła do Poznania. Rodzice do swego domu przy ul. Kościelnej, a Maria i Mieczysław wynajęli mieszkanie w domu Suwalskich, na narożniku dzisiejszych ulic Matejki i Niegolewskich na Łazarzul. Z ich przedwojennej firmy przy ul. Kościelnej Niemcy wywieźli wszystko, co przedstawiało jakąkolwiekwartość. Dom frontowy został zburzony, Niemcy zniszczyli też przydrożną kapliczkę z figurą św. Wawrzyńca. Na szczęście pozostałe budynki ocalały. Mieczysław i Maria ściągnęli z Warszawy maszyny i jeszcze w tym samym roku w pomieszczeniach dawnej Wytwórni Płócien Nieprzemakalnych uruchomili Wytwórnię Płyt Gramofonowych "Mewa". Mieczysław część uszkodzonych urządzeń naprawił sam, niektóre elementy zamówił w zakładach Cegielskiego. Tym razem miała to być w pełni profesjonalna firma, w której nie przegrywano już, tak jak w okresie warszawskim, starych płyt, lecz wydawano autorskie krążki z melodiami nagrywanymi na miejscu. Najpierw na miejscu dawnej szwalni Wejmanowie zbudowali nowy budynek, w którym uruchomili studio nagrań. Tam, gdzie przed wojną znajdowały się warsztaty tkackie, postawili prasę do tłoczenia płyt i urządzenie do szlifowania ich brzegów. Dawne płyty wytwarzano z szelaku, czyli wydzieliny azjatyckich robaczków, zwanych czerwcami łąkowymi. Ale w powojennej Polsce materiał ten był trudno dostępny i ściśle reglamentowany, dlatego zaraz po uruchomieniu firmy Mieczysław i Maria produkowali nowe płyty ze starych krążków, tak jak kiedyś, w Warszawie. Łamano je, podgrzewano, a uzyskaną masę ugniatano jak ciasto. Pod koniec lat 40. otrzymali przydział na tonę szelaku. Surowca było tak dużo, że nie zdążyli go w całości wykorzystać. Początkowo Wejmanowie zapraszali artystów i chóry z całej Polski i proponowali im nagrania. Później, gdy Mewa stała się znana, artyści zgłaszali się sami. Wytwórnia zatrudniała muzyka, który zajmował się techniczną stroną przedsięwzięcia, ale o wszystkim decydował Mieczysław. Organizował najpierw próbne nagrania i rezygnował z takich, które mu nie odpowiadały. Danuta Książkiewicz- Bartkowiakfc«!ai Hoda;a IH-A m Autor *łdw W*«*. 183. Polka x Powliia . aut. ludowa) 05»erc!i SpOo RiOCUta mu 2. . Jiicwa »t>S*ol A PSnoiM«»ifspńł A. V ni 3Ł*a KATALOG PŁYT GRAMOFONOWYCHim. ?03ka rozpychana Czarownica palfc« (mu*, lad«««) Irnui. ludowa) . Et>s(i'i A PiaiSiMsa 1«piig- R CaafAiii - otk. 1. K«. s a Ktwftnfct iiawajiifciie (InlirB - ConnaB Mk. L 8 «dero Ssjuilord - M sł.ai ipiaw« M, Mirska 192. Moja pfosenfca T(fsknota hawajska Ij Ławrusiewics Mit. Ł. M e r a M.MMafu!) {Sie«i-M.MliSkal 193. Amor, amor (G Rai») Zaporami 1*1130 (ESwel- K Wailórtta» 194 Mfinjf pi(fćiCaJm - Styno Rychi«) Che«; o Tobie sapamnieć«dHaidl - OBom)plewa M. Mir.ia rk L. RejJcra pic** M. Mira*» 185. I ziiów nadeszła jesień (KLotu) Dzi(fkuje Ci {Zery»o*r Poioftskij 196 Znalazłam Ci(ffFjJUJniBH Wasf!Wskii POZNAN TwńJ pokój [Steet - ivtcinirj*!! 197. B*iki akordeon (Voss<