OD "KUKUŁKI" DO "KAKTUSA". CO ŚMIESZYŁO I BAWIŁO MIESZKAŃCÓWPOZNANIA? JULIAN MIKOŁAJCZAK W ielu starszych mieszkańców stolicy Wielkopolski do dziś ma w pamięci wzruszające sygnały odradzania się normalnego życia miasta po lutym 1945 roku: pierwsza gazeta codzienna, pierwszy seans filmowy, przedstawienie teatralne, odczyt... N ad Wartę wracali poznaniacy wypędzeni do Generalnej Guberni, wywiezieni na roboty przymusowe do Rzeszy, zamknięci w oflagach i stalagach, w tym wielu twórców kultury: pisarzy, poetów, aktorów, malarzy, muzyków. Zjawiały się też "niespokojne duchy" spod znaku lżejszej muzy, gotowe odradzającemu się miastu przydać nieco uśmiechu i radości. Ale proza ówczesnej egzystencji poznaniaków zdawała się przesłaniać ich potrzeby kulturalne. Któż zresztą miał zająć się "igrzyskami", skoro wielu satyryków, humorystów i kpiarzy, znanych i podziwianych w dawnym Poznaniu, nie przeżyło wojny? Zabrakło prześmiewców ze znanych poznańskich kabaretów "Zdziebko" i "Różowa Kukułka", Klub Szyderców "Pod Kaktusem" utracił Jerzego Gerżabka, Tadeusza Hernesa, Ludwika Pugeta, Tadeusza Plucińskiego, Zenona Kosidowskiego, Stanisława Wasylewskiego... Niektórzy, choć przeżyli, związali swe powojenne losy z innymi środowiskami (Artur Maria Swinarski, Kazimierz Grus, Gwidon Miklaszewski, Jan Sztaudynger). Wielkopolanie "starszej metryki", pamiętający przedwojenne pisemka satyryczno-humorystyczne, które - choć ich żywot był często krótki - ożywiały środowisko twórcze Poznania, w roku 1945 zadawali sobie pytanie, czy znajdzie się tu nowy Roman Wilkanowicz, twórca i redaktor "Pręgierza", autor zbiorów satyrycznych Goździem w slip i Tam i nazod oraz Poznańskiego Kalendarza Humorystycznego? Jednakże chęć powrotu do normalnych warunków życia okazała się silniejsza. Już w parę miesięcy po upadku poznańskiej Cytadeli w Grodzie Przemysława rozległ się ś m i e c h. Zanim stolica Wielkopolski doczekała się pierwszego Julian Mikołajczakpo WOJnIe pisma satyrycznego, rolę "dośmieszacza" społeczeństwa wzięły na siebie kawiarniana estrada oraz łamy prasy codziennej. W czerwcu 1945 roku W skromnej, niezbyt przytulnej sali kawiarni "AS" (E. Jachnikowskiego i A. Fangrata) , z inicjatywy Stefana Sojeckiego i Romana Kołonieckiego rozpoczął Swą działalność Klub Literacki "Kukułka". Tam, gdzie dotąd sączono czarną kawę i konsumowano ciastka, wymieniając miejskie ploteczki, zawitały aktualna satyra, humor i dowcip, zabrzmiała aktualna piosenka lub kuplet, bawiąc i wzruszając skołatanych powojennym życiem poznaniaków. Wkrótce pozyskano do kabaretu nowe nazwiska: reżysera i konferansjera Stefana Drewicza oraz świetnego komika teatrów poznańskich Zenona Laurentowskiego. Obaj panowie przejęli też później kierownictwo scenki. Do grona współpracowników zdołano przyciągnąć poetkę i pisarkę Wandę Karczewską, felietonistę Tadeusza H. N owaka, literata Tadeusza Kraszewskiego oraz raczkującego wtedy na estradzie konferansjera i autora tekstów Bogdana Paluszkiewicza. Prawdziwym odkryciem artystycznym stał się udział w programie Stanisława Strugarka, którego gwarowe monologi o tematyce lokalnej budziły niekłamany aplauz publiczności. Na specjalnych występach dali się poznać bywalcom "Kukułki" zapraszani z innych miast goście, m.in. świetny rysownik Kazimierz Grus, felietonistka Magdalena Samozwaniec, satyryk krakowski Bogdan Brzeziński, komik i parodysta Jan Mroziński, czy aktorka teatrów warszawskich Hanna Skarżanka. Ryc. 1. Tadeusz Henryk Nowak. Rys. NOT (Tadeusz Nowicki). W tym samym mniej więcej czasie poeta i satyryk Stanisław Krokowski "preparował" w poznańskim radiu, wspólnie z Aliną Jarochowską, cykliczną audycję rozrywkową Uśmiech znad Warty. Niesłabnącym powodzeniem u słuchaczy cieszyły się też cotygodniowe gwarowe dialogi SkrzYpczak i Kaczmarek w wykonaniu Stanisława Strugarka i Alfreda Sikorskiego. Radiowa twórczość satyryczna miała wkrótce zaowocować programami Ryszarda Podlewskiego, Stanisława Kamińskiego i Adama Kochanowskiego. Później - w świeżo "narodzonej" telewizji - pojawiły się widowiska rozrywkowe Stefana Mroczkowskiego i Tadeusza Halucha. Ciągoty do twórczości satyrycznej i kabaretowej manifestowało też poznańskie środowisko akademickie. Pierwszy nieformalny kabaret studencki, powstały przy Kole Polonistów działającym na Wydziale Humanistycznym UP, prezentował się z powodzeniem w stołówce "Bratniaka", na spotkaniach środowis kowych, a nawet w dostojnej Auli Uniwersyteckiej. W skeczach i piosenkach przeważała mieszanina przedwojennej tematyki kabaretowej i aktualnych problemów braci studenckiej. Szczytowym osiągnięciem tej grupy było wystawienie Szopki polonistycznej z udziałem luminarzy poznańskiej humanistyki - profesorów Romana Pollaka, Zygmunta Szweykowskiego i Wacława Kubackiego. Studenccy kabareciarze przenieśli się potem do różnych kawiarni, a na horyzoncie akademickiej satyry pojawiła się inna grupa: Akademicki Literacki Klub Artystyczny (ALKA), którego występy dowcipną konferansjerką okraszał młody student Akademii Handlowej.. . Jerzy Ofierski. Bardziej już profesjonalną działalnością wyróżnił się wkrótce teatr studencki Stefana Mroczkowskiego, Ryszarda Podlewskiego i Stanisława Weroniczaka, zdobywając, po gdańskim "Bim-Bomie" i warszawskim STS-ie, trzecie miejsce w Ogólnopolskim Festiwalu Scenek Akademickich. Kontynuacją teatrzyku był powołany do życia w 1957 roku kabaret "Żółtodziób" pod wodzą Stefana Mroczkowskiego. Wcześniej jednak, bo 20 marca 1949 r., odbyła się premiera programu grupy satyryczno-dziennikarskiej "Kpinki i docinki". Fenomenem godnym badań socjologa było nieoczekiwane wręcz powodzenie w gruncie rzeczy amatorskiej imprezy, w czasie której kilku wykonawców wychodziło kolejno na estradę i recytowało z kartki, nie zawsze płynnie, własne teksty. Nie było dekoracji, nie było reżysera, nie było wielotygodniowych prób. Był za to aplauz publiczności ledwie mieszczącej się w sali Akademii Ekonomicznej. Tajemnicę sukcesu stanowiło chyba umiejętne kojarzenie społecznego zapotrzebowania na ten typ rozrywki z aktualnością prezentowanych tekstów, pisanych przez dziennikarzy satyryków. Spontaniczna była reakcja widzów na lekką, dowcipną konferansjerkę Jerzego Ofierskiego, na fraszki Witolda Deglera, na felietony Tadeusza Multańskiego i Juliana Mikołaj czaka. Rewelacyjny Żywy dziennik Józefa Szczublewskiego przerywany był na premierze ponad dwadzieścia razy! Wszystkie te "estradówki" były dobrą okazją do konfrontowania twórczych możliwości autorskich i wykonawczych środowiska poznańskiego. Gromadziły się doświadczenia wielu twórców w niełatwej funkcji "publicznych wesołków". Ostrzono sobie apetyty na kolejne potyczki satyryczne, na wyższym już, profesjonalnym poziomie. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że niezależnie od wzlotów i upadków tej działalności przecierała ona drogę powstałemu po latach" Teatrowi Satyryków". . . R Y c 2 B o g d a n PaluszkieWlCZ. Rys. Tadeusz Nowicki. Julian Mikołajczak A narodził się on we wrześniu 1953 roku z ojca Jerzego Korczaka i matki "Artosu" (czyli Państwowego Przedsiębiorstwa Imprez Artystycznych). Dzieje tej sceny, zasługujące niewątpliwie na oddzielną monografię, były nie tylko urzeczywistnieniem pragnień autorów i kompozytorów spod znaku lekkiej muzy, ale również szczęśliwą okazją do odkrycia wielu talentów wykonawczych spośród miejscowych artystów. Wielu z nich, znanych dotąd jedynie z ról teatralnych, wykazało się wyjątkowymi zdolnościami komediowo-rewiowymi. Pierwsze, składankowe programy "TS" (skecz, monolog, piosenka - połączone konferansjerką) umożliwiły miejscowym autorom i wykonawcom prezentowanie krótkich form estradowo-satyrycznych, skutecznie konkurujących z "importowanymi" ze stolicy numerami. Później scena Jerzego Korczaka, przemianowana na Teatr Satyry, zaczęła lansować repertuar pełnospektaklowy, wystawiając sztuki o mocnym, często szokującym ładunku społecznej i politycznej treści (Merimeego, Apollinaire'a, Machiavellego, Ionesco, Brechta, Swinarskiego, Mrożka...). Jedno jest pewne: działalność tej placówki wycisnęła mocne piętno na kondycji poznańskiego środowiska literacko-artystycznego Poznania lat 50. Po likwidacji Teatru Satyryków wzmogła się tęsknota za scenką małych form estradowych, w których można by było atakować dewiacje życia codziennego, ośmieszać różnego rodzaju niedorzeczności, drwić z "lokalizmów". Tym marzeniom wyszedł naprzeciw powstały w listopadzie 1955 roku kabaret "Koziołki Poznańskie". Premiera spotkała się z gorącym przyjęciem publiki, ledwie mieszczącej się w małej salce Klubu Pracowników Kultury przy ul. Kantaka. Ponurakom wszelkiej maści jeszcze raz dano prztyczka w nos - nie potwierdziły się utyskiwania miejscowych krytyków zarzucających poznańskiej satyrze chroniczną anemię. "Nieślubne dziecko poznańskiej kultury" (określenie jednego z prasowych recenzentów) okazało dowodne znaki czerstwego zdrowia. Widzowie pozytywnie ocenili wysmakowany rodzaj humoru, inteligentny dowcip skeczów, celność satyrycznych "cięć" godzących w bolączki Poznania. Odkryciem "Koziołków" był udział w programie znanego dotąd z łamów prasowych rysownika i humorysty Henryka Derwicha. Jego numer był popisem plastycznej wirtuozerii połączonej z aktualnym dowcipem. Oprawę muzyczną kabaretu zapewniali (i to jak!) dwaj wirtuozi klawiatury: Jerzy Grzewiński - z zawodu inżynier, z zamiłowania i praktyki muzyk i kompozytor, oraz KrzysztofTrzciński, lekarz i pianista (przybrawszy później pseudonim Komeda zasłynął za granicą jako wytrawny twórca muzyki filmowej). * * * W pierwszych powojennych latach dość popularną platformą wypowiedzi satyryków i humorystów była prasa codzienna. Reprezentował ją początkowo jedynie "Głos Wielkopolski", który - zwłaszcza pod egidą red. naczelnego Jana Zegierskiego - umiał dostrzec niebagatelną rolę "lekkich" materiałów, nie tylko jako elementu ubarwiającego gazetę, ale przede wszystkim jako narzędzia krytyki różnego rodzaju negatywnych zjawisk, jakie niosły ze sobą powojenne lata. Szpilami satyry kłuto więc tak rozpowszechnione wtedy schorzenia społeczne,jak biurokracja, mania narad, bezkrytyczne zapatrzenie w Zachód, nadmierna frazeologia ideologiczna, wciąż dokuczliwy "szaber" ziem zachodnich, nadmierna skłonność do napojów rozweselających.. . W latach 50. powstawały nowe tytuły prasowe, w których również doceniano wagę satyry i humoru (" Tygodnik Zachodni" i "Wyboje"). Ale profesjonalną trybunę wypowiedzi znaleźli satyrycy dopiero w powstałym w Poznaniu stałym periodyku " Kaktus" . VVydarzenia czerwca 1956 roku podniosły w całym kraju temperaturę życia politycznego. Zmienił się ton publicystycznych wynurzeń w dziennikach i czasopismach, wzrosła fala polemik i dyskusji w środowiskach artystycznych i literackich. Dokonywano odważnych rozrachunków z przeszłością, wytyczano nowe zadania dla literatury i sztuki. Szpalty prasowe pęczniały od zadziornych, często kontrowersyjnych materiałów. Było więc rzeczą zrozumiałą, że w tym ogólnym ożywieniu ruchu umysłowego nie mogło zabraknąć głosu felietonistów, humorystów i satyryków. W poznańskim środowisku literatów i plastyków poczęła dojrzewać myśl powołania pisma, które, śmiesząc i bawiąc, spełniałoby społeczną rolę "czyszczenia" wszelkich wynaturzeń i niedorzeczności życia społeczno-politycznego regionu. Grono dziennikarzy, satyryków i rysowników rozpoczęło pertraktacje z szefami miejscowych pism, sondowało opinie kompetentnych władz, zastanawiało się nad wydawniczo-redakcyjnymi możliwościami ukazywania się przyszłego periodyku. Sam pomysł powołania poznańskiego pisma satyrycznego znalazł aprobatę i pełne poparcie ówczesnego szefa "Głosu Wielkopolskiego" redaktora Józefa Koneckiego oraz dyrektora Wielkopolskiego Wydawnictwa Prasowego Mikołaja Zabiełły, który podjął finansowe ryzyko całego przedsięwzięcia. 10 marca 1956 r. ukazał się pierwszy numer tygodnika satyryczno-humorystycznego "Kaktus". Spełniło się pragnienie wielu parających się lżejszym rodzajem twórczości autorów - posiadania własnej (choćby ciasnej) trybunyartystycznej wypowiedzi. Wbrew krakaniom różnych "lepiej wiedzących" wyhodowana wspólnym wysiłkiem roślinka nie zwiędła (wzorem jej podobnych w przeszłości), lecz poczęła wzrastać zdrowo, wykazując z każdym tygodniem coraz bujniejszą żywotność. Pod obiecującym, a modnym wtedy, choć "importowanym" z Chin, hasłem: "Niech rozkwitają wszystkie kwiaty", zespół redakcyjny, nieza Ryc. 3. Stanisław Strugarek. Rys. Stanisław Mrowiński. Julian Mikołajczakleżnie od narzucającej SIę w pierwszym okresie problematyki rozrachunkowej, pragnął przede wszystkim zajmować się sprawami miasta i regionu. Ale praktyka szybko wykazała, że bolączki Poznania pokrywały się z mankamentami ogólnopolskimi. Ich rejestr, brzmiący swojsko prawie do dziś, dowodził nieśmiertelności niektórch polskich grzechów. Ich satyryczną "obróbką" zajął się na co dzień kilkuosobowy zespół dziennikarsko-autorski. Poza szefem redakcji Zygmuntem Jabłkowskim (którego później zastąpił Julian Mikołajczak) kaktusowe kolce ostrzyli w miarę skutecznie autorzy celnych wierszy i fraszek Włodzimierz Ścisłowski i Lech Konopiński (sekreRyc. 4. Jerzy Ofierski. Rys. Edmund Mańczak. tarz redakcji), specjalizujący się w tematyce społeczno-politycznej i sprawach damsko-męskich Witold Degler oraz niezrównany w zaskakujących pomysłach felietonista i prozaik Janusz Przybysz. Plastyczną oprawę każdego numeru zapewniał Lech Susicki. Do szerokiego kręgu współpracowników, pilnych "dostawców" wierszy, fraszek, anegdot, aforyzmów, dowcipów rysunkowych, jak również - co było mile widziane - samych tylko pomysłów, należeli zaprzyjaźnieni dziennikarze i felietoniści poznańscy: Tadeusz H. Nowak, Stanisław Krokowski, Janusz Biniek, Wojciech Tyblewski, Magda Strumian, Witold Zegalski, Czesław Chruszczewski, Tadeusz Haluch, Bogdan Paluszkiewicz. Z młodszego pokolenia startowali w "Kaktusie" m.in. Ryszard Podlewski, Stefan Mroczkowski, Adam Kochanowski, Andrzej Napierała, Józef Ratajczak, Ryszard Danecki, Marian Grześczak. Redakcja posiadała stałych "donosicieli" z Bydgoszczy, Wrocławia, Zielonej Góry, Szczecina, Opola, Inowrocławia, Żnina... Pojawienie się na poznańskim rynku prasowym "Kaktusa" ujawniło szerokie pokłady talentów, które dotąd nie miały sprzyjających warunków sprawdzenia się w praktyce. Dotyczyło to zarówno początkujących autorów, czekających na swój życiowy debiut, jak i twórców uprawiających dziedziny nie mające wiele wspólnego z satyrą i komizmem. Dzięki tygodnikowi szansę szerszej wypowiedzi artystycznej znalazło grono plastyków poznańskich, m.in. tryskający silą komiczną swych dowcipów rysunkowych Henryk Derwich czy pełen pomysłów graficznych Stanisław Mrowiński. Czytelnicy podziwiać też mogli perfekcyjneod strony warsztatowej prace Alojzego Krakowskiego, interesujące, niby-techniką drzeworytnicza wykonywane rysunki Zbigniewa Kai, polityczno-aluzyjne grafiki Jerzego Hofmana, lekkie, jakby od niechcenia rzucane na papier szkice Edmunda Łubowskiego czy też dowcipne karykatury Tadeusza Nowickiego (NOT-a). Można zaryzykować twierdzenie, że dzięki "Kaktusowi" w szerszym stopniu mogli ujawnić swoje ukryte dotąd dyskretnie predyspozycje do humoru i satyry poznańscy plastycy: Eugeniusz Rosik, Włodzimierz Bartoszewicz, Józef Kaliszan, Bartłomiej Kurka, Jan Olejniczak, Antoni Rzyski, Jerzy Baszkowski, r' Zygmunt Sałata, Ludomir Kapczyński... Kaktusowymi łamami nie gardzili mistrzowie pędzla i ołówka spoza Poznania: Zbigniew Lengren, Juliusz PuchaIski, Zbigniew Ziomecki, Zbigniew Jujka, Wiesław Fuglewicz, Stanisław Ziarnkowski, Jacek Fedorowicz. Wiele rysunków stanowiło graficzny komentarz do rozgrywających się w Europie i świecie wydarzeń, których w latach 50. nie brakowało. Wysoki artystyczny poziom tych prac ceniony był przez współzałożyciela pisma i wybitnego znawcę dziejów karykatury polskiej Eryka Lipińskiego. Satyra graficzna "Kaktusa" stała się też później tematem pracy magisterskiej Małgorzaty Derwich- Paweli w Instytucie N auk Politycznych UAM w 1988 roku. "Kaktus", wychodzący początkowo (przez 26 tygodni) jako dodatek tygodniowy "Głosu Wielkopolskiego", zanim w pełni usamodzielnił się redakcyjnie i finansowo, siłą rzeczy zajmował się przede wszystkim tematyką Poznania i regionu wielkopolskiego. Sporo miejsca zajmowała problematyka rozrachunkowa, typowa zresztą dla całej ówczesnej prasy, ukazująca otwarcie niechlubne efekty lansowanej przez władze polityki "błędów i wypaczeń". "Kaktus" nie przechodził też obojętnie obok palących problemów kultury, polityki repertuarowej lokalnych placówek teatralnych i muzycznych, plastyki, literatury. U czulony był szczególnie na kwestie wynaturzeń w polityce ekonomicznej kraju, publikując często materiały satyryczne ośmieszające i wykpiwające nieudolność i brak kompetencji naszych decydentów gospodarczych w latach powojennych. Warto przypomnieć, że zapotrzebowanie na satyrę i dowcip polityczny było za czasów PRL dość powszechne. Polska, jak się mawiało, uchodziła za "najweselszy barak w obozie komunizmu". "Kaktus" lansował pozycje ocierające się . , , li . ,,, . , , . Ryc. 5. HenrykDerwich. Autokarykatura. Julian Mikołajczakniejednokrotnie o obwarowane przepisami tabu. Przytoczmy tutaj jeden przypadek, który naraził kierownictwo pisma na poważne perturbacje, w tym również finansowe. W jednym z kwietniowych numerów "Kaktusa" z 1956 roku, pod notatką prasową informującą o zakończeniu egzotycznej podróży do Indii Józefa Cyrankiewicza i o projekcie złożenia przez niego wizyty w Poznaniu, ukazał się rysunek Alojzego KraRyc. 6. Stanisław Mrowiński. Autokarykatura. kowskiego przedstawiający słonia z lektyką, zza kotary której wychylała się ręka w geście przywitania. Obok stał drogowskaz: "Do Poznania", z paroma cyframi, które sugerowały ilość kilometrów z Indii do Polski. Pod rysunkiem widniał napis: "Wkrótce premiera". Każdy uważny czytelnik mógł wyczuć "drugie dno" tej pozycji: cyfry rzekomego drogowskazu przypominały datę wypadków poznańskich w czerwcu 1956 roku, a wyciągnięta ręka była aluzją do przemówienia Cyrankiewicza o "odrąbaniu ręki" wrogom władzy ludowej... Gorzej, że nader domyślnym okazał się również Wojewódzki Urząd Kontroli Prasy. Cały nakład tygodnika został z kiosków wycofany. W nowym wydaniu numeru (co pociągnęło za sobą dodatkowe koszty) zniknęła z rysunku "wyciągnięta ręka" i "kilometry" z drogowskazu. . . Nie stroniąc od tematyki ogólnopolskiej, autorzy poznańskiego tygodnika satyrycznego uważnie obserwowali życie regionu wielkopolskiego, wykorzystując swe spostrzeżenia do satyrycznych cięć i aktualnych żartów. Okazją do takich lokalnych "przepierek" były np. rocznice wyzwolenia Poznania, festiwale kulturalne, targi, zjazdy, jak również informacje o aferach. Kiedy wyszła na jaw finansowo-łapówkarska sprawa w Zarządzie Architektoniczno-Budowlanym, na pierwszej stronie tygodnika ukazał się rysunek poznańskiego Ratusza, a pod nim tekst rozmówki dwóch obywateli miasta: ,,- Słyszał pan? Mają rozebrać Ratusz! - Tak - odpowiada drugi. - Mistrz Quadro nie dał łapówki..." Zdarzające się przypadki podmieniania gatunków mięsa i wędlin przez nieuczciwych handlowców stały się inspiracją do rysunku o takiej treści: sprzedawca dyskretnie zmienia etykietki z cenami wędlin, a obok na ladzie leży książka Darwina O pochodzeniu gatunków... Swego czasu władze miasta wprowadziły w życie zarządzenie pozwalające na sprzedaż wyrobów alkoholowych tylko na kieliszki. Skomentował to autor innego rysunku, przedstawiając mocno już "podciętego" jegomościa przy stoliku, na którym stoi kilkadziesiąt kieliszków z wódką... N a samochodowej platformie - wielka klatka, a za jej kratami facet w więziennym garniturku. Jest nim - jak głosi tablica - "ostatni złodziej mienia społecznego". Au tor rysunku opatrzył go podpisem: "Polska roku 2000"... Przeciwko karierowiczom, wypowiadającym wzniosłe slogany i wykorzystującym pracę innych dla własnych celów, wymierzony był następujący rysunek: dwaj robotnicy uginają się pod ciężarem transportu, na którym okrakiem siedzi typek dzierżący tablicę z hasłem: "Wspólnym trudem podnosimy poziom naszej stopy". "Kaktus" ukazywał się w mieście międzynarodowych targów. Była to sposobność do konfrontowania spraw miasta z... resztą świata. Wykorzystywali to satyrycy, wytykając poznaniakom przesadny i nieuzasadniony zachwyt "wszystkim co z Zachodu", a władzom i instytucjom - sztuczne ożywienie aktywności w okresie handlowej imprezy. Najednym z rysunków pokazany był sklep z wymiecioną doszczętnie ladą: ,,- Czemu u was takie pustki? - pyta klient. Na to sprzedawczyni: - Bo my, proszę pana, wystawiamy na MTP..." Kamyczek do poznańskiego "ogródka" wrzucił przy okazji powrotu z zagranicy fraszkopisarz Witold Degler: Ciekawy obyczajowy rys, kultury znamię: w Brukseli jeden Manneken - Pis, w Poznaniu - w co trzeciej bramie! Bywało, że goście-satyrycy, proszeni przez redakcję o refleksje na temat stolicy Wielkopolski, zostawiali na łamach "Kaktusa" swoje spostrzeżenia. Uczynił to między innymi mistrz fraszki Jan Sztaudynger, pisząc: Nie byłem tu już parę roków, Czas w wydarzenia minąi suty, Już innych macie (Leszków) Proroków I inne pieją Wam Koguty. Aby wyraźnie podkreślić fakt kontynuowania bogatych przecież tradycji satyrycznego piśmiennictwa w Wielkopolsce, tygodnik serwował niemałe dawki twórczości dawnych autorów, współpracowników wychodzących w XIX wieku pisemek satyrycznych. Czytelnik znajdował je w stałej rubryce "Antykwariat satyry", do której co smakowitsze kąski wyszukiwał rozmiłowany w szperactwie kolekcjoner, redaktor Władysław J. Ciesielski. A były to nieraz starocie, które mimo upływu dziesiątków lat nie zatraciły rumieńców aktualności, jak chociażby fraszka Antoniego Góreckiego z 1905 roku: Niech jeszcze jedno dobre niebo w tym Polskę obdarzy, By miała mniej krytyków, a więcej pisarzy. Bo w naszym gospodarstwie podobieństwo mają: Jeszcze drzewa nie wzrosły, a już wycinają... "Kaktus", mający ambicje pisma ogólnopolskiego, musiał uwzględniać również przykłady światowej i polskiej twórczości komicznej i to różnych epok. Dlatego też przypomniane zostały czytelnikowi nieśmiertelne wersety Sztuki kochania Owidiusza z pięknymi ilustracjami Marii Tarskiej czy Myśli o miłości Stendhala w tłumaczeniu Boya-Żeleńskiego. W twórczości naszych luminarzy pióra redakcja wynajdywała nurty pisarstwa satyrycznego. Wielka literatura rzadko się obywa bez tego elementu. Tak jest na przykład ze spuścizną Cypria Julian Mikołajczak na Kamila Norwida. W jego różnorodnej twórczości splatają się ze sobą w sposób harmonijny elementy głębokiego, wyrafinowanego intelektualnie liryzmu z nurtem aluzyjnej satyry czy komizmu. Dowodzi tego chociażby wydrukowany w "Kaktusie" fragment wiersza pod tytułem Memento: Tak więc między i tchnieniem a Zachodem Rzekłem... i wyrżnąć myśliłem na dębie Rym... i umieścić nazwisko pod spodem, Kaligraficznie - tudzież: dwa gołębie Albo kotwicę, by wielki historyk Wspomniał, że będąc tu... miałem scyzoryk. Pozyskiwanie coraz liczniejszego grona odbiorców odbywało się na starej, wypróbowanej w dziennikarstwie zasadzie: chcesz zdobyć czytelnika, pisz o nim. Stąd też zespół redakcyjny znaczną część energii i czasu poświęcić musiał problematyce lokalnej i modnej wówczas "satyrze adresowanej". Nie ograniczając się terenowo do Poznania, tygodnik stopniowo rozszerzał krąg tematycznych zainteresowań o miejscowości i środowiska wielkopolskie, penetrując później kolejno inne miasta wojewódzkie i regiony. Swe strony miały w "Kaktusie": Bydgoszcz, Trójmiasto, Zielona Góra, Wrocław, Łódź, Szczecin... Odpowiednie materiały zdobywała złożona z satyryków ekipa "reporterska". Zagęszczona dawka notek, wierszyków, fraszek i dowcipów rysunkowych wyraźnie adresowanych do określonego "miejsca na mapie", musiała wzbudzić zainteresowanie mieszkańców danego miasta, wsi, zakładu pracy, środowiska. Owocowało to zwiększoną sprzedażą tygodnika. Dużą rolę w pozyskiwaniu nowych przyjaciół odegrały często organizowane wieczory autorskie i spotkania z czytelnikami w świetlicach, domach kultury i bibliotekach. Do "Kaktusa" pisywali dziennikarze i felietoniści z innych miast Polski: Zbigniew Becker z Bydgoszczy, Bruno Brożyniak z Wrocławia, Zofia Chajnowska Ryc. 7. Lech Konopiński. Rys. Stanisław Mrowiński. i Zbigniew Szydłowski z Zielonej Góry, Jerzy Karpiński, Jerzy Jasiński i Władysław Wojciechowski ze Szczecina, Leonard Turkowski z Bartoszyc, Leonard Wallicht z Inowrocławia, Bogumił Wyszomirski z Opola, Janusz Księski ze Żnina. Robocze więzi zostały nawiązane z czołowym moskiewskim pismem satyrycznym "KrokodiI" , którego autorzy byli też drukowani na łamach poznańskiego pisma. W wyniku wizyty szefa "Kaktusa" w redakcji zaprzyjaźnionego pisma, . . . przez peWIen czas wymIenIano nawet teksty. Miłe stosunki łączyły "kaktusowców" z gruzińskim pismem satyrycznym "Niangi" i jego szefem Elgudża Magradze. W przeglądzie humoru zagranicznego często ukazywały się dowcipne rysunki z berlińskiego "Eulenspiegel", czeskiego pisma "Dikobraz" i węgierskiego "Ludas Maryj". * * * W trzecim roku istnienia na rynku prasowym Poznania "Kaktus" zdążył już na dobre zadomowić się w świadomości jego mieszkańców, prezentując wyrównany poziom artystyczny tekstów i prac graficznych. Ponad 40-tysięczny nakład zapewniał mu (przy dwóch etatach redakcyjnych!) znośną opłacalność. I w takim właśnie momencie jego ponadtrzyletni żywot został przerwany w sposób administracyjny przez centralę RSW "Prasa" w Warszawie. Decyzję motywowano "trudnościami na rynku papierniczym". Redakcji nie postawiono żadnych zarzutów merytorycznych, nie raczono nawet wysłuchać argumentów zespołu, likwidację pisma "załatwiono" wysłaniem lakonicznej depeszy teleksowej... Jakby "na pocieszenie" pozwolono jeszcze przez następnych kilka miesięcy egzystować pismu w charakterze części składowej centralnego tygodnika" Szpilki" (za redakcji Arnolda Mostowicza). W zamierzeniu autorów tego niefortunnego pomysłu leżała chęć skaptowania kaktusowych czytelników do grona odbiorców centralnego organu satyrycznego. Praktyka zaprzeczyła tym rachubom. Wraz z ostatnim, 174. numerem "Kaktusa" (z datą 30 czerwca 1960 r.) nie ustała nagle - co zrozumiałe - twórczość poznańskich satyryków i rysowników. Niektórzy z konieczności powrócili na łamy prasy, w tym również poza poznańskiej, inni podjęli współpracę z radiem, a później - z telewizją. Likwidacja jedynego po wojnie - jak dotąd - periodyku satyrycznego w Poznaniu była przykładem zabiurkowej decyzji ówczesnych decydentów, przejawem kompletnego nieliczenia się z potrzebami czytelniczymi poznańskiego regionu i nieznajomości realiów miejscowego środowiska twórczego. "Kaktus" nie Julian Mikołajczak podobał się władzy, bo... miał kolce. Jakże słusznie brzmi więc aforyzmA. M. Swinarskiego: "Bóg stworzył poetów, by człowiekowi żyło się lżej. Ale żeby mu nie było za dobrze, stworzył też satyryków..." Jedyną, choć nie w pełni udaną próbę "reanimacji" pisma satyrycznego w Poznaniu podjął Lech Konopiński, który w marcu 1991 roku przystąpił do wydawania (własnym sumptem!) dwutygodnika "Pyra". Pismo zamieszczało felietony, wiersze satyryczne, fraszki, aforyzmy. W ich treści odbijały się problemy lokalnego środowiska, choć niektóre pozycje odwoływały się też do spraw ogólnoludzkich. Nowością było wprowadzenie na łamy poszukiwanych przez czytelnika form magazynowych (piosenki, sylwetki estradowców, ciekawostki kulturalne, krzyżówki). Pisemko, po wydaniu sześciu numerów, przestało wychodzić. Przypomnienie w tym szkicu niektórych faktów na temat twórczości satyrycznej i rozrywkowej w Poznaniu oraz jej odbioru przez poznańskie społeczeństwo niechaj da świadectwo niesłuszności lansowanej tu i ówdzie tezy o rzekomym braku poczucia humoru mieszkańców Wielkopolski. Istnieje wiele dowodów na to, że potrafią oni cenić wartość żartu i rozrywki. Że umieją nie tylko solidnie pracować, ale również szczerze śmiać się i bawić.