DZIECIŃSTWO PRZY SCHARNHORSTSTRASSE EINUNDZWENZIG WOHNUNG ZWEI (BOGUSŁAWSKIEGO 21 MIESZKANIE 2) LECH TRZECIAKOWSKI B ędąc urodzonym jeżyczaninem, część okupacji hitlerowskiej spędziłem na Łazarzu. Moja rodzina, ojciec Marian, matka Stefania de domo Dębicka i siostra Danusia, znalazła się na Łazarzu na skutek przesiedleń, jakich dokonywał okupant. W chwili wybuchu II wojny światowej mieszkaliśmy bowiem przy ul. Staszica 10 m 4. Celem władz niemieckich było zgermanizowanie Poznania, jako stolicy Warthegau, i całej prowincji do 1949 roku, przez osiedlenie tu licznej ludności niemieckiej. Sprawa była pilna nie tylko ze względu na dalekosiężne plany. Gwałtownie trzeba było znaleźć miejsca dla ok. 70 tys. Niemców, którzy w wyniku układów niemiecko-estońskich i niemiecko-łotewskich z października 1939 roku mieli być przesiedleni do Rzeszy. Wielkopolskę wyznaczono jako główny teren osiedleńczy dla Niemców przybywających z krajów bałtyckich, których potocznie nazywano baltokami (Baltendeutsch). Władze okupacyjne podjęły więc na wielką skalę akcję przesiedleń ludności polskiej. Podczas straszliwie ciężkiej zimy 1939/40 tysiące poznaniaków zostało wysiedlonych do Generalnej Guberni. Naszą rodzinę na szczęście ominął ten los. Jednak w 1940 roku władze uznały, że również ul. Staszica, ówczesna Moltkestrasse, nadaje się do zasiedlenia ludnością niemiecką. Pewnego dnia wkroczyła do naszego domu komisja, której przedstawiciele - rzecz jasna Niemcy - oświadczyli, że będziemy musieli w najbliższym czasie opuścić mieszkanie. Wkrótce rodzice otrzymali odpowiednie pismo o wysiedleniu ze wskazaniem innego mieszkania i tak rozpoczął się nasz okupacyjny eksodus, trwający kilka lat. Początkowo znaleźliśmy się na ul. Kościelnej 3. Mieszkanie, jakie nam przydzielono, było przestronne i słoneczne. Bez trudu znalazło się miejsce dla mebli i biblioteki, a szczególnie mojej ulubionej sekretery biedermeier, oczywiście wówczas nie miałem pojęcia, że tak się nazywa. Ekscytowała mnie tajemniczymi szufladkami i skrytkami. Chyba od tego czasu datuje się moja słabość do zabytkowych mebli. Na razie uratowało się też pianino, nad którym Lech Trzeciakowskizawisł tradycyjnie portret Ignacego Jana Paderewskiego. Po kilku miesiącach władze niemieckie znów uznały, że zajmujemy mieszkanie, które bezwzględnie musi zostać przyznane ich rodakom. Przydzielono nam kolejny lokal, tym razem na Łazarzu, który od kwietnia 1940 roku nosił wdzięczną nazwę Hermannstadt, przy Scharnhorststrasse 21 Wohnung 2 (dziś Bogusławskiego). Tak zaczęły się moje łazarskie czasy. Miałem wtedy niecałe dziewięć lat. Dom, w którym zamieszkaliśmy, pochodził z okresu międzywojennego. Mieszkanie mieściło się na wysokim parterze. Okna wychodziły na podwórze, skąd rozciągał się widok na wille i domy wtopione w otaczające je ogrody. Standard tego mieszkania był bardzo przyzwoity. Składało się ono z pokoju, kuchni, łazienki i małego Ryc. 1. PielWszoklasista, wrzesień 1938 rok pokoiku bez okna. Mowy nie było, abyśmy mogli zmieścić wszystkie meble. Ofiarą padła sekretera, jadalnia, część biblioteki. Znalazły one schronienie w jakiejś przybudówce mieszczącej się tam, gdzie dziś znajduje się dom studencki "J owita". Kolejny raz zawieruchę przetrwało pianino, do którego bardzo przywiązana była moja mama. Lubiła grać sentymentalne szlagiery i pieśni włoskie. Jeszcze dziś bez trudu mogę zanucić takie melodie, jak "Mały biały domek", "Gdy zakwitną w maju białe bzy", "Całuję Twoją dłoń, Madame" i szlagier, który bardzo mi przemawiał do wyobraźni, a którego tytułu nie pamiętam, ale utkwiły w mojej pamięci pierwsze jego słowa: "Wrócisz po wielu, wielu latach, zastaniesz pokój w kwiatach, jak gdyby nigdy nic". Zawsze starałem się sobie wyobrazić ten pokój w kwiatach. Gdy słyszę tę melodię, zawsze widzę oczyma duszy muzyku. . ]ącą 1 nucącą mamę. Jak za dawnych dobrych czasów nad pianinem wisiał portret Ignacego Jana Paderewskiego, który był ozdobą salonu przy ul. Staszica. Dom ze względu na swój przyzwoity standard był zamieszkały nie tylko przez Polaków, ale również Niemców, przesiedleńców z krajów bałtyckich. Dzieci w tym domu nie było wiele. Bawiliśmy się głównie na podwórzu, ale i na ulicy, aczkolwiek, o czym za chwilę, nie było to całkiem bezpieczne. Zabawy podwórkowe to skakanka albo gra w bejmy (pieniądze). Polegała ona na zręcznym uderzeniu monetą o ścianę, tak, by padła ona jak naj dalej. Kolejny gracz, uderzając swoją, starał się, aby znalazła się ona najbliżej monety przeciwnika. Gdy odległość między monetami była mniejsza niż rozstawione palce dłoni, wchodził w jej posiadanie. Uprawianie tej gry wymagało, rzecz jasna, posiadania pewnych funduszy, którymi dysponowałem dzięki skromnemu kieszonkowemu, jakie otrzymywałem od rodziców. Niewiele było można za nie kupić. Cukierki i ciasteczka były nieosiągalne. Czekolada była tylko wspomnieniem. Do głowy mi nie przychodziło, aby kupować żołnierzyki i bawić się nimi, byli to bowiem niemieccy wojacy. Sam wykombinowałem sobie grę wojenną, w której to niezmiennie wygrywali Polacy. Niewielkie kieszonkowe wydawałem głównie na znaczki pocztowe, których, jak większość chłopców w tym wieku, byłem namiętnym zbieraczem. Kupowałemje na poczcie bądź w sklepie filatelistycznym, który mieścił się na pierwszym lub drugim piętrze przy ul. Fredry l. Prowadził go starszy pan, Niemiec. Z domem tym wiąże się i inne wspomnienie. Jeszcze zajeżyckich czasów jesienią 1939 roku byłem z mamą w mieście. Byłem ubrany w płaszczyk z srebrnymi guzikami, taki bowiem obowiązywał w prywatnej szkole powszechnej prowadzonej przy Gimnazjum i Liceum Brunona Czajkowskiego przy ulicy Mylnej (dziś Strzałkowskiego), gdzie do wybuchu wojny pobierałem nauki, kończąc pierwszą klasę. N a głowie miałem stosowny berecik. Przechodziliśmy ul. Fredry. Wprost na nas biegł młodzieniec ubrany w płaszcz gimnazjalisty i czapkę z niebieskim otokiem. Przebiegając obok nas, zawołał: "Kolego, proszę uważać, łapanka!" Na te słowa rzuciliśmy się z mamą do sieni domu przy Fredry l. Byłem głęboko poruszony nie łapanką, ale słowami gimnazjalisty, który zwrócił się do mnie per kolego. Rozpierała mnie duma. Wróćmy jednak na Scharnhorststrasse. Wśród naszych podwórkowych koleżanek była Niemka Ursula, nasza równolatka. Jej rodzice, państwo Reiners, mieszkający piętro wyżej, a pochodzący z Rygi, nie zabraniali jej zabaw z polskimi dziećmi. Tata Ursuli, Kurt Reiners, urzędnik, w dni świąt hitlerowskich i ważnych zebrań pojawiał się wystrojony w mundur SA, dzielnie stukając podkutymi oficerkami. Nie byli uciążliwymi sąsiadami. Kontakty z nimi ograniczały się do grzecznościowego Guten Tag i zdawkowych rozmów mojej mamy z panią Eriką Reiners. Pamiętać tu trzeba, że moi rodzice, jak większość poznaniaków, którzy pobierali nauki jeszcze w czasach wilhelmowskich, byli dwujęzyczni. Bliższe kontakty utrzymywaliśmy z państwem X, Polakami i naszymi sąsiadami, których syn był moim kolegą. Nagle stosunki z państwem X uległy zdecydowanemu ochłodzeniu. Pewnego dnia, gdy ojciec wrócił z pracy, mamusia poinformowała go z oburzeniem, że pani X oświadczyła jej, ale już nie po polsku, a po niemiecku: In den niichsten Tagen, werden wir Volksdeutsche sein (w najbliższych dniach będziemy volksdeutschami). Okazało się jednak, że jej nadzieje na przynależność do uprzywilejowanej części rodzaju ludzkiego były przedwczesne. Z nieznanych nam względów państwo X nie zostali wpisani na volksliste. Rodzice czynili heroiczne wysiłki, aby zapewnić nam jakie takie warunki egzystencji. Ojciec był urzędnikiem i jako specjalista maszyn rolniczych pracował w firmie Edgard Danieis Landmaschinen Schlepper Motoren. Biura mieściły się przy Bismarckstrasse 9 (dziś Kantaka). Szef ojca, jak przypominam sobie z rozmów rodziców, był porządnym człowiekiem, ceniącym fachowość, dalekim od resentymentów narodowych. Mamusię ze względu na stan zdrowia ominął Lech Trzeciakowski Ryc. 2. W dniu I Komunii Świętej, 20 grudnia 1941 r. przymus pracy. Z każdym dniem warunki naszego okupacyjnego życia ulegały pogorszeniu. Tatuś, aby zdobyć trochę dodatkowej żywności, często ruszał w niedzielę na wieś, jak mówiliśmy, na hamsterkę i przywoził jarzyny, owoce, rzadziej smalec i jakimś cudem kawałeczek masła. Były kłopoty z mąką, Mamusia przygotowywała więc ciasto z mąki i ziemniaków, któremu nadawała kształt chleba, i zanosiłemje do pobliskiej piekarni. Wielkim świętem, prawdziwą ucztą Lukullusa była zupa z mąki pszennej osłodzona cukrem. Marzyłem, że gdy skończy się wojna, będę codziennie zajadał się tym przysmakiem. Nie znosiłem brukwi, którą jedliśmy w formie papki zmielonej w maszynce od mięsa. Z niecierpliwością oczekiwałem sezonu kukurydzianego. Wczesną jesienią ojciec wracał obładowany kolbami kukurydzy, którą suszyliśmy, a następnie mieliliśmy, najczęściej zlecano to mnie, również w maszynce od mięsa. Była to katorżnicza praca, którą jednak wykonywałem ochoczo, bo nagrodą były wspaniale ciasteczka kukurydziane pieczone przez moją mamę. Mimo skromnych racji żywnościowych, od połowy lutego 1941 roku obowiązywały kartki żywnościowe, nie imały się nas jeszcze wtedy poważniejsze choroby. Przysparzałem jednak rodzicom kłopotów powtarzającymi się anginami. Do chwili wywiezienia do Generalnej Guberni opiekę nad moim zdrowiem roztaczała pani dr Helena Paliwodzianka, znakomity pediatra, mieszkająca przy pi. Asnyka. Rodzice stosowali też domowe sposoby lecznicze, jak branie na poty i stawianie baniek. Na Łazarzu podlegaliśmy opiece lekarskiej Niemca dra Herberta von Huniusa, Baltendeutscha, wybitnego laryngologa, który prowadził praktykę lekarską przy ul. Głogowskiej, w pobliżu Rynku Łazarskiego. Dra Huniusa, wysokiego szczupłego mężczyznę, wspominam z wdzięcznością. Byłem dla niego po prostu chorym dzieckiem, któremu trzeba pomóc. Początkowo zapisywał mi zastrzyki wzmacniające, w końcu zaordynował wycięcie migdałków. Było to dramatyczne wydarzenie w moim życiu. Zabiegu, bez najmniejszych komplikacji, dokonano w dzisiejszym szpitalu im. Przemienienia Pańskiego. Był jednak pewien szkopuł, nie było mianowicie mowy, bym po zabiegu mógł kilka dni poleżeć w szpitalu. Dla polskiego dziecka nie było wolnego łóżka. Z konieczności więc ojciec położył mnie na ławce w an tresoli. Z godzinę, może trochę dłużej poleżałem i następnie tramwajem udaliśmy się do domu. Wszystko przebiegało bez kłopotów do chwili, gdy wysiedliśmy z tramwaju. Nagle bowiem dostałem krwotoku. Ojciec i jakiś przechodzień wzięli mnie na ręce i zanieśli do domu. Wszystko zakończyło się szczęśliwie i od tej chwili moje anginy minęły, jak ręką odjął. Nasze ówczesne życie odznaczało się głęboką religijnością. W tragicznych czasach poszukiwano nadziei i pociechy w Kościele. Religijność nie była religijnością od święta, ale na co dzień. W niedzielę całą rodziną szliśmy na mszę św. do pobliskiego kościoła Matki Boskiej Bolesnej, jednej z dwóch nie zamkniętych przez okupanta świątyń. Msza św. miała szczególny charakter. Była to ta chwila, w której my, Polacy, mogliśmy się legalnie spotykać. Wysłuchiwaliśmy nauk w języku polskim, śpiewaliśmy pieśni, a raz nawet uczestniczyliśmy w koncercie. Jak się później dowiedziałem, występował chór pod dyrekcją Stanisława Dolnego, a jednym z solistów był Stefan Stuligrosz. W tym czasie uczęszczałem na nauki przygotowawcze przed przystąpieniem do I Komunii Św. Pierwszą Komunię Św. przyjąłem w dniu 20 grudnia 1941 r. Po uroczystości udaliśmy się na ul. Wilhelmstrasse 18 (dziś Aleje Marcinkowskiego) do fotografa "Foto N aujoks", aby uwiecznić tę chwilę. W wielu domach, również w naszym, dzieci sposobiły ołtarzyki. Robiliśmy je z siostrą z bibułki, którą zawieszaliśmy na ścianie, a na niej naklejaliśmy święte obrazki. Stanowiły one tło dla krzyża i świec. Świece nie były woskowe, toczyliśmy je z rozgrzanej stearyny. Wyglądały dość pokracznie, ale byliśmy z nich bardzo dumni. Wieczorem cała rodzina zbierała się na modlitwie. Inną ważną cechą wojennej rzeczywistości była nieustanna troska rodziców o nasze wykształcenie i pielęgnowanie tradycji. W czasie okupacji tylko okresowo działały szkoły niemieckie dla polskich dzieci, pogardliwie nazywane Polenschule. W czasie gdy mieszkałem na Łazarzu, nie uczęszczałem do tego typu szkoły, chodziłem do niej zaraz na początku okupacji, a następnie w 1944 roku. Z siostrą, młodszą ode mnie o cztery lata, należeliśmy do nielicznego grona wybrańców, którzy pobierali nauki na tajnych kompletach. Naszą nauczycielką była siostra Mamy ciocia Halina, moja matka chrzestna, która podczas wojny wyszła za mąż za Felicjana Latowskiego. Przed wojną ukończyła seminarium nauczycielskie. Ciocia musiała być zaangażowana w struktury podziemnego nauczania, bowiem lekcji udzielała nie tylko nam, ale i innym dzieciom. Ze względów konspiracyjnych uczyliśmy się w małych grupkach, nie więcej niż czworo dzieci. Spotykaliśmy się w różnych miejscach, u nas w domu, u naszego kolegi na Starym Rynku, u naszych koleżanek na ul. Kościelnej 26, u cioci w mieszkaniu na ul. Fabrycznej, a także na zapleczu warsztatu szewskiego na ul. Wronieckiej. Na stole leżała zawsze popularna wtedy gra "Człowieku, nie irytuj się". Mieliśmy pozorować zabawę, gdyby wtargnęli niepożądani goście. Tytuł gry wprost wymarzony. Konspiratorami byliśmy chyba całkiem niezłymi. Mieliśmy wbite w łepetyny, że nikomu nie wolno pisnąć ani słowa o naszych kompletach, nawet przed najbliższymi przyjaciółmi. Nie bardzo jednak zdawaliśmy sobie sprawę z tragicznych konsekwencji, jakie nas wszystkich czekały, gdyby rzecz cała wyszła najaw. To powodowało, że niekiedy poczynaliśmy sobie wbrew elementarnym zasadom konspiracji. Przypominam sobie, jak, jadąc z siostrą na lekcje tramwajem, powtarza Lech Trzeciakowski Ryc. 3. Nasza rodzina: mama, ojciec, siostra Danusia ija. Rok 1942. łem wiersz, którego nie zdążyłem się nauczyć. I tak półgłosem, pomagając sobie ręcznie napisanym tekstem, recytowałem: "W cichej puszczy przed chatą leśnika, Rota strzelców stanęła zielona..." itd. Efekty tramwajowej nauki nie poszły na marne. Jeszcze dziś, obudzony z najgłębszego snu mogę bez trudu wyrecytować Śmierć pułkownika. W domu panował kult przeszłości. Ojciec niekiedy, dziś żałuję, że tak rzadko, wracał do swych wspomnień wojennych: powstania wielkopolskiego, odsieczy Lwowa i wojny polsko-bolszewickiej. Z małego blaszanego pudełka wydobywał swe odznaczenia bojowe. Najbardziej imponowały mi Krzyż Obrońcy Kresów Wschodnich i Medal Pamiątkowy za Wojnę 1918-1921. "Polska Swemu Obrońcy". Wcześnie sięgałem do powieści historycznych. Jeszcze przed wojną czytałem powieść pod tytułem Dwaj Rymszowie, autora niestety nie pamiętam. Rzecz działa się na Dzikich Polach, wśród potyczek z Tatarami. Gdy mieszkaliśmy na Łazarzu, miałem wtedy nieco ponad 10 lat, ojciec przyniósł mi Ogniem i Mieczem. Arcydzieło Sienkiewicza czytałem z wypiekami na twarzy, ale, prawdę mówiąc, nie gruntownie. Przelatywałem po łebkach wspaniałe opisy przyrody i wątek romantyczny, chłonąc przygody pana Zagłoby i opisy bitewne. Rodzice przywiązywali wielką wagę do świąt Bożego Narodzenia. Poprzedzone one były przygotowywaniem ozdób choinkowych, które z siostrą robiliśmy z kolorowego papieru, bibułki, wydmuszek, orzechów, słomki, kasztanów, żołędzi i koralików. Tu mistrzynią była ciocia Halina i jej koleżanka pani Kazia, które wprowadzały nas w arkana tej wcale niełatwej sztuki. Nasze ozdoby, w porównaniu z arcydziełami obu pań, były bardzo niezdarne, ale niezmiennie bu dziły entuzjazm u rodziców. Z pogardą odnosiliśmy się do ozdób, którymi zawalone były sklepy. Wszelkie szklane bombki i inne świecidełka uważaliśmy za zwyczaj niemiecki, nie mający wstępu do naszego domu. Przed choinką stawialiśmy wycięty w kartonu żłóbek. Wśród postaci podążających do stajenki znajdowali się polscy rycerze i ułani. Sam ich rysowałem. Moje uporczywe próby wycięcia figurek z dykty laubzegą, czyli piłką wyrzynarkową, kończyły się niezmiennie niepowodzeniem. Nie miałem i nie mam talentu do majsterkowania. Nie wiem, jakim cudem udawało się rodzicom przygotować wigilię, prawie taką samą, jak za dawnych, dobrych, przedwojennych czasów. Było łamanie się opłatkiem, dalej moja ulubiona zupa karpiowa z łazankami, ryba gotowana i smażona z ziemniaczkami, gotowana, kwaśna kapusta z grzybkami, a na deser makiełki. Potem następowały prezenty. Staraliśmy się robić je sami. Tradycyjnie rodzice otrzymywali laurki z życzeniami. Kończyły się one zawsze tym samym zdaniem: "u.i szczęśliwego doczekania końca wojny" . Na moich laurkach hasali zawsze ułani i husaria. N awet nieźle rysowałem. Dziś jeszcze, prawie z zamkniętymi oczyma, naszkicuję całkiem zgrabnego konia. Siostra moja ubarwiała laurki kwiatkami. Potem zapalaliśmy świeczki i śpiewaliśmy kolędy. Cudowny, wzruszający wieczór. Pewnego niedzielnego popołudnia licznie przybyła do nas rodzina i kilkoro przyjaciół. Młode rodzeństwo, ona śpiewaczka, on pianista, dali koncert pieśni polskich. Dziś trudno sobie wyobrazić ten wspaniały nastrój, który i nam, dzieciom się udzielił. Po występie nikt nie krył głębokiego wzruszenia, panie płakały jak bobry, panowie dyskretnie sięgali po chusteczki. Następnego dnia pani Reiners wyraziła swe wielkie uznanie dla naszego koncertu, którego, jak oświadczyła, wraz z rodziną z przyjemnością wysłuchała. Zycie towarzyskie moich rodziców nie miało już tego tętna, co przed wojną. Wielu krewnych, przyjaciół i znajomych rozpierzchło się, wielu zginęło w zawierusze wojennej. Stryj Czesław, który przed wojną był przedstawicielem Telefunkena, z żoną Izą i synem Januszem zostali wywiezieni do Generalnej Guberni, potem stryj i kuzyn znaleźli się w obozie koncentracyjnym w Dachau. Stryj Zbyszko, chemik, przed wojną ukończył studia na Uniwersytecie Poznańskim, w czasie okupacji pracował jako laborant, po wojnie przez wiele lat będzie kierował znanymi "Pudliszkami", pewnego dnia nagle opuścił Poznań, uchodząc przed poszukującym go gestapo. Ważną rolę w naszym życiu odgrywała najbliższa rodzina. Często odwiedzaliśmy naszych dziadków, tak ze strony ojca, jak i ze strony matki. Z uwagi na miejsce zamieszkania byli to dziadkowie z Łazarza i dziadkowie z Jeżyc. Dziadkowie z Łazarza, Józef i Maria z domu Emmerich, rodzice ojca, mieszkali przy ul. Pocha 36 m 14. Jak zarazy unikaliśmy oficjalnej nazwy Glogauerstrasse, czyli ul. Głogowskiej, która niezmiennie kojarzyła się nam z niemieckim okupantem. W domu przy ul. Pocha mieszkali nie tylko dziadkowie, ale i stryj Zbyszko, do chwili ucieczki przed gestapo, stryjenki: Irena, do czasu, gdy wyszła za mąż za Henryka Kosse i przeniosła się na wieś (wuj brał udział w bitwie pod Kockiem), Aniela, której mąż, historyk Józef Prieske był w oflagu, a po wojnie zostanie dyrektorem Biblioteki Raczyńskich, i Janka z dziećmi: Basią, Oleńką i Stasiem. Mąż Lech Trzeciakowski Posen. Lecz 1RZECIAKO Mt. 24.12.1951. zwą.» _Eoznan iu- Soharn.hors t8tr.21. V r z yj - -: ' / b! d;.ia 2 O . 12. 1941. w +-utejs?v;-: k-dciele per*jfiił* nym I KcrufIi« Iw. 20, Grudnia 1941. Ryc. 4. Dokument przystąpienia do I Komunii Św. w kościele Matki Boskiej Bolesnej cioci Janki, Stanisław Olejniczak, był przed wojną profesorem języków klasycznych w Gimnazjum i Liceum im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Gdy powstało polskie gimnazjum w Bytomiu, wuj Staś zgłosił się ochotniczo, by objąć posadę profesorską. Natychmiast po wybuchu wojny został aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym Buchenwald, gdzie zginął w 1944 roku. Dziś jedna z bardziej pryncypalnych ulic w Bytomiu nosi jego imię. Stryjenka po aresztowaniu męża wróciła z dziećmi do Poznania. Troska o losy wujka i nam się udzielała. Niekiedy podczas beztroskiej zabawy z kuzynkami i koleżankami z sąsiedztwa Stefanią i Terenią Rogalankami, najstarsza córka Basia nagle stawała w kąciku i, roniąc łzy, cichutko szeptała: "Gdziejesteś, tatusiu?" Nigdy nie miała go już zobaczyć. Wizyty u dziadków z Łazarza bardzo mnie ekscytowały. Dziadek, podobnie jak tatuś i dwaj jego bracia Józef i Czesław, brał udział w powstaniu wielkopolskim. Należał do dowództwa Straży Ludowej Łazarza. Nosił charakterystyczną hiszpańską bródkę. Przed wojną był przedstawicielem na Polskę duńskiej firmy produkującej maszyny mleczarskie i przez jakiś czas współpracował z nim mój ojciec. Cechował go szeroki gest. W czasie moich wizyt na ul. Focha dziadek brał mnie na kolana i opowiadał legendy związane z dziejami Polski: o Lechu, Czechu i Rusie, o Piaście, Kraku i królewnie Wandzie, co nie chciała Niemca. Ze ściany spoglądał na nas Jan III Sobieski podczas potrzeby wiedeńskiej. Niekiedy z wizytą do dziadków przyjeżdżali z Leszna mój ojciec chrzestny Józef z żoną - ciocią Wandą. Przed wojną stryj był właścicielem kawiarni "Centralna" w Lesznie i świetnym cukiernikiem. Przywoził zawsze ciasteczka. W domu dziadków byłem przedstawiony sąsiadce i przyjaciółce moich stryjenek, pani ZofIi Zaworskiej, w przyszłości żonie mojego Mistrza, prof. Witolda J akóbczyka. Dziadkowie z Jeżyc, Józef Dębicki i Jadwiga z domu Zamysłowska, mieszkali wraz z ciocią Mychą przy ul. Polnej 21, ówczesnej Feldstrasse. Dziadek był mistrzem kowalskim i prowadził kuźnię przy ul. Szamarzewskiego 47, wówczas Eichendorfstrasse. Bardzo lubiłem go odwiedzać w kuźni i przyglądać się, jak podkuwa konie. Kochał swą pracę. Niekiedy pozwalał mi uruchamiać miech kowalski, którym podsycało się ogień na palenisku, a nawet postukać mniejszym, rzecz jasna, młotem po kowadle. Wokół unosił się charakterystyczny zapach koni. Po kolacji Dziadek często grywał na harmonii, przyśpiewując sobie. Moim ulubionym utworem była pieśń o generale Taczanowskim, który dzielnie bił Niemców. W niedzielne popołudnia odwiedzał dziadków niezmiennie pan Wszelaki, mieszkający na Dębcu stary kawaler. Wtedy towarzystwo siadało do skata. Lubiłem przyglądać się grze, aczkolwiek nie miałem o niej zielonego pojęcia. Od dziadka nauczyłem się sześćdziesiąt sześć, a od kolegów gry w oko. Wiedziałem jednak, że z kartami żartów nie ma, pamiętałem bowiem przyśpiewkę o graczu, który grał w sześćdziesiąt sześć, a teraz nie ma co jeść. Niekiedy dziadków odwiedzali krewni ze wsi. Wizyt tych oczekiwaliśmy z niecierpliwością. Siostrzeńcy czy bratankowie mojej babuni przywozili zawsze jakieś wiktuały. Byli to dwaj dobrze odżywieni młodzieńcy, tryskający niebywałą witalnością. Pełni humoru popisywali się piosenkami. Jedną, która była ich ulubioną, pamiętam do dziś. Śpiewali ją na melodię Rosamunde, a słowajej brzmiały: "My młodzi, my młodzi, nam bimber nie zaszkodzi, więc pijmy go litrami i tańczmy z pannami. Wy starzy, wy starzy, wam bimber nie do twarzy, wam piwo i herbata, na wasze stare lata". Nigdy owego tajemniczego bimbru nie przynieśli, a mnie wstyd było zapytać o ten trunek i dlaczego wiąże się on z pannami. Przez całą okupację ani razu nie wyjechaliśmy z Poznania. Wyprawą były wycieczki do Dębiny. W letnie pogodne popołudnia cała rodzina udawała się tramwajem do lasku dębińskiego. Byl on jedynym miejscem, gdzie Polacy mogli odetchnąć świeżym powietrzem wśród zieleni. Parki poznańskie oraz pływalnia przy ul. Niestachowskiej, a był to piękny obiekt, dzieło Mariana Spychalskiego, były Nur/iłr Deutsche, podobnie jak ławki na alejach i ulicach. Okupacyjne życie codzienne pokazywało swe okrutne oblicze. Część dzisiejszego parku Kasprowicza stanowiły nieużytki, oddzielone od ulic ogrodzeniem. Nazywałem je "Dzikimi Polami". Niemcy prowadzili tam jakieś prace ziemne. Mówiono, nie wiem, ile w tym prawdy, że tam miał być przeniesiony ogród zoologiczny. Pewnego dnia, gdy jak zwykle bawiłem się przed domem, dzisiejszą ul. Gustawa Potworowskiego przeszła kolumna Żydów idących do pracy na "Dzikich Polach". Stałem i patrzyłem przerażony. Przed moimi oczyma przesuwali się nie ludzie, a widma. Jeszcze wiele nocy budziłem się zlany potem, męczony koszmarnymi snami. Zabawy na ulicy, gdzie bawiliśmy się w kryto (chowanego), graliśmy w sztekla lub palanta, miały posmak ryzyka. W międzywojennych kamienicach, usytuowanych między dzisiejszymi ulicami Głogowską, Floriana Stablewskiego, Kasprzaka i Gustawa Potworowskiego, i w pobliskich willach mieszkali głównie Niemcy. Ich dzieci - chłopcy między 10. a 14. rokiem życia należeli do Jungvolk, by następnie wstąpić do Hitlerjugend, gdzie pozostawali do ukończenia 18 lat. Lech Trzeciakowski Dziewczęta w tych samych przedziałach wiekowych służyły w Jungmadel, a następnie w Bund Deutscher Madei. Młodziankowie ci, wystroiwszy się w organizacyjne mundurki: brunatne koszule, czarne krawaty, opaski ze swastyką, czarne spodnie do kolan i obowiązkowe sztyleciki przewieszone u pasa, poczuwali się do obowiązku gnębienia rówieśników lub nawet młodszych chłopców należących do niższej rasy. Urządzali na nas regularne polowania. Najbardziej zagrożeni byliśmy, gdy szliśmy sami do kościoła. Nie mogę pojąć, dlaczego nie przechodziliśmy jedną przecznicę dalej, np. przez dzisiejszą ul. Emilii Sczanieckiej, a maszerowaliśmy z uporem w paszczę lwa. Kiedyś zostaliśmy napadnięci. N astąpiły jakieś poszturchiwania, przepychanki. Dzielnie spisała się moja siostra, atakując najbardziej krewkiego hajota, jak nazywaliśmy członków Hitlerjugend. Z opresji wyszliśmy obronną ręką, salwując się ucieczką. Odegramy się kilka lat później, w grudniu 1944 roku, kiedy to już za górczyńskich czasów na ślizgawce na Górkach (chodzi to o ul. Górki) poturbowaliśmy kilku chłopców niemieckich. Zabawy na ulicy były źródłem wydarzeń, które po latach wspominam nie bez maleńkiego poczucia dumy. Na Bogusławskiego, przy dzisiejszej ul. Franciszka Morawskiego, znajdował się czy to tartak, czy to skład pociętego na deski drewna. Pracowali w nim, strzeżeni przez strażników, jeńcy francuscy. Pokazywali nam na migi, że są głodni. Wróciłem do domu i zdałem relację mamie. Moja kochana mama natychmiast oświadczyła, że musimy im pomóc. Jak wiadomo, zjedzeniem było krucho. Mogliśmy dać trochę chleba, a przede wszystkim gorące ziemniaki w mundurkach. Pakowaliśmy je w "Ostdeutscher Beobachter", jak wiadomo, gazeta doskonale utrzymuje temperaturę, w oddzielne zawiniątko trochę soli i tak wyekwipowany ruszałem do akcji. Podkradaliśmy się - kilkoro z nas brało udział w tym przedsięwzięciu - pod płot i podawaliśmy zawiniątka Francuzom. Po kilku dniach byliśmy już przyjaciółmi. Nasi nowi przyjaciele rewanżowali się nam znaczkami pocztowymi. Nie przypominam sobie interwencji strażników. Pewnego dniajeńcy francuscy już się nie pojawili. Wówczas nie wiedziałem, że biorę udział w Resistance. Żyliśmy niezachwianą nadzieją, że wkrótce koszmar okupacji minie i znów będziemy żyć w niepodległej Polsce, takiej jak przed wojną. W czasie, gdy oręż niemiecki osiągał największe sukcesy, nastąpiło wydarzenie, które wlało w nasze serca otuchę. Było to w maju 1941 roku. W nocy z 8 na 9 maja obudził nas straszliwy huk. Okazało się, że RAF dokonał nalotu na Poznań. Jak przypuszczam, celem jego było mieszczące się w dzisiejszym gmachu Zespołu Szkół Handlowych , przy ul. Sniadeckich dowództwo wojsk lotniczych. Niestety, nie trafiono w ten budynek. Ofiarą padły kamienice przy ul. Parkowej. Ważnym był jednak fakt, że nie wszystko tak wspaniale wyglądało, jak głosiła hitlerowska propaganda. Moja przygoda z Łazarzem nie trwała długo. Gdzieś pod koniec 1942 roku przyszło nam przeprowadzać się ponownie. Tym razem na ul. Knapowskiego (wtedy Arndtstrasse) 30 na Górczynie. Nastąpiło dramatyczne pogorszenie warunków mieszkaniowych. Ale to już inna historia. N a Knapowskiego mieszkaliśmy do końca wojny, by w końcu lutego 1945 roku wrócić na ulicę, która znów nazywała się Staszica. Historia naszej rodziny zatoczyła koło.