JÓZEF WYBICKI POLAK Z RZYMSKICH SENATORÓW JÓZEF TOMASZ POKRZYWNlAK Pamięci Matki W pismach krytycznych i politycznych Maurycego Mochnackiego znajduje się krótka wypowiedź na temat klasycyzmu: "Klasycyzm nie tylko broił w literaturze, ale wiele złego czyni i w rewolucji polskiej (00.). Klasycyzm bruździ w izbie poselskiej: klasycy w literaturze trzymali się Kornela, Rasyna i dowcipnego Boala, klasycy w izbie poselskiej trzymają się B. Constant; klasycy w literaturze odwoływali się zawsze do starożytności, a zatem do porządku rzeczy nie mającego żadnego związku z naszą cywilizacją - klasycy w polityce odwołują się do konstytucji, która także jest starożytnością i z rewolucją naszą nie ma nic wspólnego. Jak jedni, tak drudzy wierzą w formy, a nie mają myśli i ducha. Dlatego też mieliśmy złych rymopisów w literaturze i mamy złych prawodawców w polityce. Klasycyzm zgubi Polskę"l. Opinia ta ma swój wyraźny kontekst polityczny; wypowiedziana została w pierwszych miesiącach powstania listopadowego i sytuuje się w ciągle wtedy żywej polemice romantyków z klasykami warszawskimi. Można ją wszakże potraktować jako dobry punkt wyjścia do uwag nad życiem Józefa Wybickiego - w kategoriach wyłącznie estetycznych klasyka niezbyt wyrazistego, a w każdym razie zdecydowanie nieortodoksyjnego, bo skłaniającego się często do sentymentalnej wizji świata i sięgającego niejednokrotnie po sentymentalne środki wyrazu. Mimo to klasycyzm był dla niego tradycją ciągle żywą. Historycy i historycy literatury zainteresowali się Wybickim dość późno, dopiero w XX wieku, ale za to, jakby w poczuciu winy, niezwykle intensywnie. Ciągle nie ma co prawda monografii literackiej, natomiast jego biografia, a szczególnie studia nad największym, choć niewielkim rozmiarami dziełem jego życia, "Pieśnią Legionów Polskich we Włoszech", mają już bardzo liczne, ,. . . 2 wartoscIowe I gruntowne opracowanIa. Wciąż jednak niedostatecznie wykorzystany jest niezwykle interesujący pamiętnik Wybickiego, "Życie moje", wydany krytycznie przez A. M. Skałkowskiego Józef Tomasz Pokrzywniakjuż w 1927 roku 3 . Jest to zaś tekst z wielu powodów frapujący i dość paradoksalny. Autor nie kierował się bowiem próżną ambicją zapewnienia sobie sławy u potomnych, a jedynie zamiarem wyjaśnienia zawiłości swego żywota najbliższej rodzinie: "postanowiłem - pisze we wstępie - najmniej za całą spuściznę zostawić historię mego życia mym dzieciom, aby te nie rozumiały z czasem, żem za jaką istotną zbrodnię zasłużył na śmierć i wygnanie ,,4. Taki cel nie gwarantuje obiektywizmu, ale też nie on jest wartością pamiętnikarstwa; najistotniejsze jest subiektywne, osobiste świadectwo ludzkiej egzystencji. Franciszek Karpiński, sentymentalny poeta stroniący od polityki i działań militarnych, zatytułował swe intymne chwilami wspomnienia tak, jakby wyszły spod pióra męża stanu: "Historia mego wieku i ludzi, z którymi żyłem"s. Józef Wybicki - publicysta, dramaturg i poeta, od wczesnych lat młodzieńczych aż do późnej starości uwikłany w politykę, aktywny żołnierz konfederacji barskiej, insurekcji, Legionów Polskich i kampanii napoleońskiej, kodyfikator praw i reformator edukacji - dał swym wspomnieniom tytuł nieledwie rousseau'owski: "Życie moje". Być może oba te tytuły odzwierciedlają podświadome tęsknoty autorów - Karpińskiego za aktywnością i znaczeniempolitycznym, Wybickiego za spokojnym życiem ziemiańskim. Próbował je przecież podjąć parokrotnie i nawet część swych wspomnień zatytułował znamiennie: "Lata pracy organicznej". W pamiętniku jest to zaledwie siedem lat; w całym, dorosłym życiu autora było ich niewiele więcej. Od urodzenia bowiem ciążyło nad nim jakieś fatum historii: "urodziłem się był właśnie w czasie zarodu okropnych wrogów dla Polski, Ojczyzny mojej! Ta nieszczęśliwa gwiazda (00.) i mnie od kolebki aż do siwego prześladowała włosa" (s. 1). Nie mogło być inaczej, skoro już ojciec poety, walcząc w obronie wolno wybranego króla Stanisława Leszczyńskiego, dostał się w niewolę moskiewską i potem opisał "cierpienia swoje fizyczne i moralne, nie przeczuwając, ile syn jego miał za sprawą swej Ojczyzny ucierpieć" (s. 12). Wybicki nie wini jednak ojczyzny; posługując się efektowną metaforyką żywiołów przyrody, ich niepohamowanej sile przypisuje koleje swego losu. Przystępując do opisu konfederacji barskiej, poprzedza jej dzieje i swoją w nich rolę taką oto refleksją: "...porwany nawałnością potoku interesów publicznych, musiałem się puścić i dalej na nieprzejrzaną przestrzeń i głębię odmętu! Miałem wpaść bez doświadczenia i zamiaru na burze, i fale już odtąd szczególnym jakimś przeznaczeniem całe mną życie miotać miały!!!" (s. 53). Zwróćmy uwagę na jedno ważne słowo w tym emocjonalnym wyznaniu: "bez zamiaru". To nie polityka była pasją i żywiołem Wybickiego, to on stał się bezwolną igraszką jej kaprysów. Ta myśl pojawia się w pamiętnikach wielokrotnie. Kiedy po kilkuletniej tułaczce los na krótko pozwolił mu przebywać w towarzystwie ukochanej matki, skwitował te chwile domowego szczęścia refleksją, iż jego prawdziwe " fatalne przeznaczenie było zaraz od młodości żyć w ustawicznym ruchu, żyć w burzy" (s. 94). Próbował się temu fatum przeciwstawić. Ożenił się szczęśliwie, bo z miłości, z ubogą, ale śliczną Kunegundą Drwęską, która jednak po dziewięciu miesiącach zmarła w połogu. Po kilku miesiącach i matka Wybickiego, przygnębiona jego nieszczęściem, odeszła z tego świata. W tym właśnie czasie, jeszcze przed śmiercią żony, otrzymał od księcia Jabłonowskiego podwojewództwo poznańskie. Po raz pierwszy ten niewiele ważący urząd, oznaczający ponowne wejście w świat polityki, potraktowany został nie jako efekt fatalnego przeznaczenia, lecz jako dobrodziejstwo, chroniące przed nieukojonym żalem spowodowanym nieszczęściami osobistymi. Takim antidotum będzie również oddanie się naukom, do których Wybicki, mimo okropnych doświadczeń edukacyjnych z wczesnej młodości, miał nieprzepartą skłonność. Efektem tej pasji będą "Myśli polityczne o wolności cywilnej" (1775 - 76), życzliwie przyjęte przez współczesnych. Z własnej też woli, a nie gnany fatalnym przeznaczeniem, wyjechał Wybicki do Warszawy, gdy sejm w 1776 roku powierzył Andrzejowi Zamoyskiemu kodyfikację praw. Pojechał" w nadziei służenia Ojczyźnie jako prawnik i iuż polityk " (s. 137). Nie jest pewne, czy politykiem czuł się ze względu na urząd podwojewodzego, który krótko piastował, czy też z powodu wspomnianej broszury, którą się był włączył do szerokiego nurtu ówczesnej publicystyki; nie ulega wszakże wątpliwości, iż nie widział konfliktu między życiem osobistym, rodzinnym, Józef Tomasz Pokrzywniaka pokoi owo uprawianą polityką. To więc nie tyle fatum polityki, ile fatum wojny lub wojennej polityki prześladowało Wybickiego. Zdarzało się co prawda, choć niezwykle rzadko, że wyrok został wstrzymany. W czasie walk o Warszawę, atakowaną podczas insurekcji przez Prusaków i Moskali, jako naoczny świadek zmagań wyznał pamiętnikarz, "iż jest jakaś moc przeznaczenia, która zakreśla pobyt krajów i ludów i że z tej wyroczni jeszcze nie była wybiła ostatnia godzina dla naszej stolicy" (s. 196). Z militarnego punktu widzenia Warszawa nie miała bowiem wtedy szans na odparcie ataków. "W szkole nieszczęść wychowany" - jak napisał o sobie Wybicki (s. 245) - widział jednak niebawem upadek ojczyzny, przeżył kolejną klęskę własnych nadziei i znów znalazł się, jak po konfederacji barskiej, na tułaczce. Zajmował się potem w Dreźnie edukacją synów ze swego drugiego małżeństwa, lecz w to ubogie i smutne, ale przecie spokojne życie wygnańca wkrótce znów wtargnęła wojenna polityka. Obserwując zwycięstwa Napoleona nad Prusakami, Wybicki targany był sprzecznymi uczuciami - nadzieją na wyzwolenie choćby części ziem polskich i obawą przed zawieruchą wojenną, która go nie ominie: "... cała Polska zrewolucjonizowaną na nowo zostanie, a w takim stanie rzeczy mnie w spokoiności nie zostawia , ale znowu do działań rewolucyjnych jako prawdziwego patriotę wezwą" (s. 258). Tym razem postanowił się nie dać, postanowił nie być bezwolnym przedmiotem historii. U sunął się z Drezna i na pograniczu Śląska zamierzał przeczekać kolejną nawałnicę. Nie był to ani przejaw egoizmu, ani tchórzostwa, ale efekt dotychczasowych doświadczeń: " Upadek rewolucji francuskiej i zgrozy, które jej towarzyszyły.. . upadek w haniebny sposób rewolucji naszej... tyle mi odrazy na samo wspomnienie rewolucji wszelkiej czyniły, że słowo rewolucja okropnych wypadków na umyśle moim rysowało mi obraz... Przystępowały do tych czarnych myśli własne moje przez lat tyle cierpienia... Żona i dzieci w wypadkach rewolucyjnych wszystkiego pozbawione na nowo mi się wystawiały, gdybym w nowe zamieszki polityczne wciągnięty został..." (s. 258). Na nic jednak się zdała próba ucieczki - "przeznaczenie inaczej mieć chciało!" Adiutant generała Dąbrowskiego odnalazł Wybickiego i zabrał go do Berlina przed oblicze Napoleona. Podobna sytuacja powtórzyła się w Księstwie Warszawskim. Pamiętnikarz, biegły w materiach politycznych i dobrze zorientowany w sytuacji, w czas przewidywał "chmury wojny" gromadzące się nad Księstwem w roku 1809. Spieszył się więc z Warszawy do Manieczek, choć wieszczym duchem zgadywał, że "znowu w jaki odmęt rewolucyjny wciągnięty" zostanie. Zamyślał przeto ominąć Manieczki i schronić się u przyjaciół w Gdańsku, lecz pod Poznaniem dogonił go kurier od Rady Stanu. Ustanowiła ona Wybickiego swym pełnomocnikiem nadzwyczajnym dla obrony kraju na województwo poznańskie. Choć się tych nowych obowiązków - jak wszystkich poprzednich - obawiał, "na głos Ojczyzny, jak się jej synowi być należy, posłuszny", odrzucił wątpliwości i z gorliwością przystąpił do pracy (s. 300). Ryc. 2. Fragment przemówienia J. Wybickiego wygłoszonego 10 sierpnia 1791 roku w Ratuszu GŁOS &JSNIE IVIELMOZNEaa JOZEFA WYBICKIEGO Szambelana J, K, Mci Delegowanego do Deputacyi Codicis Stanisława Augusta Na Zgromadzeniu Wydziałowym Deputatów Poi« ie. Sierpnia J?9!» NA RATUSZU POZNAŃSKIM WYBRANIEM PLENIPOTENTA NA SEYM y SgDZIOW APPELŁAGYINYCWtaksy* Szanowni Obywateli, y DtpuUci Mast PolsUck Wnh Achi Cioyra zgromadzenia Waszego postać' patrz" czywObradzieWaszey wolność'ObywateUka zważam, czy Prawa dla Was ogłoszonego głębię mądrość*, C'Ef wreszcie y na Mnie wśród Was znayduiliccgo % zwraczam-oc'Ef, zawsze do %doków obszemoscl ścieśnione tłumaczenia się mego czitię siły. Nie iednego Miasta Prowincyi, nic iedticgo wreszcie Wicku aie Narodti całego, %eków wS'Efstkich przysxrych imerels, woczacb moich widite, powiem wijcey nie Polak tylko, nie sama PoKka, czci.5* ma w wV szey Sprawie, zda się bydż powszechni; Plemienia Ludzkiego, ma wniey swoy udział ka>.dy Cziowicfc, kaidy Naród, którego Głos Nawy Ay. tctad, tvra;smaNi OT olniawo ,preyro A AA Na tym kończy się pamiętnik. Nie ulega jednak wątpliwości, że pominięte powinności legionowe i późniejsze obowiązki polityczne w Królestwie Polskim jego autor realizował i pojmował podobnie. Z gorliwością pracował w czasach pokoju, z obawami, ale dzielnie przyjmował nieubłagany fatalizm wojennych przeznaczeń. Jest to oczywiście wizerunek własny Józefa Wybickiego, lecz brak podstaw, by tę heroiczną auto kreację w zasadniczy sposób kwestionować. Wiarygodność pamiętnika wsparta została dodatkowo trafnością ocen historycznych. Wybicki bardzo krytycznie przedstawia swoich współczesnych. Rok własnych urodzin (1747) nazywa co prawda "sławną epoką w literaturze Polski, gdyż w nim właśnie nieśmiertelni Załuscy (00.) bibliotekę publiczną w Warszawie założyli" (s. 9), był to wszakże tylko promyk światła w mrokach saskiej nocy, zdziecinnienia narodu, barbarzyństwa i głupoty. Jezuici w szkołach tylko bili i ślepo uczyli z Alwara prostackiej łaciny, zaś terminowanie w kancelarii grodzkiej w Skarszewach zaowocowało refleksją, iż Józef Tomasz Pokrzywniak po takim doświadczeniu nikt "dziwić się nierządowi, a potem zniszczeniu Polski" nie będzie (s. 14). Warszawa, gdy do niej przybył, objawiła się Wybickiemu jako "Babilonia rozwiązłości i niecnot" (s. 21), natomiast arystokracja wzbudziła jego szczerą odrazę: "Magnaci polscy, łupiąc swoje matkę i burząc wszelki porządek społeczeństwa, upojeni zbytkiem i rozwiązłością, zasypiali spokojnie nad brzegiem przepaści..." (s. 30). Nie lepiej oceniał cały naród, który w obłąkanej radości, z rozjątrzonymi umysłami dawał się zwodzić rosyjskim intrygom, prowadzącym w Polsce do wojny domowej. Bezprecedensowy akt gwałtu Repnina wobec posłów i senatorów wywołał szlachetną reakcję tylko u cnotliwego Andrzeja Zamoyskiego, składającego na znak protestu swój urząd, lecz innych polityków okrył hańbą (s. 37 - 38). Gdy Wybicki przybył do Krakowa, okazało się, że "w tej stolicy narodu nie było już wcale ducha narodowego" (s. 51). Konfederaci barscy z tradycji przodków zachowali tylko ich zabobonność i na nieszczęście "razem tylko i ich piki z wieku dwunastego na wiek osiemnasty" (s. 59). Upadek Baru, bardziej kurnika niż twierdzy, napełnił Wybickiego poczuciem wstydu, któremu towarzyszyła jedynie marna pociecha, że się konfederaci "przynajmniej sami na końcu nie pozabijali..." (s. 66). Dokonanie pierwszego rozbioru i haniebne jego zatwierdzenie stało się możliwe z powodu słabego króla i spodlonego narodu, "który już był utracił wszystkę swą zacność narodową, który już nie miał tej cechy samowładztwa i niepodległości (...), bo mu poseł rosyjski rozkazywał w wszystkich obradach..." (s. 141). Wybicki, konfederat barski, działacz insurekcyjny, legionista i napoleoni - sta, kilkakrotnie podkreślał, iż pisze swe wspomnienia sine ira et odio. Unikał więc, jeśli to możliwe, krytycznych wycieczek ad personam, ale potrafił też, co niezwykle ważne, odnieść się z dystansem do bałaganu, fanatyzmu, braku myśli politycznej i sprawności militarnej konfederacji barskiej, potrafił skrytykować Kościuszkę, który nie był wodzem na miarę Sobieskiego i przy wszystkich swych zasługach nie uniknął tragicznych w skutkach błędów. Potrafił wytknąć N apoleonowi lekceważenie Polaków i instrumentalne traktowanie sprawy polskiej, bezceremonialność w sposobie nadania Księstwu konstytucji, dyktowanej w pośpiechu i bez liczenia się z polskimi w tej materii . . . aspIraCJamI. Skąd w takim razie czerpał siły, by bez większych protestów poddawać się fatum politycznych przeznaczeń, by z ochotą i radością współpracować z Zamoyskim nad kodyfikacją prawa, by z oddaniem działać w Komisji Edukacji Narodowej, by organizować Legiony i mimo zawodów zaufać Napoleonowi, by pracować we władzach Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego? Skąd czerpał optymizm, by napisać prostą i mądrą, trafnie przewidującą przyszłość "Pieśń Legionów Polskich we Włoszech"? Niewątpliwie stąd, że spotykał na swej drodze ludzi, których cenił. Nie był przecież mizantropem. W życiu prywatnym trafił mu się zacny ojciec, bardzo kochana matka, mądry stryj, a i jego własne życie rodzinne, mimo śmierci pierwszej żony i mimo ciągłych kolizji obowiązków publicznych ze spokojną radością domowej egzystencji, było udanet ljkći*v4. '1* \ą//a4/kft&* Ć". , O%j»"", x4M , si?r#%* ***&/,/ M» t$jl; Vo. 4*na*K «-»». .9 a *7<*T*-i& j8« v y. j(i $hłlrX' 1\ {, j3rtthu 't r 6. A«Y4 (4J*H ;* # Im. ' artt */»'*«<*" -/ / jju4> ' . .,,, 4 Xvdaxmd "'it&łMtHt A j. tiuuiifa&ww- . >tut*<1iix , l£*ff j T. sLJtfjkut*' . Oe&tZfoiit d o. " fffia Jii m n a/ VJwmbMi» Ryc. 3. Akt zgonu z Księgi Metrykalnej parafii w Brodnicy W życiu publicznym zdarzyła mu się fascynująca współpraca z Andrzejem Zamoyskim, którego cenił najbardziej, z generałem Dąbrowskim, któremu utorował drogę do sławy, z Tadeuszem Kościuszką i garstką innych, szlachetnych patriotów. Choć był niechętny królowi, potrafił docenić jego zasługi na polu oświaty, kultury i inicjatyw prawodawczych. Na duchu podtrzymywała go także religia, a szczególnie wiara w Opatrzność. Zanim 27 lutego 1768 roku odważył się na głośny protest w Warszawie, przygotował się wewnętrznie: "Nadszedł sejm i w dzień jego rozpoczęcia się od rana byłem nabożny, spowiadałem się i oddałem się w ręce Stwórcy, z którego praw przyrodzonych każdy stanu swego obowiązki bez zachowania się pełnić powinien!... Nie masz prawdziwej pociechy dla człowieka, szczególnie niewinnie prześladowanego, tylko w religii - tylko w zupełnej rezygnacji, czyli poddaniu się woli nieba! W tym duchu zawsze żYjąc, ufam do ostatnich dni życia mego znajdować spokojność duszy" (s. 45). Potem wielokrotnie jeszcze doświadczał boskiej opieki. To przecież "ręka tajna, co losy ludzkie kreśli" (s. 137), przeznaczyła mu "ufność, względy i przyjaźń" Andrzeja Zamoyskiego. Gdy po klęsce insurekcji musiał emigrować, a był zupełnie bez środków i groziło mu śmiertelne niebezpieczeństwo, Bóg go nie opuścił. Dowiedział się wtedy, że jego wuj, kanonik Lniski, przeznaczył mu, umierając, depozyt złożony w kapitularzu we Włocławku, zawierający kilka tysięcy i niektóre precjoza. Skomentował to znamiennie: Józef Tomasz Pokrzywniak "Dzieło to szczególnej nade mną Opatrzności! Wyznawałem zawsze z najżywszym uczuciem, ile że dobroczynnego Jej nade mną oka nieustannych doznawałem skutków w przeciwnościach życia, któremi od młodości miotany byłem" (s. 206). Podróż, a właściwie ucieczka, jeszcze dwukrotnie uprzytomniła mu działanie Opatrzności ratującej go w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nie chodzi jednak tylko o szczególnie dramatyczne przypadki, a o wizję całego życia. Wszystko, co było w nim pomyślne, uznawał Wybicki, jako człowiek "mający religię", nie za ślepe zdarzenie, a za wynik boskiej mądrości: "Winienem to Opatrzności, która od lat pierwszych życia mną się opiekując, lubo spuszczała na mnie ledwo zliczone cierpienia, upaść mi przecie pod niemi nie dopuściła!!!" (s. 295). Oprócz religijności było jeszcze drugie, niezwykle ważne źródło siły duchowej Józefa Wybickiego - zapatrzenie w cnoty rzymskie, greckie i spartańskie, we wzory osobowe wodzów, mówców, senatorów starożytnych, reprezentujących wartości i tradycje republikańskie. Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości - wszak w swych wspomnieniach ponad trzydziestokrotnie odwoływał się do bohaterów i autorów antycznych! Chłonny wiedzy zdobywał ją z opóźnieniem i z kłopotami (w wieku 23 lat uczył się tego, co powinien był poznać w 15. roku życia) oraz w sposób niezbyt usystematyzowany. Można by więc czasem zgłaszać rozmaite zastrzeżenia do trafności niektórych przywoływanych przez niego analogii czy do zasadności podawanych przykładów. Nie chodzi tu wszakże o erudycyjną poprawność, a o to, jak Wybicki postrzegał starożytność i jakie kwalifikacje moralne i obywatelskie przyznawał jej bohaterom. On sam unikał częstego zestawiania własnej osoby z wielkimi postaciami antyku lub czynił to w sposób zawoalowany, przytaczając opinie innych. Kiedy opisywał swą usilną pracę prawniczo-edukacyjną przy poznańskim trybunale, wspomniał, że rozpróżniaczona, wesoła kompania trybunalska nie szczędziła mu urągań i krzyków: "Cyceronie, żyj z nami" (s. 25). W czasie sejmu 1768 roku, na ile czas pozwalał, nadrabiał Wybicki intensywnie swe zaległości w nauce, przesiadując w bibliotece Załuskich. Poznał tam skromnego i wielce oświeconego człowieka, ks. Jana Wulfersa 6 . Zorientował się on rychło w patriotycznych uczuciach Wybickiego, ale trafnie też rozpoznał, iż uczuciom tym brakuje trwałego fundamentu. Spytał więc kiedyś młodego posła, czy czytał życiorysy wielkich ludzi. Wybicki odpowiedział, że w szkołach poznał żywoty świętych. Wulfers, choć ksiądz, "uśmiechnął się na to od niechcenia, mówiąc: to czytanie było dobre w swym czasie, lecz teraz trzeba, kończył, jako gorliwemu Polakowi oswoić się z życiem wielkich ludzi w różnych wiekach i w różnych narodach" (s. 42). Dał więc Wybickiemu "Żywoty sławnych mężów" Plutarcha, którymi ten tak się zafascynował, że ślęczał nad nimi bezustannie. N apisał o tym z niekłamanym przejęciem: "wyprosiłem sobie na nocne czytania, co się przez dzień nie doczytało, i już odtąd nie żyłem tylko z Arystydem, Sokratesem, Fabrycjuszem itd." (s. 42). Fascynacja, jak twierdzi Wybicki, nie była chwilowa: "Z tych wielkich wzorów pewne sobie w życiu prywatnym i publicznym założywszy prawidła, nigdy aż dotąd od nich nie odbiegłem" (tamże). Do takich wyznań można by podchodzić z nieufnością, gdyby nie to, że pamiętnikarz wielokrotnie będzie się odwoływał do Plutarchowych biografii i to nie tylko w odniesieniu do własnej postawy. Żywoty wielkich mężów staną się probierzem dla ludzkich zachowań i historycznych sytuacji oraz głównym drogowskazem dla własnych działań. Gdy po głośnym proteście sejmowym wezwano go do konfederacji barskiej, kreśląc widoki ratowania ojczyzny, przyjął to zaproszenie z entuzjazmem: "Głos taki był dla mnie głosem wyroczni, ja bez zachowania się chciałbym być młodym Kurcjuszem, nie pragnę, jak tylko rzucić się na żelazo i ognie dla kraju!!" (s. 54). Również w chwilach zawodów i rozczarowań ratunek i pociechę przynoszą przykłady z historii starożytnej. Widok pijanego żołnierstwa w "obozinie małej" pod Barem, choć wielce przykry, nakłada się na wyobrażenie zbieranej "hołoty" Romulusa, "która tyle cudów dokazała" (s. 57). Józef Pułaski z pierwszego wejrzenia kojarzył się Wybickiemu z Hanibalem, choć rychło się okazało, że "kampanie Fabiusza (wsławionego w drugiej wojnie punickiej) były mu nieznane" (s. 61). W czasie konfederacji barskiej przeciwnicy króla ubolewali, że nie ma w Polsce Brutusa, lub też usiłowali znaleźć Mucjusza Scewolę, który chciał zabić króla Etrusków, oblegających Rzym, a schwytany sam włożył rękę w ogień, by z góry uprzedzić, iż żadne męki nie wymuszą na nim zeznań (s. 100). Ostatnia przegrana potyczka barska zrodziła w Wybickim smutną refleksję, że nie była to "batalia farsaiska przegrana" (s. 104). N atomiast Andrzej Zamoyski zasłużył sobie na zaszczytne miano polskiego Arystyda i Salomona (s. 137), a w innym miejscu nazwany został Solonem i Likurgiem. Powierzenie Tadeuszowi Kościuszce naczelnej, a więc dyktatorskiej władzy nad powstaniem miało znakomite tradycje, bo tak "niegdyś w gwałtownych zagrożeniach było u Rzymian" (s. 174). Jeszcze przez pewien czas Wybicki widział w naczelniku Cyncynata i Fabiusza, sądząc, że wzorem tych szlachetnych dyktatorów ocali on ojczyznę (s. 189). Entuzjazm insurekcyjny rodaków kojarzył mu się natomiast z postawą prawdziwych republikanów w dawnych wiekach cnoty. Kiedy udało się Wybickiemu nie dopuścić do konfliktu między Madalińskim a Dąbrowskim, i ten pierwszy uznał komendę młodszego rangą generała, pamiętnikarz skomentował to znamiennie: "Niech ten krok generała Madalińskiego przejdzie przez me pióro do późnych Polaków; wszakże wśród Greków i Rzymian ten czyn byłby go unieśmiertelnił. Zrobić ofiarę z miłości własnej dla miłości ojczyzny jest to cnota prawdziwie republikancka (...)" (s. 200). Upadek Polski w pierwszym momencie wywołał u Wybickiego dramatyczne skojarzenia; nie ma śladu po starożytnej Troi, nie wiadomo dokładnie, gdzie była Sparta, ojczyzna Leonidasa, Ateny dostały się pod panowanie barbarzyńców, a wielki niegdyś Rzym "zatrzymał tylko ku swej ohydzie imię...!" (s. 208). Z niesmakiem natomiast odnotował uzurpatorskie praktyki rewolucyjnego Paryża. Przy kontroli paszportu urzędnik, nie umiejący czytać, "oddał go drugiemu, mówiąc: »Brutus, czytaj«". Okazało się, że najwięksi demagodzy Józef Tomasz Pokrzywniak Ryc. 4. Nagrobek J. Wybickiego na cmentarzu w Brodnicy (w latach 20. trumnę z Prochami przenIeSIono na poznańską Skałkę)przybierali sobie imiona największych Rzymian, m.in. Katona i Fabiusza (s. 221). Na nich zaś mieli prawo powoływać się prawdziwi polscy republikanie, przywiązani do wolności i gotowi do najwyższej ofiary. Po gwałcie Repnina posłowie ziem pruskich zjechali się do wojewody malborskiego Michała Augusta Czapskiego. Nie znaleźli jednak skutecznego sposobu przeciwstawienia się bezprawiu, więc "ta narada niema podobna była do owych senatorów rzymskich, którzy, nie mogąc dać odporu napadniczej sile, czekali w pokoju na śmierć i urągania" (s. 38). To wtedy być może młody Józef Wybicki po raz pierwszy poczuł, zanim jeszcze przeczytał żywoty Plutarcha i zanim sam został senatorem, że wywodzi się z nobliwej tradycji rzymskich mężów stanu. Gdy kończył prace nad swymi wspomnieniami, pisał do córki, potwierdzając swe młodzieńcze skojarzenia, że jest "z owych senatorów rzymskich, co pieszo na Kapitol chodząc rzepę skrobali w domu. Cnota była ich całym bogactwem"7. Cnota, odpowiednik rzymskiej virtus, pojawia się wielokrotnie na kartach wspomnień Wybickiego. Najbardziej wyraziście określił jej rozumienie wtedy, gdy wyznał, że "napojony z dzieciństwa maksymami prawdziwych republikanów" do końca życia zachował niezachwiane przekonanie, "że sama cnota jest prawdziwą nagrodą dla człowieka dobrze myślącego" (s. 290). Nie wiemy, czy Wybicki w chwilach ziemiańskiej spokojności czytywał Kochanowskiego. Nie ulega jednak najmniejszej wątpliwości, że ich pojmowanie cnoty, która nie wymaga żadnej nagrody, bo sama w sobie jest nagrodą i zapłatą; która jest skarbem wiecznym i klejnotem drogim, bo nie może jej wydrzeć żaden nieprzyjaciel srogi, było identyczne. I że wywodziło się z rzymskich, czy szerzej: z antycznych, a więc klasycznych tradycji. Maurycy Mochnacki nie miał racji. Klasycyzm nie zgubił Polski. Polskę zgubiła anarchia, bezwzględność jej sąsiadów, a być może i fatalizm dziejowych przeznaczeń, który nie pozwalał też Wybickiemu na spokojny żywot ziemiański. Klasycyzm sprawił natomiast, że w tragicznych latach upodlenia narodu znajdowali się ludzie szlachetni, mądrzy, pełni dobrej woli i najlepszych intencji, bezinteresowni i odporni na destrukcyjną rozpacz. Swoisty, moralnie pojmowany klasycyzm sprawił też, że starożytny porządek rzeczy miał silne związki z naszą cywilizacją II połowy XVIII i początków XIX wieku, a i później nigdy definitywnie nie zostały one zerwane. PRZYPISY: 1 M. Mochnacki, Pisma krytyczne i polityczne. Wybór i opracowanie Jacek Kubiak, Elżbieta Nowicka, Zbigniew Przychodniak. Wstęp Zbigniew Przychodniak. Kraków 1996, T. II, s. 256. Tekst ten jest co prawda zamieszczony w dziale "Artykuły o autorstwie niepewnym" , ale przypisanie go Mochnackiemu ma dość mocne podstawy - zob. komentarz wydawców, s. 343-344. 2 Bibliografię podmiotową i przedmiotową zawiera T. VI, cz. 1 BibliografIi literatury polskiej "Nowy Korbut" w opr. Elżbiety Aleksandrowskiej (W-wa 1970); aktualizujące "Wskazówki bibliograficzne" zamieści! Władysław Zajewski wart. Józef Wybicki, (w:) Życiorysy historyczne, literackie i legendarne, pod red. ZofIi Stefanowskiej i Janusza Tazbira, seria 2, W-wa 1989 oraz Krzysztof Dmitruk wart. Józef Wybicki (w:) Pisarze polskiego oświecenia, T. II, pod red. Teresy Kostkiewiczowej i Zbigniewa Golińskiego, W-wa 1994. 3 J. Wybicki, Życie moje oraz wspomnienie o Andrzeju i Konstancji Zamoyskich. Z rękopisów wydał i objaśnił A. M. Skałkowski. Kr. 1927, BN 1106. Do pamiętników tych odwoływało się oczywiście bardzo wielu autorów piszących o Wybickim, a Irena Kadulska poddała je ciekawej analizie (Pamiętnikarska autokreacja J. Wybickiego, "Zeszyty Naukowe Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Gdańskiego. Prace Historycznoliterackie", 1982, nr 7). 4J. Wybicki, Życie moje, ed. cyt., s. 3. Wszystkie następne cytaty z tego pamiętnika pochodzą z wydania Skałkowskiego w serii Biblioteki Narodowej i będą lokalizowane podaniem numeru strony. Wszystkie podkreślenia w cytatach moje. 5 Zob. F. Karpiński, Historia mego wieku i ludzi, z którymi żyłem, oprać. Roman Sobol, wyd. przygotowali E. Aleksandrowska i Z. Goliński, W-wa 1987. 6 Ze o Jana, a nie Stefana Wulfersa tu chodzi, przypuszcza Skałkowski w komentarzu do pamiętników Wybickiego, ed. cyt., s. 41, przyp. 3. 7 Wypowiedź tę przytacza K. Dmitruk w szkicu o Wybickim, (w:) T. II Pisarzy polskiego oświecenia, op. cit., s. 28.