POZNAŃSKIE BRACTWO CYGARNICZE 1880 - 1898 Wspomnienia. Do druku podał Jan Kaczmarek MIECZYSŁAW NOSKOWICZ MIECZYSIAW MICHAŁ NOSKOWICZ Syn Józefa i Teresy Prochowskiej, urodzony 29. 09.1878 roku. Maciej Prochowski, dziadek Mieczysława N oskowicza, był mistrzem stolarskim na Chwaliszewie. Posiadał warsztat przy ulicy Wenecjańskiej 6. Uczestniczył w powstaniach w 1831 i 1863 roku. Mieczysław Noskowicz zawarł związek małżeński z Seweryną Radońską. W dwudziestoleciu międzywojennym mieszkał przy ulicy Bydgoskiej 5, a po wojnie przy ulicy Leszka 21 w Poznaniu. Był redaktorem i pisał artykuły dotyczące historii miasta Poznania. Napisał m.in. "Najświętsze trzy hostje" (wydana w 1916 roku), wspomnienia o Chwaliszewie pt. "Szmacianka - Wieszczka Jula Wojna" oraz "Poznańskie Bractwo Cygarnicze". Zmarł dnia 20. 07. 1959 roku w Poznaniu. Uj, stare dzieje poznańskiej dzielnicy prawego brzegu Warty, ze schyłku ..Dwieku dziewiętnastego, są również ciekawe, a nawet nie pozbawione pewnego uroku. Pryncypalną ulicą tejże dzielnicy było Chwaliszewo, zaczynające się od mostu zwanego Chwaliszewskim, a kończące się mostem kamiennym, dzisiejszym Chrobrego, wiodącym na Ostrów Tumski. Równolegle z Chwaliszewem po prawej, było Tylne Chwaliszewo z Czartorią, nad samym brzegiem Warty i ulicą Sienną oraz węższą uliczką Bednarską z wylotami na rzekę. Po lewej zaś biegła ulica Wenecjańska, również lewą stroną przylegająca do rzeki, czyli, że całą tę dzielnicę od zachodu, południa i północy oblewała Warta. Nieomal co roku z roztopami wiosennymi, wody jej zalewały i od wschodu nowe, tak zwane zapasowe koryto Warty od Czartorii aż po most kolejowy przed nową elektrownią. Ono koryto oddzielało Chwaliszewo od Ostrowa Tumskiego i Zagórza. Toteż w każdą powódź, Chwaliszewska dzielnica wokoluteńko oblana była wodą, przedstawiając dosłownie Wenecję, bo ulice jej zamieniały się w rzeki względnie rwące potoki. Parę jeszcze krótkich, wąskich uliczek wychodziło z Chwaliszewa na ulicę Wenecjańska, z której znowuż dwie - Rzeczna i Bydlęcego Targowiska biegły aż po sam brzeg Warty. Z prawego krańca ulicy Wenecjańskiej, wychodziły na Chwalisz ewo uliczki: Mała, Targowa, Węglana oraz ulica Flisacza nad samym zapasowem korytem Warty. Całą dzielnicę chwaliszewską zamieszkiwał przeważnie żywioł szczerze polski. Właściciele domów, co drugi nieomal to były uczestnik Powstań N arodowych z r. 1848 bądź 1863. Mieszkańców Niemców można było na palcach rąk policzyć. Nie bardzo się to podobało władzom pruskim, więc wszczęto akcję niemczenia dzielnicy chwaliszewskiej. W jakimkolwiek domu znalazło się wolne mieszkanie, tam lokowano niemiecką rodzinę urzędniczą, a zwłaszcza policji rewirowej. Z pomocą finansową władz osiedlali się wreszcie i kupcy, handlarze i rzemieślnicy Niemcy. Już w roku 1884 nie było w dzielnicy chwaliszewskiej prawie jednego domu, w którym by jakaś niemiecka rodzina nie zamieszkała, mając z góry polecenie bacznej obserwacji, co sąsiedzi Polacy robią i czy są lojalnie usposobieni do władz. Jednakże z kupców, handlarzy i rzemieślników, bardzo wielu zawiodło nadzieje władz pruskich, bowiem wskutek ożenku z Polkami względnie zamążpójścia Niemeczek z Polakami, wkrótce żywioł niemiecki sam dobrowolnie się polszczył, a dzieci już ani słuchać nie chciały, że ojciec czy matka ich byli pochodzenia niemieckiego. I tak bez przesady, śmiało twierdzić można, że trzy czwarte z nasłanego do dzielnicy chwaliszewskiej żywiołu niemieckiego na dobre się spolonizowało. Znaleźli u Polaków chleb, pracę, dach nad głową i serce; zatem więcej im do zadowolenia i szczęścia nie było potrzeba... Odezwało się u nich poczucie wdzięczności i sprawiedliwości, więc stawali się przyjaciółmi Polaków, a nawet Polakami. W roku 1880, w ulicy Wenecjańskiej pod nr 6, teren po spalonej przed rokiem posesji, zabudowano z frontu dwupiętrowym domem, a obszerne podwórze dwoma trzypiętrowymi gmachami, z których jeden zajął kupiec Lec Kantorowicz na gorzelnię, zaś w drugim kupiec Salomon Krause urządził fabrykę cygar. Było to pierwsze w dzielnicy chwaliszewskiej większe przedsiębiorstwo fabryczne. Rozwijało się ono tak świetnie, że już po paru latach, Krause nabył od Taendlera spichlerz wełniany przy Czartorii pod nr 4 i 5, między Tylnym Chwaliszewem, a w jeden wylot zbiegającymi się uliczką Bednarską i ulicą Sienną. Krause odpowiednio przebudował spichlerz i tutaj ulokował się ze swoją fabryką cygar. Ponieważ wonczas w samym Poznaniu było kilka mniejszych wytwórni cygar 1 zatrudniających od kilku aż po kilkadziesiąt cygarników względnie cygarówek, przeto Krause był zniewolony sprowadzić pewien kontyngent robotniczy z Niemiec. Tak życzliwie poradziły jemu władze, aby broń Boże żywioł polski w fabryce nie był zbyt liczny. Na ogłoszenia w niemieckich pismach, przybył z Niemiec dostateczny zastęp pracowników cygarniczych; wielu z nich aż z Bremeny i Hamonia (koło Hamburga), a nawet z Koblencji. Oni to mieli zasilić żywioł niemiecki w dzielnicy chwaliszewskiej. Ale wkrótce z coraz pomyślniejszym rozwojem fabryki, okazała się potrzeba przyjmowania do pracy również Polaków. Ktokolwiek się zgłosił, młodzież już od lat 16 przyjmowano chętnie, przyuczając zawodu cygarniczego. I znowuż wpadunek, bowiem aż Mieczysław N oskowiczz głębi Niemiec zwerbowani robotnicy cygarni czy 2 zamiast niemczyć Polaków, samowolnie się polszczyli, a którzy pozostali Niemcami, stawali się szczerymi kolegami - towarzyszami (Kollege- Genosse). W całym zespole cygarniczym, była jedność i więź prawdziwie braterska. Żaden cygarnik za nic nie skrzywdziłby kolegi swego, bo miałby do czynienia z całym zespołem koleżeńskim, a wtedy biada jemu. I Niemiec cygarnik nie przepuściłby bezkarnie krzywdy kolegi Polaka. "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! Oto więź serdeczna Bractwa Cygarniczego!" Hasło to przy każdej sposobności przypominała sobie brać cygarnicza. 3 Nauka cygarnicza trwała dwa lata. Uczeń względnie uczennica od pierwszego dnia pracy byli opłacani, zależnie od ich zdolności. Tylko mężczyzna kończył swój termin uczniowski - wyzwolinami i wkupnem do Bractwa Cygarniczego , na które jednakże składał się cały zespół fabryki, aby towarzysz -wyzwoleniec sam się zbytnio nie wykosztował. Do ceremonii wyzwolin, należało i "wykropienie", jak nazywano wypoliczkowanie młodego brata-towarzysza pracy. Był to podobno stary, tradycyjny obrzęd wyzwolin na cygarnika, od którego bezwzględnie nie można było się uchylić, ani wykupić. W toku libacji kiełbasą, albo wieprzową nogą z kapustą i herbatą, pośród toastów zakrapianych siwuchą, pod jakim bądź pretekstem wywoływano wyzwoleńca do drugiej ubikacji ciemnej, albo na sień i tam dostało się jemu parę policzków, rozumie się niezbyt dotkliwych, ale bezwzględnie musiał one przyjąć, bo tak nakazywał tradycyjny zwyczaj Bractwa Cygarniczego. Ale odtąd też odnośny towarzysz był bratem-cygarnikiem i biada była każdemu, kto na niego palec zakrzywił. I krewny bądź przyjaciel brata cygarnika, był przyjacielem całego zespołu i święcie mógł być pewnym bezinteresownej pomocy a nawet obrony w jakiejkolwiek opresji, nie wyłączając i z władzami nadużywającemi swej władzy bądź prawa. Od ceremonii wyzwolin, wolne były dziewczyny i kobiety. Po śmierci Krausego, fabrykę prowadziła nadal żona jego, Anna z zięciem, Emilem Priedenthalem. Ale już w roku 1887, fabryka Krausego zeszła na plan drugi, kiedy się zawiązała spółka niemiecko-żydowska - Priedlaender Józef, Schleh (Szlej) Gustaw Adolf, Streich August i Vonzke Paweł. Kupiec Streich był właścicielem większej posesji narożnikowej przy ulicy Wenecjańskiej pod nr 11-12 i Bydlęcego Targowiska. Na wielkim podwórzu swojej posesji Streich pobudował dwa długie jednopiętrowe domy mieszkalne, a na wolnym placu przy Targowisku olbrzymi trzypiętrowy gmach o kilkudziesięciu obszernych ubikacjach. One trzy nowozbudowane domy oddał Streich Spółce do dyzpozycji na fabrykę cygar, której uruchomienie poszło bardzo szybko. Z otwarciem nowej wielkiej fabryki, Bractwo Cygarnicze od razu powiększyło się o przeszło trzy setki robotników i robotnic cygarniczych, nie licząc kilkadziesiąt uczniów i uczennic. Z wyuczonego już we fabryce Krausego narybku, dość pokaźna liczba polskich robotników cygarniczych ulokowała się w nowej fabryce. Teraz dopiero zawrzała życiem dzielnica chwaliszewska. I poza terenem fabrycznym, nie byłodomu, w którym by się nie ulokował ktoś z bractwa cygarniczego samotny, albo z rodziną. I jaki by to był dom, nikt z współmieszkańców nie mógł nic złego upatrzyć ani powiedzieć o cygarniku. Słowem, jakby inne serce, inna dusza była u niego. Widocznie to hasło: - "Jeden za wszystkich, a wszyscy za jednego" wpajane od chłopaka ucznia poprzez wszystek czas pracy, wyrobiło u tych ludzi ono tak cenne i szczytne poczucie miłości bliźniego, nawet ponad siebie samego. Cygarnicy nie mogli patrzeć obojętnie na czyjąś nędzę bądź nieszczęście, chorobę albo niesłuszną krzywdę bliźniego. Niekoniecznie musiał to być cygarnik. Wystarczało, że bliźni był w jakiejś przykrej opresji, albo krzywdzony, a cygarnik to widział, albo się dowiedział, już dany bliźni miał w nim bezinteresownego obrońcę. Cygarnikom wstrętny był pruski szowinizm hurrapatriotyczny, a do władz pruskich włącznie domu panującego, jako do ciemiężycieli ludu, byli nastawieni wrogo, z czem się wcale nie kryli. Na cały tak pokaźny zespół obu fabryk bractwa cygarniczego, pośród samych Niemców, bodaj znalazłoby się dziesięciu hurrapatriotów monarchistów. Stąd też władzom pruskim, a szczególnie policji, bractwo cygamicze było solą w oku. Każdego cygarnika uważano za niebezpiecznego socjalistę, bezwzględnie czy był nim, albo nie był. Niewiele było przesady w onem mniemaniu, bowiem co najmniej trzy czwarte z ogółu bractwa cygarniczego rzeczywiście należało do obozu socjalistycznego. Toteż policja pruska tak "serdeczną" opieką otoczyła niebezpieczne dla Vaterlandu gniazdo socjalistyczne w nowej fabryce cygar, że pod jej dachem ulokowała na mieszkanie aż dwóch policjantów: Spitzera Franca i Śpiewaka Johanna. Ostatni, mimo nazwiska polskiego był Niemcem. A przecież tuż w najbliższej fabryce posesji, bo pod nr lO-tym miał swoje lokum komisariat obwodowy. Tak, ale nie czyste sumienie bywa zawsze strachem podszyte. Polakom przewodziło sześciu herbowych Powstańców z roku 1863-go bądź synów Powstańców z r. 1848 i 63-go, wzgędnie byłych więźniów politycznych. A oto ich nazwiska: - Królikowski Jan, syn Sybiraka, Madaliński Stanisław, Powstaniec z r. 1863, Morawski Władysław, którego rodzicom carskie władze skonfiskowały dobra, a ojca wywieziono na Sybir. Władysław ocalał dzięki jedynie temu, że był na wychowaniu u krewnych w Poznaniu. Skrzycki Teofil, syn więźnia moabickiego i weteran z r. 1863, Sowiński Maksymilian, syn weterana z roku 1848 i 63, oraz Wierzbiński Antoni, którego ojca władze rosyjskie ścigały za udział w spisku anarchistów na życie batiuszki cara. Władze pruskie wydały go w ręce carskich oprawców. Wierzbiński już w drodze od granicy pruskiej do Petersburga został podobno przez konwojentów kozaków pałkami na śmierć zatłuczony. Czerwoni towarzysze Niemcy odnosili się do onych sześciu polskich liderów ze szczególną serdecznością i szacunkiem. Oprócz wyżej wymienionych, z Polaków zasługują w całej pełni na przypomnienie: - Baranowski Bernard, Cichy Stanisław, Cierpka Klemens, Halasz Wacław, Karczewski Marceli, Majewski Józef, Nietrzepka, Sypniewski, Szulc Kazimierz i Zakrzewicz Tomasz. Wyróżniali się oni szaloną odwagą i pogardą Mieczysław N oskowiczniebezpieczeństwa, jako bezwzględni bojownicy-karciciele bezprawia, szczególnie władz pruskich, o czem w dalszym ciągu niniejszego wspomnienia będzie mowa. Ręka w rękę z Polakami szli chociażby w ogień, Niemcy: Buchwald Paweł, Casper Emil, Gaert Emil, Jakob Gustaw, Junker Karol, Leder August, Pllug Edward, Seichert Karol, Seifert Emil i przeszło setka innych. Do nikłej garstki szowinistów- hurrapatriotów pruskich zaliczali się: Gaul Otto, Golz Wilhelm, bracia Maderowie Emil i Paweł, wreszcie Seiffert August, specjalnie dla poskromienia Polaków z Hamburga do Poznania sprowadzony, oraz Sommer Wilhelm cygarnik, i - jak się później okazało, tajny konfident policji. Jak już na wstępie wspomniałem, dzielnica chwaliszewska, jakby uprzywilejowana była przez byłych Weteranów Powstań Narodowych. Nieomal co drugi właściciel domu, to były Powstaniec, a prócz tychże wielu towarzyszy broni zamieszkiwało na komornem w onej dzielnicy. Każdy zamożniejszy z nich, chętnie sercem dzielił się z biedniejszym chlebem i w miarę możliwości wspierał materialnie. Każdy z podupadłych materialnie weteranów żył tak zwane mi dniami gościnnemi wcale nie najgorzej. N a przykład: obywatele - Bayer, Gałęski, Karkuszewski, Palczewski i Serafinowski gościli stale po jednym weteranie przez całą niedzielę, od śniadania aż do kolacji. U obywateli - Kachlickiego, Prochowskiego Macieja, Teskiego, Gorczewskiego, Noskowicza Józefa i Offierskiego Stanisława, był w poniedziałki i piątki wolny stół weterański. We wtorki była gościna u kupca Jabczyńskiego Jana, Kajkowskiego Emila, Masadyńskiego Józefa, Wojczyńskiego Ludwika i Wyrembeckiego. I tak cały tydzień, przez kilka lat, mieli najbiedniejsi Powstańcy utrzymanie zapewnione, broń Boże, nie żebracze, słowem - traktowani szczerze, jak członkowie rodziny. I to się policji pruskiej nie podobało. Byli Powstańcy polscy, to przecież żywioł niebezpieczny, który mógłby znowuż wzniecić bunt, a nawet powstanie. Pod pretekstem zwalczania żebractwa, rozpoczęła się nagonka policji na byłych powstańców-gości domów obywatelskich, jako na żebraków. Policja wiedziała naj dokładniej , u których obywateli polskich weterani gościli. Toteż policyjni posterunkowi mieli wskazane, bacznie obserwować odnośne domy i wychodzących z nich osobników starszych, podejrzanych sprowadzać na rewir, jako żebraków. Zdarzały się wypadki, że już nie gości-weteranów, ale mieszkańców danego domu, wychodzących na ulicę, sprowadzano na komisariat. Pamiętam, dziewiętnastego marca było to. Po stypce imieninowej ojca mojego, dziadek mój, Maciej Prochowski udaje się do domu swego, w tejże samej ulicy Wenecjańskiej pod nr 7, odprowadzany przez ojca mojego i mnie, aż tu zaledwie o kilka kroków od bramy domu naszego, znienacka, jakby spod ziemi wyrósł, zjawia się policjant i chwyta dziadka mojego za ramię i rechoce, jak żaba - Ja, ja bettalni (Tak, tak żebrać). Więcej nie zdołał powiedzieć, bo od jednego zamalowania pięścią, w nos, zwalił się na ziemię jak kłoda. Tak, ręka dziada mojego, mistrza stolarskiego i Weterana dwóch Powstań nie była lekka. Podniósł się policjant ze ziemi, a krew z nosa ciurkiem ciekła, a dziad mój mówi do niego - Taraz pójdziemy na komisariat, ty lumpie, bo musisz mnie przeprosić!... Policjant, nie mruknąwszy ani słowa, idzie naprzód nie oglądając się wcale za nami. Komisarz był właśnie w rewirze, a widząc okrwawionego policjanta, zapytuje go: - Co się stało?.. Kto was tak pokiereszował? Policjant wskazując ręką na dziada mojego, bełkoce: - Oto ten aresztant... N a to komisarz: - Jaki aresztant?.. Pan mistrz stolarski, Maciej Prochowski, jeden z najporządniejszych obywateli naszego rewiru?.. Panie Prochowski zwraca się komisarz teraz do dziada mojego - niech mi pan powie, za co go pan tak sprał? - Ten lump chciał mnie aresztować, jako żebraka! - odpowiada dziad, kipiąc jeszcze wzburzeniem. Komisarz, ściskając z udaną serdecznością obie ręce dziada, łamaną polszczyną uspokaja go: - Na, na panie Prochowski, ja pana bardzo przepraszać za tę pomyłkę i obrazę przez tego sierżant. Ale pan już sobie satysfakcję wziął tym denscettel, jaki pan jemu dał... A zwracając się do policjanta, który teraz całkiem zgłupiał, dodaje: - Przypatrzcie się dobrze panu obywatelowi Prochowskiemu i spamiętajcie sobie jak on wygląda, cobyście znowu się nie pogapili i po nosie nie dostali. A teraz przeproście pana Prochowskiego, abyśmy nie mieli gorszej awantury, bo taki obywatel, jak pan Prochowski umie i wie, jak swoich praw dochodzić. Policjant przeprosił dziadka, a komisarz, bredząc komplimentami wyprowadził nas z biura aż przed dom. Od wyżej wspomnianego już dziada mojego, wychodzi po całodziennej gościnie, towarzysz broni i Sybirak Kasper Ławicki i - tuż przed domem chwyta go policjant za kołnierz, niby luntrusa jakiego. Nagle, jakby spod ziemi wyrośli stają przed policjantem Władzio Morawski i Maksuś Sowiński, ostatni - postura niedźwiedzia, barczysty, a przy tern niby olbrzym wyrosły ponad miarę. Szli oni właśnie do pana majstra Prochowskiego w odwiedziny. - Kogo lumpie pruski chwytasz za kołnierz?.. Weterana polskiego?! - huknął Sowiński nad uchem policjanta, usadzając go momentalnie w ścieku. Policjant zrywa się znowuż szybko na nogi i gwizdawką alarmując tylko o trzy domy dalej znajdujący się komisariat i najbliższych posterunkowych z Chwaliszewa, dobywa pałasza. Tego było tylko Sowińskiemu trzeba. Lewą ręką chwyta policjanta za kołnierz i unosząc w górę jak szczeniaka, prawą łamie pałasz jak zapałkę, poczem powtórnie rzuca go w ściek, dodając parę kopniaków w pośladek. I znowuż zrywa się powalony ze ścieku, ale teraz nie próbując już zmierzyć się z polskim olbrzymem, gwiżdżąc jak opętany na piszczałce, pędzi co sił w nogach uliczką Małą na Chwaliszewo. W komisariacie rewirowym usłyszano alarm kolegi, więc co żyło wraz z komisarzem Kaethnerem i wachmistrzem Briegerem Ottonem (Sową hu-hu), wszyscy wylecieli na pomoc, pędząc za gwizdkiem na Chwaliszewo. Ale alarm policjanta miał i drugi, dla rewirowej policji wcale nie pożądany skutek, bo zwabił i cygarników wychodzących właśnie po pracy z obu fabryk. Ci widząc, że cała czereda policji z komisarzem na czele dobiera się do dwóch ich braci cygarniczych, Polacy i Niemcy, nie pytając, co zaszło, a na czele znowuż aż trzech olbrzymów - Baranowski Bernard, Majewski Józef i Niemiec Seifert Emil. Na policję rzuciła się cała falanga cygarników, a z każdą chwilą coraz więcej ich przybywało. Rozgorzała bójka na przestrzeni przeszło połowy Chwaliszewa, bowiem z jed Mieczysław N oskowicznego końca dotarła aż do mostu chwaliszewskiego, a kończyła się u wylotów uliczek Owocowej i Targowej. Okruchy połamanych pałaszy padały na bruk, na którym pokotem, pod razami pięści, kijów bądź obcasów obuwia tarzali się rozbrojeni policjanci. A telefonów wonczas, w r. 1887 nie było jeszcze w Poznaniu. Tramwaj wonczas jeszcze konny, nie mogąc z mostu przedostać się na Chwaliszewo, trzeba było zawrócić Garbarami oraz ulicą Woźną na Stary Rynek, gdzie woźnica tramwajowy, Niemiec Broda zaalarmował odwach wojskowy na pomoc policji. Przybiegło truchtem na Chwaliszewo dwunastu żołnierzy z dyżurnym oficerem na czele. Na Chwaliszewie, tatarskie wesele już było zakończone. Żołnierzom została się tylko posługa samarytańska - zbierać ze ziemi kilku leżących jeszcze, czyli głupszych policjantów, co to nie poszli za przykładem mędrszych swoich kolegów "odważniejszych". Oni to w najgorętszym tumulcie bojowym, aby uchronić głowę od guza, o czworakach pełzali do bram i furt domów, skąd wyłonili się na jaw, kiedy już na ulicy było spokojnie. Również po cygarnikach nie było ani śladu. Komisarza Karola Kaethnera, wachmistarza "Sowę hu-hu" oraz kilku policjantów trzeba było przetransportować do szpitala na parotygodniową kurację. Obywatelowi Prochowskiemu, prokurator wytoczył sprawę karną za rzekomą zmowę z napastnikami na policję i spowodowanie zaburzenia już nieulicznego, ale krajowego (Landfriedensbruch), za co niemiecki kodeks karny przepisywał tylko więzienie. Dwuterminowa rozprawa sądowa nie zdołała udowodnić winy oskarżonego, ale raczej wykazała winę samej policji, która sprowokowała oną burdę. Wprawdzie Sąd uwolnił Prochowskiego od winy i kary, ale - jednak trzeba było go ukarać za goszczenie u siebie niebezpiecznych powstańców. Toteż w parę dni po rozprawie sądowej, syna jego, Sylwestra zatrudnionego w Rejencji (Województwie) w charakterze kancelisty, bez jakiegokolwiek powodu zwolniono z pracy. Sprawa była dość głośna, toteż zainteresowało się nią bractwo cygarnicze. W najbliższą niedzielę, czterech czołowych wiarusów - Majewski, Morawski, Sowiński i przez Niemców wydelegowany Seifert Emil zjawili się u Prochowskich i nuże prosić ojca Macieja, aby pozwolił synowi swemu, Sylwestrowi podjąć pracę we fabryce pod ich opieką. W dwa lata miał on zostać nie tylko pomocnikiem, ale lepiej opłacanym majstrem. - Panie Prochowski! Takiej głowy, jak Sylwusia właśnie nam potrzeba. N asz obecny obrońca i doradca prawny, poczciwota Hillner , jako politycznie niebezpieczny, więcej już przebywa na Młyńskiej, aniżeli na wolności i mocno już sterane zdrowie jego. Nie życzymy sobie śmierci jego, ale gdybyśmy go mieli utracić, to tylko Sylwuś może nam zastąpić Hillnera. Potrzebować możemy tylko zaufanego doradcy prawnego, który by i z władzami i dyrekcją fabryki umiał załatwiać nasze sprawy. Włos jemu z głowy nie spadnie! Serdecznym on będzie bratem naszym... I poszedł Sylwuś Prochowski do fabryki cygar i wkrótce zżył się najserdeczniej z całem bractwem cygarniczem. Po onym tak wielkim starciu z policją, bractwo cygarnicze roztoczyło nad polskimi weteranami straż obronną. Przed południem i pod wieczór wysyłano z fabryki kilku uczniów rzekomo po drobiazgowe zakupy dla starszych pracowników. Chłopacy poszwędali się tylko po ulicach dzielnicy i obserwowali, co robi i jak się zachowuje policja posterunkowa. Swoją służbę wywiadowczą chłopacy urozmaicali sobie wygwizdywaniem albo dość głośnym śpiewem cygarniczego krakowiaka: My jedni, co tylko kręcimy cygara! Pruskiego nie boim się szkieła-ogara! Jak zajdzie potrzeba, i z szkieła-ogara! Zrobi się grajcerek, skręci jak cygara! Jedynie złoczyńca przed nami ucieka, W cygarniku diabła widzi, nie człowieka!... Była to ulubiona śpiewka cygarników, a szczególnie uczniów, na melodię Krakowiaka. Pewność siebie i ważność swej roli, była u chłopaków już tak wielka, że spostrzegłszy policjanta tarmoszącego jakiego starca lub staruszkę na rewir, chłopak cygarniczy stawał naj śmielej z rękoma w kieszeniach przed policjantem i odezwał się do niego dwoma tylko słowy: - Cygarnik jestem!... Policjant w lot zrozumiał. Bez słowa sprzeciwu bądź oburzenia, puszczał aresztanta, obracał się na pięcie i naj spokojniej , jakby w ogóle nic nie zaszło, wracał na swój postój posterunkowy. Tak, z bractwem cygarniczem źle było zadzierać, bo oni nie żartowali i ani w ząb nie respektowali, nie bali się policji. Bractwo to szło na całego. - Przecież to diabelscy socjaliści i rebelianci, zdolni do wzniecenia rewolty! To ludzie czartu oddani, nie respektujący jakiejkolwiek władzy. N awet majestatu miłościwie nam panującego króla i cesarza!... Taką opinię o bractwie cygarniczem wygłosił komisarz Kaethner na rozprawie sądowej przeciwko Maciejowi Prochowskiemu. Czy nie znamienny był fakt, że w bardzo energicznych dochodzeniach śledczych w sprawie chwaliszewskiej rewolty, sprowadzeni do fabryki policjanci z rewiru V dzielnicy prawego brzegu Warty z komisarzem Kaethnerem i wachmistrzem "Sową hu-hu", żaden z nich nie mógł rozpoznać ani jednego z piorących ich cygarników. Wystarczyło, że spojrzeli na ich oczy. N awet on pierwszy, w ścieku wytarzany policjant "nie mógł" w olbrzymie Sowińskim rozpoznać swego "przyjaciela". Tak, prawdopodobnie za poradą mędrszych swoich kolegów, woleli oni przez cygarników wtrzepione im bizuny schować sobie do kieszeni. Sędzia śledczy, zamykając akta, pokiwał tyko głową i zamruczał sobie pod nosem: - Tak, tak tchórze, ani słowa... A komisarz Kaethner, w odpowiedzi na tak niepochlebne zdanie o jego ludziach, odmruknął: - Tak, tak, ale to z cygarnikami, diabelskimi socjalistami sprawa. Bądź pan odważniejszym... Prawda, nie żartowali cygarnicy, kiedy chodziło o obronę niesłusznie pokrzywdzonego bliźniego. Oni nawet wyroki sądowe koregowali, kasowali, wymierzając kary sprawiedliwe, jak na zajadłym polakożercy nauczycielu Giittgem Robercie za zabicie w szkole Jasia Wojny. Mieczysław N oskowicz Rok 1888. Na Chwaliszewie pod nr 52 mieszkała wdowa po nauczycielu, Teodozja Kujawska z dziesięcioletnią córeczką, Magdusią. Śliczne, a przy tern miluchne było to dziewczątko; włos kruczy, kędzierzawy, w oczy niby bławatki. W sukience aksamitnej, granatowej, zdawała się być żywym kwiatkiem bratka, stąd też nie mówiono na nią inaczej, jak macoszka, z niemieckiego "Stiefmiitterchen". Dziecko to było jedynem szczęściem i celem życia jej matki, biednej wdowy. Toteż nie szczędziła ona pracy i starania, aby dać córeczce prócz dobrego wychowania i wyższe wykształcenie. Od rychłego rana do późnej nocy, ślęczała przy maszynie szyjąc bieliznę, aby Magdusią, jak pragnęła, mogła zostać nauczycielką. Kujawska zajmowała większe mieszkanie, z którego jeden pokój odnajmowała, zyskując na tym prawie całą dzierżawę za mieszkanie, co dla niej nie małą było pomocą. Na odnajmowanym pokoju mieszkał u Kujawskiej pewien samotny nauczyciel, człowiek bardzo solidny, ale po dwóch latach, przesiedlony na prowincję, bardzo serdecznie i z wielkim żalem pożegnał się z gospodynią mieszkania. Na wolny pokój zgłosił się wachmistrz policji. Otton Brieger, indywiduum chyba ostatnie z pod ciemnej gwiazdy, nacechowany już przez samą matkę naturę. Twarz jego, jak u szympansa calusieńka prawie czarno obrośnięta, oczy nisamowite, okrągłe jak u puchacza, słowem skończone monstrum odpychającej brzydoty. W dzielnicy całej, rzadko komu wiadome było jego nazwisko, ale za to znany był przez ogół pod przezwiskiem "Czarny Otto, sowa hu-hu". Tak go ochrzcili sami Niemcy, a za ich przykładem i Polacy. Chyba za pokusą szatana, Kujawska wzięła na pokój wachmistrza "Sowę hu-hu". I stało się, po jakichś paru tygodniach, że Brieger pod nieobecność matki, tak ciężko skrzywdził Magdusię, że biedactwo zbrodnię jego życiem przypłaciła. N ie tylko chwaliszewska dzielnica, ale całe miasto zawrzało na taką łotrowską zbrodnię, a biedna zrozpaczona matka szalała z bólu. Sprawą zajął się prokurator i rozegrała się sądowa rozprawa - zamiast karna, komediancka. Prokurator owszem wytoczył skargę, ale w toku rozprawy, zamiast domagać się ukarania zbrodniarza, wniósł o przekazanie go na kwartał do zakładu obłąkanych na obserwację, azali wachmistrz Brieger nie jest umysłowo chory, czy może odpowiadać za dokonaną zbrodnię. Prokurator, wspaniale dowodził, że - przecież człowiek o zdrowych zmysłach i w dodatku wachmistrz policji, o którym jak najlepszą opinię daje wysokie prezydium policji, jako żywo nie byłby zdolnym do takiej zbrodni. Po wypuszczeniu Briegera z zakładu psychiatrycznego, rozegrała się w Sądzie trzecia komedia, jak było do przewidzenia. Chodziło przecież o dziecko nie niemieckie, ale polskie, a poza tern i o honor policji pruskiej. Sąd orzekł więc, że Brieger mógł się dopuścić onego występku tylko w chwilowem zamroczeniu umysłu, nie zdając sobie sprawy z tego, co czyni, wobec tego sąd uwolnił Briegera od winy i kary. Bractwo Cygarnicze śledziło żywo przebieg onego procesu, wysyłając swoich ludzi na każdą rozprawę. Dzięku tak "sprawiedliwemu" wyrokowi Sądu, zbrodniarz Brieger, zamiast na kilkuletnią pokutę do domu karnego, wysłany został przez swoje władze przełożone do sanatorium na uspokojenie nerwów. Ale chyba niezbyt wesoła musiała być podróż jego na wywczasy kuracyjne. Już zajechał dorożką przed dworzec kolejowy, więc kładzie rękę do kieszeni palta po portmonetkę z pieniędzmi, ale wraz z nią wydobywa kartkę, na której czerwonym atramentem wypisano po niemiecku tylko te słowa: "Sąd cię uwolnił, ale kara ciebie nie minie! " "Sowa hu-hu" przeczytawszy kartkę, zbladł jak trup. Ręce drżały mu jak we febrze, że ledwie mógł niemi utrzymać portmonetkę, którą podał dorożkarzowi, aby wziął sobie z niej ile się należało za kurs. A stary wiarus, dorożkarz Rudnicki Teofil, weteran z r. 1863 uśmiechał się tylko pod wąsem i kiedy się już załatwił z swoim pasażerem mruknął sobie pod nosem: - Jeżeli, łotrze ci Pan Bóg na pokaranie rozum nie odbierze, to chyba już nie wró. d P . , CISZ o oznan1a.. . . Po pół roku Sowa hu-hu wrócił z uzdrowiska, ale już nie do służby, lecz na pełną emeryturę, z czego mógł być tylko zadowolonym. Połowa grudnia 1889. Rzeka Warta zatarasowana krą lodową. Z brzaskiem dziennym, między godziną 7 a 8 rano, przechodzący mostem chwaliszewskim spostrzegli, że od strony zboru św. Krzyża (obecnie katolicki kościół Wszystkich Świętych) na Grobli, leży na krze lodowej człowiek w koszuli tylko. Dano znać policji, ta znowuż zawezwała straż pożarną do pomocy. Kiedy trup już był na moście, rozpoznano w nim - wachmistrza Briegera "Czarnego Ottona - Sowę hu-hu". Tak, w wypadkach, gdzie sąd pruski nie umiał czy nie chciał sprawiedliwych wydawać wyroków, Bractwo Cygarnicze wyrokowało i wtedy żaden zbrodniarz od śmierci się nie wyprosił. Wieczorem tegoż samego dnia, w gmachu dyrekcji policji, w korytarzu parterowym znaleziono na ławie złożony dość pokaźny tobół zawierający cały garnitur z obuwiem i płaszczem Briegera. Nikt dosłownie w całym gmachu policji nie zdołał rozwiązać tej zagadki, w jaki sposób i kto, mimo straży dwóch posterunkowych mógł tak wielki tobół wnieść i złożyć w najbardziej ożywionym korytarzu. Śledztwo zarządzono bardzo energiczne. W pomoc miejscowym urzędnikom śledczym, zawezwano najzdolniejszych wywiadowców kryminalnych z Berlina i z Wrocławia. Nikogo nie aresztowano, nie brano do więzienia śledczego, tylko przesłuchano przeszło setkę cygarników Polaków i Niemców. Nasłano szpiegów policyjnych do fabryk w charakterze robotników pomocniczych bądź woźnych biur administracji. Dłużej żaden szpicel policyjny nie popasał we fabryce, jak do chwili, kiedy poważył się przed którymkolwiek z cygarników czy cygarówek, albo uczniów wspomnieć słówkiem o Briegerze. Zagadnięty spojrzał tylko na szpicla wzrokiem tak "miłym", że skóra na nim cierpła. Dość było dla chłystka szpicla, jeżeli cygarnik w ogóle do niego przemówił, usłyszeć: - Masz bracie rodziców, masz żonę i dzieci? Patrz, abyś ich dzisiaj jeszcze zdrowo oglądał. Biada każdemu, kto jednego z naszych braci, Mieczysław N oskowicz Niemca czy Polaka niewinnie skrzywdzi!... Nazajutrz, dany szpicel już się we fabryce nie pojawił. Pewnie z rok trwało śledztwo i szpiegowanie z wynikiem na kompletne zero. - Dość już tego wojowania z nami! - powiedzieli sobie naczelny prezes Rejencji v. Gunther William, jego zastępca V. Sommerfeld i prezes dyrekcji policji v. Colmer Meyenburg i zwołali naradę właścicieli obu fabryk cygar. Tak prezesowie Rejencji i policji jednomyślnie orzekli, jako wszelakiemu złu, które rozwydrzyło czerwoną bandę cygarniczą, winni są tylko Polacy zatrudnieni we fabrykach cygar. Wyrzucić wszystkich Polaków z fabryk, a reszta diabłów czerwonych spotulnieje. Argument tenjednakże nie przypadł do gustu właścicielom fabryk, a to z tego powodu, że godził w ich kieszeń. Z chwilą bowiem wyrzucenia pracowników polskich, siła robocza zmalałaby o przeszło połowę, a tern samem zmalałyby horendalnie ich tłuste dochody. Rada w radę, jednemu z współwłaścicieli nawej fabryki przypomniało się, że zwiedzając w Hamburgu kilka większych fabryk cygar, w jednej z nich napotkał werkmistrza, zagorzałego patriotę, duszą całą oddanego swoim chlebodawcom, konserwatystę, a przy tern postury niedźwiedzia. Ten chyba będzie zdolon ująć w słuszne karby tak polskich, jak i niemieckich robotników i na pewno da sobie radę z czerwonymi diabłami. Więc uradzono i postanowiono wydelegować Streicha do Hamburga, po tegoż właśnie olbrzyma, tak wielkie rokującego nadzieje. Pewnego pięknego popołudnia, kiedy pracownicy nowej fabryki po posiłku obiednim zasiedli już na swoich miejscach, zjawia się główny dyrektor Venzke i zapowiada wszem wszystkim pracownikom i pracownicom, że wieczorem, po skończonej pracy odbędzie się "uroczyste" wprowadzenie w urzędowanie nowego pierwszego werkmistrza fabryki, pana Augusta Seifferta z Hamburga. Na to ze sali starszych pracowników, przeważnie Niemców, dał się słyszeć dość głośny i wyraźny pomruk: - Nie uznajemy żadnych panów nad sobą! Każdego, kto chce być naszym bratem-towarzyszem pracy, chętnie widzimy! A kto będzie chciał być naszym panem, tego za drzwi wyprosimy!... Venzke udał, jakoby nic nie słyszał i ciągnie dalej: - Z tej okazji zapraszamy wszystkich pracowników i pracownice naszej fabryki na kolacyjkę, abyście głodni nie szli do domu... - Dobrze! Zaproszenie przyjmujemy! Na kolację przyjdziemy!... Na parterze połowy gmachu fabrycznego, mieściły się prócz gabinetów dyrektorów, biur zarządu i lokum paru werkmistrzów oddziałowych, jeszcze dwie większe ubikacje - wytwórnie pudełek do cygar. Otóż w onych ubikacjach, za wyjątkiem gabinetów dyrektorskich, poustawiano prowizoryczne stoły z desek na kozłach oraz ławy z desek pokładzionych na baletach liści tabaki, a na zapowiedzianą kolację dyrekcja zafundowała podobno centnar kiełbasy, beczkę kapusty i kilkadziesiąt bochenków chleba, do popicia była herbata i beczka poznańskiego piwa ciemnego. Już o godzinie trzeciej po południu zwolniono wszystkie pracownice do ich stolików, aby się zajęły przyrządzeniem kolacji. Zaś o 6-tej, już werkmistrzowie kazali zakończyć pracę i zejść na parter, na akt wprowadzenia nowego, głównego werkmistrza i na kolację. Kiedy już wszyscy pracownicy fabryki zgromadzili się na korytarzu parterowym, otwarte już były podwoje gabinetu głównego dyrektora, znajdującego się w końcu korytarza. Za stołem siedzieli już wszyscy dyrektorzy, a z lewego końca nowy rewirowy komisarze policji, EisenbHitter Gustaw, a po prawym nowy, główny werkmistrz, hamburski Seiffert August. Małe poruszenie w bractwie cygarniczem. Oto wysunięto w pierwszy rząd, czyli na czoło, na sam próg otwartych podwoi pięciu najgodniejszych przedstawicieli swoich: Baranowskeigo, Majewskiego, Sowińskiego, starego z jednym "i" Seiferta Emila Niemca i Seicherta Karola, stróża całej posesji fabrycznej, również Niemca. Wszyscy oni ponad zwykłą miarę, chłopy niby dęby. Pierwszy przemówił dyrektor Venzke, bardzo krótko, o konieczności sprowadzenia aż z Hamburga pana Seifferta Augusta, jako głównego werkmistrza fabryki, bardzo zdolnego zawodowca, dzielnego organizatora pracy i energicznego kierownika, który nie zcierpi jakichkolwiek ekscesów ze strony pracowników nie tylko na terenie wewnętrznym, ale i poza fabryką!... Hamburczyk, podczas przemównienia dyrektora, swoim cielęcym mózgiem wyrozumował sobie, że wielce zaimponuje wszystkim - wydęciem warg i policzków i nastrożoną miną, wytrzeszczając swoje oczy wołowe, jakby już wszystkich robotników fabryki miał pod swoimi nogami. Kiedy Venzke kończąc swoje przemówienie, polecił i jemu parę słów przemówić, Seiffert z dwoma "f' podniósł się z krzesła ociężale i stuknąwszy obu pięściami o brzeg stołu, przegiął się na wpół ku przodowi, niby niedźwiedź do skoku na upatrzoną ofiarę. Wodząc przed siebie oczyma, jakby upatrywał kogo połknąć, gromkim tonem zaczął swoją perorę: - Jestem August Seiffert, dotychczasowy pierwszy werkmistrz największej w Hamburgu fabryki cygar N eumannów. Opuściłem świetną posadę moją, poświęcając się na taką mizerną mieścinę jak Poznań, aby tutejszą fabrykę podnieść na wyżynę i was nauczyć rzetelnej pracy spokojnej, bez awanturniczych wybryków we fabryce, jak i poza jej terenem. Wiadomo mi o waszych awanturach, rewoltach, w których posuwacie się aż do niegodnych dobrego obywatela niemieckiego zatargów i walki z władzami!... Jak jestem Seiffert! zapewniam was, że będziecie mieli we mnie najlepszego przełożonego i serdecznego przyjaciela, jeśli się opamiętacie i zechcecie być porządnymi ludźmi dobrymi, spokojnymi i lojalnymi wobec panów dyrektorów, zarządu fabryki, przede wszystkie m władz państwowych, którym należy się słuszny respekt, posłuch i szacunek. Szczególnie do was, niemieckich kolegów zwracam się z apelem, abyście nie zapominali, żeście są członkami wielkiego narodu niemieckiego o najwyższej kulturze, poważanego przez świat cały. Wam, Niemcom, niewiele potrzebuję mówić, chyba mnie dobrze rozumiecie! Ale jedną szczerą radę i przestrogę daję wam, mianowicie tę, abyście się więcej zdała trzymali od surowego żywiołu polskiego, któremu do zupełnego człowieczeństwa z kultury dużo jeszcze brak. Przekonanym święcie, że nikt inny, jak tylko Polacy których niestety aż za dużo w tej fabryce tolerujecie, są tymi złymi duchami, co was wodzą na bezdroża awanturnicze. Oni to najprawdopodobniej są tymi krzewicielami czerwonej trucizny wywrotowej, socjalistycznej!... Powtarzam wam, landsIejtom Niemcom, chcę być dobrym, Mieczysław N oskowiczludzkim przełożonym i przyjacielem, ale bandę polską, krótko będę trzymał, w ostrych karbach! Za jakąkolwiek odtąd awanturę we fabryce bądź poza jej terenem, tylko polską zgraję (gesindel) będę obwiniał i z fabryki wyrzucał!... Na to z czołowej piątki pracowników, jak już wyżej się wspomniało, chłopów jak dęby, wystąpiło przed sam stół prezydialny dwóch Niemców Seifert Emil i Seichert Karol. Kipiąc oburzeniem, jeden przed drugiego, głosem podniesionym odpowiadają Hamburczykowi: - Seifert jestem, ale Emil Seifert, nie jakiś tam półgłówek Aujust, hamburski buffke (luntrus), w cuchthauzie (domu karnym) wyedukowany werkmistrz!... N am oczu nie zamydlisz!... Wiemy dobrze, kim jesteś!... My tu w Poznaniu, mamy już swoich landslojtów z Hamburga, co ciebie aż za dobrze znają!... Z bandą jakąkolwiek nie mamy żadnej styczności!... Nie ma pośród nas bandytów, więźniarzy!... Jesteśmy jednem bractwem cygarników i towarzysze Polacy są nam tak mili, jak rodacy Niemcy!... N a ich ziemi przecież żyjemy! na ziemi polskiej, której chlebem się żywimy!... O tern nie wolno nam, Niemcom uczciwym zapominać!... Nie tylko przyjaciółmi, ale braćmi oni naszymi!... Nie pozwolimy bezkarnie lżyć towarzyszy Polaków!... Nie pozwolimy znieważać Polaków nie tylko pętakom z Hamburga, ale w ogóle nikomu!... Kto naszego towarzysza Polaka zelży bądź skrzywdzi, znieważa i krzywdzi N . " nas, 1emcow.... Po tej nauczce danej Seiffertowi, obaj mówcy skierowali do dyrektorów ostatnie swoje słowa, wskazując na Seifferta: - Jeśli on nie przeprosi nas i naszych towarzyszy Polaków, oświadczamy panom dyrektorom w imieniu nas wszystkich, czyli i Niemców, że jutro ani jeden robotnik cygarniczy bądź robotnica nie przestąpi progów fabryki. Hamburczyk Seiffert, jak pod uderzeniem obuchem, opadł ciężko na krzesło. Zdębieli dyrektorzy i niemniej komisarz policji. Ale Venzke ratuje sytuację: - Kochani ludzie! Pan Seiffert tak źle nie myślał, jak się jemu wypowiedziało. Nie obeznany on z warunkami miejscowymi i z wami osobiście się jeszcze nie zetknął. Przy kolacji, która już gotowa czeka na nas, wszystko się wyjaśni, naprawi i pewni jesteśmy, że się wszyscy pogodzimy i będziemy wszyscy zadowoleni. Już ja pierwszy, w imieniu dyrekcji i zarządu Fabryki przepraszamy was wszystkich i kolegów waszych, Polaków... A teraz zapraszam wszystkich na kolację, na której dyrekcja, zarząd fabryki i pan komisarz, będziemy waszymi gośćmi... Niech żyje wśród nas jedność, zgoda i spokojna praca!... N iech żyją nasi pracownicy!... Kilkunastu tylko odmruknęło: - Niech żyją!... Nie na krzesłach zasiedli dyrektorzy do kolacji, ale na deskach prowizorycznych ław, pośród pracowników fabryki. Na krzesłach usadzono komisarza policji i kilku naj starszych majstrów. Hamburczyk zaś nie wiedział, co ze swoją figurą robić; stanął na boczku, jak trusia. Ulitował się nad nim dyrektor Venzke i skinąwszy ręką ku niemu, kazał usiąść obok niego na ławie. Kolację spożywano w nastroju prawie że ponurym. Jedni dyrektorzy starali się ożywić nastrój nawet dowcipami i poufalszymi, przyjaźniejszymi zwrotami do swoich pracowników, ale wszystko to, wyczuwało się, było tylko wymu szone, sztuczne. Hamburczyka Seifferta serce na pewno żółć zalewała i w duchu chyba gorzko żałował, że przyjechał do Poznania. I chociaż ośmielił się raz po raz odezwać do którego z majstrów, żaden z nich nie reagował na jego słowa, ale zwracał się do najbliższego sąsiada lub vis a vis, udając, jakby nie do niego mówiono. Dopiero po paru szklanicach piwa, towarzystwo się nieco ożywiło; odpowiadano szczerzej na słowa dyrektorów i komisarza, ale do Hamburczyka żaden z pracowników słowem się nie odezwał, czyli, że zignorowano go zupełnie. Dotknęło to snąć jednookiego Streicha, współwłaściciela fabryki, który osobiście wywiózł Seifferta z Hamburga do Poznania, wstaje więc z miejsca, a ująwszy szklanicę z piwem, mówi: - Piwo dobre na orzeźwienie i ugaszenie pragnienia, ale nie masz w niem serca, ani ciepła rozgrzewającego animusz życiowy. Spełniam więc tę szklanicę na wspólną pomyślność naszą, a na wasze zdrowie, kochani pracownicy, funduję wino, które za chwilę będzie na stole!... Kochany Seichertku! - zwraca sie do stróża posesji i fabryki Streich - skoczcie co żywo do J abczyńskiego po parę koszy wina na mój rachunek!... Do Jabczyńskiego składu kolonialnego i winiarni na Chwaliszewie, przez podwórze z Wenecjańskiej było kilkadziesiąt kroków, toteż zaledwie w pół godziny, już dostateczne baterie butelek wina, wprawdzie nie najlepszego, ale zawsze wina stanęły na stołachc/n w WAif 'w wł wjr WPWv&W*P*s» wv w"V w wfw wcP Dajstórsza fdlftafirofine premjonmn6 mlodosytota Bielfcopolsha A Jabczyńskiego $ 9 Poznań, Chwal iszewo 35. 9 P poleca znane z swej dobroci J n f WĘ *KK A H j ...........'....................-..... .mmmmbm warn *"*«* N***' NłwMw J> A "* TM _____________ TI'.» VI Specyalnośc: A I miód kasztelański, miód tokaj lipcowy l L ci AS> Fot. 37. Ogłoszenie miodosytni Mieczysława Jabczyńskiego z 1908 r. Mieczysław N oskowicz Streich z weselszą już miną wzniósł pierwszy toast wInny na zdrowie i zgodną jedność wszystkich pracowników fabryki. I znowuż przy trącaniu kieliszkami, żaden z pracowników nie trącił o kieliszek Hamburczyka. Ale rzeczywiście, jak to przewidział Streich, po paru kieliszkach wina, jakoś całe bractwo cygarnicze i goście, jakby dopiero ożyli, ocknęli z martwoty. I znowuż August Streich, ale już na dobre rozkrochmalony ciepłem, jakie zdaniem jego daje winko, tonem przyjacielskim zagaduje po polsku majstra Morawskiego: - Panie Władziu! Pan podobno jest poetą i umie pięknie improwizować?.. Możeby pan z łaski swej, jeżeli mogę o to prosić, przemówił parę słów od serca do serc naszych?.. Na to poczciwota Morawski: - Życzenie pana dyrektora jest dla mnie rozkazem, ale nie wiem azali drudzy panowie tego sobie życzą... - Prosimy! prosimy! - wołają i dyrektorzy i komisarz policji. - Chętnie i z wdzięcznością posłuchamy przemówienia pana Morawskiego... - A więc dobrze. Dziękuję za łaskawe udzielenie mi głosu i będę się starał przemówić szczerze z serca do serc waszych, jak sobie tego panowie życzycie... I najpłynniejszą niemczyzną, Morawski zaczął improwizację, podczas której zaległa cisza, jakby makiem posiał, że zdawało się wszystkim słyszeć tętno serca swego. Biedny Morawski, już w ostatnim prawie stadium gruźlicy, ale nie potrzebował wysilać się na podnoszenie głosu. Oto dosłowne tłumaczenie improwizacji Morawskiego. DOLA CYGARNIKA Chociem tylko cygarnikiem, Nie mijałbym się ja z nikim N a jaką bądź profesyję Profitniejszą. Skromnie żyję, Życie pędzę nie leniwie, Ale w pracy i uczciwie. Zdrowie niszczy nasza praca, Którą nędznie się opłaca. Fraszka - człowiek zdrowie traci, Grunt - fabrykant się bogaci I fortuny zbija krocie! A cygarnik przy robocie, Jak ogarek świecy gaśnie, I gruźlikiem w końcu zaśnie. Lecz cygarnik łzą bliźniego, Sumienia nie splami swego, Nie skrzywdzi go za nic w świecie! On sam w krzywdzie żyje przecie, Więc wie, jako krzywda boli! Głodem przymrzeć on sam woli, I ostatnią skibę chleba, Da głodnemu jeśli trzeba. Cygarnicza oto dusza! Własna dola go mniej wzrusza, Z duszy radby on każdemu Otrzeć krzywdy łzę bliźniemu... W naszym bractwie cygarniczem, Nie liczym się znikim, zniczem! Jeśli chodzi o bezprawia, Tam cygarnik sam się stawia - Za obrońcę, karciciela! W nim zło - nie ma przyjaciela, Bezwzględnie kto ono broi! Bo cygarnik się nie boi, N ie lęka się on nikogo, Sam uczciwą chodząc drogą!... U nas - wolność myśli, ducha, Która tylko serca słucha! Więc jak bracie się kochamy, I w kaszy się zjeść nie damy Nikomu, choć największemu Z wrogów, diabłu choć samemu!... Mimo naszej profesyji Tak niskiej, nie chcem niczyjej Niewolniczo prosić łaski! Dziś nie dla nas słońca blaski, Ale brzask już różowieje, Więc krzepią i nas nadziej e: Jeśli już nam nie zaświeci Los jaśniejszy, nasze dzieci Doczekają lepszej doli! Jeśli dzisiaj dobrej woli I z sumieniem brak jest ludzi, Opatrzność z krzywd naszych wzbudzi Krzywdy Sędziów sprawiedliwych!... Skończył Morawski improwizację swoją, a cały zespół bractwa cygarniczego huknął gromkiem: - Nich żyje nasz brat, nasz towarzysz Morawski!... - Lebe hoch unser lieber Bruder Morawski! - wiwatowali Niemcy. A dyrektorzy i komisarz policji, z miejsca się nie ruszyli, siedzieli z głowami pochylonemi, niby skazańcy w sądzie po ogłoszonym wyroku. Naraz, czego wszyscy najmniej się spodziewali, podnosi się z ławy, siedzący między Streichern a Venzkim "Aujust" Seiffert i zwracając się do Morawskiego, wycedza przez zęby: - Piękne ani słowa, byle przemówienie pana. Jak na apostoła diabelskiego obozu socjalistycznego, wspaniałe!... Resztę zaś słów skierował do dy Mieczysław N oskowiczrektorów: Oto Polak deprawujący Niemców, zły duch fabryki!... Aleja dam sobie radę i z tymi zapowietrzonymi wywrotowcami! Poświęcę się dla Vaterlandu i dla braci landsmannów! Mam nadzieję, że władze nie odmówią mi pomocy. . . Takiej tyrady zacietrzewionego szwaba hamburskiego, było już za wiele samym dyrektorom, zaczęli więc psykać, komisarz zaś kiwał ręką, aby zaprzestał, co spostrzegłszy jednooki Streich, położył niefortunnemu mówcy rękę na ramię i usadził go na ławie. Dyrektorzy, jak powarzeni, nie wiedząc już jakiemi słowy uspokoić wzburzony cały zespół fabryczny, zapewniali tylko, że stanowczo przemówią do rozsądku Seifferta, co dzisiaj jest niemożliwem, bo widocznie za wiele sobie podpił. Ale jutro, po trzeźwemu na pewno przeprosi wszystkich. Główny dyrektor Venzke zapowiedział pracownikom podwyżkę zarobku o dwie marki od tysiąca cygar i to już od tygodnia ubiegłego. A komisarz policji, mając już po czub głowę zalaną, kiwał nią tylko na wszystkie strony i powtarzał wciąż w kółko: - Ja - ja, panowie dyrektorzy i wy ludzie kochani, macie wszyscy rację. Jutro będzie za wszystkie m znowuż dobrze i w porządku i w zgodzie!... Za podwyżkę płacy, podziękowali dyrekcji w imieniu pracowników, starsi majstrowie - Oskar Winkler i Maksuś Sowiński. Dyrektorzy, a nawet komisarz podaniem ręki żegnali się z wszystkimi pracownikami fabryki na dobranoc i wszystko rozeszło się w najwzorowszym porządku i spokoju, każdy do swojego domu. Jednemu tylko hamburskiemu Seiffertowi, ani komisarz ani dyrektorzy już nie podali ręki. O wieczornej godzinie dziewiątej, nie było już nikogo we fabryce, tylko stróż posesji i fabryki, Karol Seichert obchodził wszystkie korytarze, pracownie, składnice oraz biura zali wszystko w porządku. O północy, gwałtowny rumot do drzwi mieszkania budzi ze snu Streicha, który zrywa się z łóżka i z palącą lampą wybiega na korytarz i widzi przed sobą stróża Seicherta drżącego z przerażenia. Z bełkotu jego zrozumiał Streich tylko tyle, że na podwórzu leży hamburski Seiffert nieżywy. Na szczęście "Aujusta" Seifferta, nie zdążył on jeszcze odjechać w zaświaty, ale dziur od majcherków cygarniczych miał na ciele swoim coś ze dwadzieścia. Wylizywał się z nich w szpitalu tylko kwartał. Niewdzięcznik, wyszedłszy ze szpitala, nie zdobył się nawet na tyle poczucia wdzięczności dla dyrektorów fabryki za ich opiekę i starania podczas jego kuracji w szpitalu, aby ich odwiedzić i grzecznie podziękować. Wprost ze szpitala wiał on z powrotem do Hamburga. Dopiero stamtąd procesował dyrekcję fabryki o odszkodowanie. Wspomniało się w niniejszym opowiadaniu o nikłej garstce Niemców szowinistów - hurrapatriotów. Otóż najzagorzalszym z nich, był Wilhelm Golz. Głupiutki aż do politowania, mniemał o sobie, a nawet głośno wobec kolegów się chełpił, że - nad niego nie masz mędrszego człowieka na świecie. Tylko ludzie zazdroszczący mu jego rozumu, nie chcą tego głośno przyznać. Mędrzec ten duszą całą nienawidził Polaków, jako najniegodziwszych i najciemniejszych na świecie ludzi. Przy tern był on tak zacietrzewionym wrogiem kościołówkatolickich, że patrzeć nie mógł na nie i najchętniej by one popalił i zrównał z ZIemIą. Z wszystkich Polaków, jakich nie znał zaimponowali mu jedynie - Walenty Talarowski i jego żona, którzy prócz swego zawodu kapeluszniczego, trudnili się wróżeniem z kart. Golz zachwycał się ich cudowną sztuką przepowiedni z kart. Tylko oni, zdaniem Golza, mimo że Polacy, byli mądrymi, zasługującymi na poważanie i podziw. Talarowscy mieli w Golzu najwierniejszego i wdzięcznego klienta. Regularnie każdej soboty po wypłacie zjawiał się Golz u Talarowsksich po wróżbę z kart na cały nowy tydzień. Ajednak - nie przepowiedzieli jemu, że czeka go więzienie, za co później miał do nich żal, ale łagodził go znowuż i obwinianiem siebie samego, że nie uprzedził ich o pewnej małej słabostce swej, jego zdaniem bardzo niewinnej. Otóż pasjonowała go "bardzo niewinna zabawka". Wybijanie szyb w oknach kościołów katolickich. Kieszenie miał zawsze pełne kamyków i katapulcik czyli procę z widełek gałązki i gumy. Przechodząc mimo jakiegokolwiek kościoła katolickiego, upatrywał momentu kiedy nie było więcej przechodniów i wystrzeliwał szybki okien kościelnych. Jako najwdzięczniejszy obiekt "niewinnej" zabawki swojej, upatrzył sobie Golz kościół Bożego Ciała. Aż do zniesienia fortów i obwałowań okalających miasto, jedna z redut wojskowych i jej wał przylegały do murowanego ogrodzenia kościoła od prezbiterium, aż ku głównemu wejściu do Kościoła. Na tym to wale, w każde nieomal niedziele i święta siadywał sobie Golz i katapulcikiem wybijał w ołów oprawne szybki okien kościoła. Ówczesny rezydent kościoła Bożego Ciała, ks. Wiktor Leon Przybylski był wprost w rozpaczy, bo zaledwie nowe wprawiono szybki, a kosztowna była to robota, już po paru dniach, a niekiedy dnia następnego znowuż okna były zdewastowane. Aż pewnej niedzieli po południu, już po nieszporach ks. Przybylski pozostał jeszcze w kościele, aby w spokoju odmówić brewiarz. N araz słyszy dźwięki szybek tłuczonych od zewnątrz, a że i kościelny oraz organista byli również w zakrystii, przywoławszy jeszcze kalkanistę do pomocy, czwórka ta po dwóch, jedni bramą, drudzy bocznem wejściej, powoluteńku we czwórkę osaczyli Golza w momencie, kiedy katapulcikiem celował znowuż w okna kościelne. Niespodziewanego pomocnika znalazła nasza czwórka i w podoficerze, który z podwórza reduty obserwował zabawkę Golza i podobno już przygotował sobie dwóch żołnierzy na ujęcie jego. Golza oddano w ręce policji, która po spisaniu protokółu, oddała sprawę prokuratorowi. Sąd skropił Golza za tak "niewinną" zabawkę jego dwoma miesiącami więzienia, a Bractwo Cygarnicze wykluczyło go z grona swojego i z fabryki go wydalono. Golz, po wyjściu z więzienia przypomniał sobie, że jednak Talarowscy wróżyli mu, że będzie miał z sądem do czynienia. A więc jego tylko wina, że ich nie zapytał - czy za tak "niewinną zabawkę" może pójść do więzienia. [...] Po tragicznej śmierci Adolfa Hillnera, misja porady i obrony prawnej Bractwa Cygarniczego, dostała się towarzyszowi Sylwestrowi Prochowskiemu, byłemu kanceliście Rejencji. I nie zawiodła się na nim brać cygarnicza. Brat Syl Mieczysław N oskowiczwuś, jak go ogólnie zwano, zżył się już jak najserdeczniej z towarzyszami pracy, że wszystkim się zdawało, jakoby ich bratem był rodzonym. I niemieccy towarzysze mówiąc o nim, nie inaczej określali go, jak - "unser polnisze Bruderherz, Sulwusz". (Nasz polski brat serdeczny, Sylwuś.) Tak, zaprawdę, zasłużył on sobie na takie miano, bo czymże on wszystkie m dla nich nie był. W prawie obeznany niemniej, jak adwokat, z darem wymowy za serce porywającym, wiedzy wszechstronnej, zdawał się być encyklopedią chodzącą; na życie zapatrywał się poważnie, stąd też wczuwał się szczerze w życiowe potrzeby i niedole bliźnich. Toteż jakikolwiek kłopot, smutek bądź nieszczęście osobiste czy rodzinne, wszyscy udawali się do Sylwusia, jak do brata serdecznego, a on radził, pocieszał, godził, a nawet, co dość często się zdarzało, ponad miarę możliwości wspierał i ratował materialnie. Po wypłacie sobotniej przychodzi Sylwuś do domu i zamiast oddać z tygodniówki coś pieniędzy, tłumaczy się rodzicom i przeprasza, że - dzisiaj nie może nic dać, bo cały zarobek złożył na "sowity procent do skarbony Bożej, na poratowanie głodującej rodziny chorego towarzysza". Składali się wszyscy, to i on nie mógł pozostać w tyle, a że podobnej nędzy jest więcej w zespole cygarniczym, więc... - Dobrze, Sylwuś, - przerywa ojciec - wiem, że nie kłamiesz, żeś tych pieniędzy nie przepił ani przetrwonił w karty. I tuląc syna do piersi, całuje go w głowę, pomrukując sobie: - Tak, tak nie robi mi wstydu. Nieodrodny mój synek... A głośniej dodaje: - Tak, trzeba mieć serce dla bliźnich, trzeba być im bratem, dopiero wtedy będzie wszystkim nam dobrze na świecie!... Ojciec Maciej wiedział, że syn jego Sylwuś, nie może obojętnie patrzeć na nędzę i nieszczęście bliźniego, że zarobioną tygodniówkę swoją otarł łzy biedaka i tern samem złożył ją na "sowity procent do skarbony Bożej". Sylwuś Prochowski za poradę i prawną obronę piśmienną, za korespondencję z dyrekcją fabryki bądź władzami, nie brał ani grosza nie tylko od braci cygarniczej, ale od każdego innego biedaka, co do niego o poradę, pomoc lub obronę się udawał. Zadowalał się on skromnym zarobkiem swoim przy stoliku cygarniczym. On to zainicjował i z pomocą Morawskiego, Sowińskiego i Seiferta Emila założył dwa kółka oświatowe dla młodzieży cygarniczej polskiej i niemieckiej. W każdą niedzielę wieczorem zbierały się one kółka młodzieżowe; były właściwie pierwszą szkołą ideologii socjalistycznej. Istniały one i działały, rozumie się, jako organizacje tajne, zakonspirowane, bowiem ówczesne władze pruskie, jako żywo by ich nie zalegalizowały. Chyba przeciwnie, twórcom i kierownikom, jako politycznie niebezpiecznym, obrzydzałyby im życie procesami karnymi. Pamiętam, jakby to wczoraj było, mimo że działo się to wieczorem, 4-go marca 1890 roku. Młodzież cygarnicza zebrała się w towarzystwie starszych braci w obszernym, bo z paru większych ubikacji składającym się warsztacie stolarskim Leona Prochowskiego, starszego brata Sylwusia, przy ulicy Strzałowej nr 2 w podwórzu. Lokum było całkiem bezpieczne, bowiem prócz warsztatów, resztę parteru wraz z połową domu frontowego zajmował Leon Prochowski, a na pierwszym piętrze mieszkała wdowa Ernestyna Schulzowa, zdeklarowana socjalistka. Zebranie to było połączone ze skromną stypką imienionową młodszego brata cygarniczego, Kazia Szulca z Chwaliszewa. Zebranie to urozmaicone było wcale nie kiepską muzyką, bowiem Sylwuś po mistrzowsku grał na harmonii, zaś siostrzeniec jego, autor niniejszego wspomnienia, nie gorzej na skrzypcach, a sam gospodarz lokum, niby skowronek trylował na flecie. Nastrój był serdeczny, prawdziwie sielski -anielski. Na tejże imieninowej stypce uchwalono urządzić obchód I-go i 3-go Maja wspólnie w zamkniętym kole towarzyszy cygarniczych oraz ich rodzin i gości-przyjaciół tylko zaproszonych, czyli pewnych. Ułożeniem programu i wyszukaniem odpowiedniego lokalu mieli się zająć trzej kierownicy kółek. Pierwszy maja przypadał tegoż roku w czwartek, a trzeci w sobotę, zatem w dni powszednie, w które nie można było przerywać pracy, aby dyrekcji i zarządom obu fabryk nie nasuwać podejrzenia, że się urządza jakieś władzom nie miłe manifestacje. Sama słuszna przezorność nakazywała unikać incydentu politycznego z władzami, nieprzejednanie wrogo nastawionymi przeciw socjalizmowi. Za urządzenie obchodu I-go Maja, wonczas święcie można się było spodziewać procesu politycznego i więzienia. Postanowiono więc przełożyć one uroczyste zebranie na niedzielę 4-go maja. Najwięcej kłopotu i mozołu było ze zdobyciem dla cygarników lokalu na trzy do czterech godzin. Na kilkanaście w mieście lokali dla towarzystw, dwóch tylko gospodarzy, byłych Weteranów z roku 1863-go, Bolesław Knoll w ulicy Wrocławskiej nr 18 i Stanisław Miśkiewicz w Starym Rynku, chętnie a nawet bezpłatnie oddaliby salki swoje Bractwu Cygarniczemu już z tego względu, że ich zdaniem - nieprzyjaciel władz zaborczych, ciemiężców może tylko być przyjacielem Polski ujarzmionej. Ale niestety, tym razem towarzysze cygarnicy przyszli za późno, bo salki już były zarezerwowane dla innych towarzystw. Pozostał jeszcze ostatni lokal Marcelego Szymańskiego, przy Starym Rynku nr 34 z wejściem z ulicy Woźnej. Salka na tę niedzielę, owszem była wolna, ale gospodarz słysząc, że to cygarnicy chcą w jego lokalu odbyć zebranie, z góry odmówił, tłumacząc się obawą utraty koncesji. Ale na widok trzydziestu marek, znikły jego skrupuły i obawa przed władzami, że zgodził się na oddanie salki "niebezpiecznym cygarnikomsocjalistom", ale na trzy godziny tylko, popołudniu, od godziny 4-ej do 7-ej. Na oznaczoną godzinę, sala była już szczelnie wypełniona przez bractwo cygarnicze z rodzinami i zaproszonych przyjaciół. Serdeczne było zagajenie uroczystościowego zebrania przez towarzysza Morawskiego w języku polskim. A kiedy to samo chciał powtórzyć po niemiecku, kilku towarzyszy Niemców, podniosło głos jeden przez drugiego. - Nie potrzeba nam, towarzyszu Morawski tłumaczyć na niemieckie, bowiem wszyscy, jak tu jesteśmy, rozumiemy dobrze po polsku. Jest to nasz drugi język ojczysty, jak wyście są naszymi braćmi... Ale ja przemówię - kończy Emil Seifert - po niemiecku do miłych gości naszych, którzy jeszcze nie słyszeli przepięknej improwizacji naszego brata serdecznego, Władzia Morawskiego!... Poczciwota Emilek z tak serdecznem przejęciem zadeklamował "Dolę Cygarnika" , że niejedno oko zwilżyła łza rozrzewnienia. Kiedy salka jeszcze grzmiała burzą oklasków, parka dzieci biało ubranych z czerwonymi szarfami przez piersi, przystąpiła do stołu prezydialnego i autorowi improwizacji podała bukiet czerwonych róż. Mieczysław N oskowicz Morawski serdecznie wzruszony, ucałował główki dzieci i głosem łzami tłumionym, zapewniał brać cygarniczą o swoim dla nich oddaniu: - Kocham was sercem calem, drodzy towarzysze i towarzyszki i do ostatniego tchu życia chcę służyć naszej sprawie!... Biedny towarzysz Morawski, nie przeczuwał, że uczestnictwo jego w tym uroczystym a tak skromnym obchodzie I-go i 3-go Maja, miało być już ostatnią jego usługą w "naszej sprawie". Ale nie uprzedzajmy faktów. Jak już wcześniej wspomniałem, Morawskiego wyniszczała gruźlica, nie mógł on już ani głośno, ani zbyt wiele mówić. Krótki referat o idei socjalizmu, wygłosił towarzysz Zakrzewicz, następnie towarzysz Buchwald odczytał z jakiejś broszury referacik niemiecki o - bratniej spójni socjalistycznej . Na tern zakończyła się część pierwsza programu, poświęcona l-mu Maja. Na uczczenie 3-go Maja złożył się również krótki wykład Sylwusia Prochowskiego o Konstytucji 3-go Maja, po którym siostrzeniec prelegenta, 12-letni Miecio N. zadeklamował własnego układu wiersz: "Jakże cię nie kochać mam, Ojczyzno droga". Podczas deklamacji Mięcia N. wszedł na salkę spóźniony gość, serdecznie życzliwy przyjaciel Bractwa Cygarniczego, Fryc Toeplitz, syn obywatela Maurycego Toeplitza z ulicy Wenecjańskiej. Kiedy mały deklamator skończył swój popis, Toeplitz podchodzi do podium, bierze chłopca w ramiona, ściska go i całuje i głosem podniesionym powtarza z małą zmianą końcówki deklamacji. - Wróg was nie zmiażdży, póki w polskich sercach będzie żyła Polska droga!... Jeszcze Polska nie zginęła, póki żyje naród polski!... Pozwólcie mi drodzy przyjaciele moi z miejsca tego przemówić jeszcze parę słów do was i do moich rodaków Niemców!... I przemówił Toeplitz po niemiecku w tym mniej więcej sensie: - Nie smućcie się bracia Polacy, żeście ujarzmieni! nie upadajcie na duchu!... A my, Niemcy uczciwi, nie kalajmy rąk i sumienia naszego krzywdą bliźniego Polaka!... U szanujmy bolesny ich smutek po utracie tego, co każdemu nie tylko człowiekowi, ale i stworzeniu jest najdroższem - wolności i swobody!... Pamiętajmy, że N emezys dziejowa jest sprawiedliwa i mściwa za każdą bezprawą krzywdę komukolwiek wyrządzoną. Jaką miarą dobro czy zło bliźnim się wymierza, to samo ale miarą podwójną, a niejednokrotnie setną sprawiedliwa Nemezys oddaje!... Nie masz na tym świecie smutku, który by nie kończył się pocieszeniem. Już wiek przeszło płacze i smuci się naród polski, spętany przez trzy wraże siły zaborcze! Ale - tutaj mówca nagle urwał, jakby się zataił, albo zapatrzył oczyma duszy w jakąś wizję, co trwało z parę sekund, zaczem znowuż podniósł głos swój - niedługo już! niezadługo już "blitzkreuz-himmeldonnerwetter!4 w proch i pył rozwalą, rozsypią pruskich raubritzerów potęgę, a wraz z nią upadnie i siła reszty zbrodniarzy zaborców!... Polska będzie wolna i szczęśliwa!... N am Niemcom zostanie się gorzki płacz i ciężka żałoba!... Niestety, jak zwykle, w wymiarze kary sprawiedliwej Nemezys, tysiące niewinnych będzie cierpiało za grzechy winowajców-ujarzmicieli Polski!... Będzie to jednak zasłużona kara na całe Niemcy za wyniesienie hohenzollernowskiego raubittera na tron cesarski i za wprzągnięcie się narodu niemieckiego w rydwan pruskiej, łajdackiej polityki grabieżczej i prześladowania ujarzmionych ofiar, nad którymi jeszcze bezdusznie się pastwią!... Ja, ani wy starsi tutaj zebrani, nie doczekamy onej strasznej chwili wymiaru sprawiedliwości N emezys dziejowej, ale nasze dzieci i wnuki doczekają!... Płaczące dzisiaj, będą się radowały, a cieszące się z krzywdy Polaków, będą we łzach i własnej krwi się pławiły!... Biada! biada! biada ciemiężcom nie chcącym wiedzieć, wierzyć, że - każdy gwałt, zbrodnia i bezprawie mści się nad tym, który niemi się posługuje!... N agle rozwierają się podwoje salki i na progu zaświeciło aż pięć pikelhaubów 5 a pośród nich w cywilu komisarz kryminalny wydziału politycznego. Na salce powstało zrozumiałe zamieszanie. Mimo wezwania komisarza, aby nikt z miejsca się nie ruszał, najpierwsze kobiety tłoczyły się ku drzwiom, jedynemu wyjściu zatarasowanemu przez policję. Nie pomogły i nawoływania od stołu prezydialnego, aby zachować spokój, że tu nie chodzi o głowę, o życie. Wreszcie - Majewski, Morawski, Prochowski, Skrzycki, Sowiński, Seifert a nawet gość-przyjaciel Toeplitz przedzierają się ku drzwiom w tym tylko zamiarze, aby powstrzymać natłok i zapobiec możliwej katastrofie i proszą, aby nie tłoczyć się, a raczej się uspokoić. N awoływania tego po polsku i po niemiecku, policja najprawdopodobniej nie chciała zrozumieć ani słyszeć, ale dobywając pałaszy natarła na ludzi, co widząc towarzysz Franciszek Pacyna, strzela z rewolweru, dziurawiąc jednemu z policjantów na szczęście tylko hełm, a nie głowę, za co na pewno przyszłoby mu oddać swoją głowę. Teraz zawrzała bójka na dobre. Policjanci tratując po kobietach i dzieciach leżących już na ziemi, niewiele w takim natłoku mogli wymachiwać pałaszami. Sytuacja pogorszyła się jeszcze, kiedy i goście z lokalu bufetowego, nie należący wcale do bractwa cygarniczego, natarli na policję z tyłu, tak że znalazła się od razu w samym środku bójki. Na to, właściciel lokalu, Szymański wysłał jednego ze stołowych (kelnerów) Niemca, na pobliski odwach po wojsko i do najbliższego komisariatu policyjnego przy placu Stawnym po pomoc. Nie trwało długo, co najwyżej kwadrans, a do lokalu bufetowego wkroczyło sześciu żołnierzy z karabinami najeżonymi bagnetami z podoficerem na czele, a tuż za wojskiem zwaliła się falanga może z dziesięciu policjantów. Wszystkich wyżej wymienionych, którzy właśnie chcieli zapobiec panice, policja i wojsko odcięli od reszty będących jeszcze na salce i odprowadzono ich już nie na dyrekcję policji, ale wprost do więzienia na ulicę Młyńską. Jednemu tylko Frankowi Pacynie, który podziurawił hełm policjantowi, powiodło się, prawie że cudownym sposobem wydostać ze sali na ulicę i tern samem uniknąć aresztowania. Mógł on być święcie pewnym, że z ujętych towarzyszy, żaden go nie wyda. Aresztowanych trzymano we więzieniu śledczem dwa miesiące, zanim sprawa znalazła się na wokandzie sądowej. W toku rozprawy dowiedziano się, że już kiedy Emil Seifert deklamował Morawskiego improwizację, Szymański wysłał onego stołowego Niemca na dyrekcję policji z donosem i prośbą, aby z lokalu jego wyrzucono "niebezpiecznych wywrotowców". Nikczemnik ten, w sądzie jako świadek, bił zeznaniami swymi w cygarników-socjalistów, jak w psów. Mieczysław N oskowicz Ojciec Fryca Toeplitza finansował obronę nie tylko syna, ale wszystkich uwięzionych. Wprawdzie nie był zbyt łaskaw na socjalizm, jako dzieło - zdaniem pana pastora Linkeg0 6 niezbożne, grzeszne, bo burzące stary, wiekami uświęcony porządek społeczny. Tak, co pastor Linke na kazaniu prawił, dla starego Toeplitza było święte. Ale przecież trzeba było bronić syna; wreszcie i dla reszty uwięzionych, serce jego nie było z kamienia. Bliźni przecież oni, a że są czerwoni, ale nie zbrodniarze. A może, jeśli on, stary Toeplitz wybawi ich z więzienia, może się nawrócą? Tak rozumował sobie i serdecznie się zwierzał poczciwota Maurycy Toeplitz przed przyjacielem swoim, Maciejem Prochowskim, którego syn, Sylwester również był uwięziony. Obojętne jemu było, wiele wezmą adwokaci; bagatelką była dla niego suma pięćset czy tysiąc marek, bo pieniędzy miał jak plew, więc dwom najdzielniejszym adwokatom i w dodatku dwom Zygmuntom - Dziembowskiemu i Lewińskiemu poruczył obronę wszystkich uwięzionych. Tak Toeplitz, jak i oskarżeni, nie zawiedli się na swoich obrońcach. [...] Po onym procesie, Szymańskiego restaurację i salkę wszystkie towarzystwa polskie zbojkotowały; dla Polaków on nie istniał. Obywatel Maurycy Toeplitz, był właścicielem okazałej dwupiętrowej kamienicy narożnikowej przy ulicy Wenecjańskiej nr 9 i uliczce Warcianej, z pięknym wielkim ogrodem. Do domu przylegał jeszcze dość pokaźny plac z paru szopami, składnicami węgla i drzewa opałowego. Z frontu ulicy przy bramie i furcie, był murowany domek-kantorek, w którym Toeplitz od rana aż po wieczór, wedle jego określenia "urzędował", sprzedając węgiel i drzewo, nie z musu, aby żyć, ale dlatego, że musiał mieć jakieś zajęcie, bo na próżniaczce dawno by nie żył. Toeplitz, był wedle jego opowiadania, rzekomo potomkiem jakiegoś wyższego dygnitarza dworu króla Augusta Mocnego, z którym ze Saksonii przybył do Polski. W Polsce zaaklimatyzowali się i potomkowie jego, do których z pewną dumą zaliczał się i nasz Maurycy Toeplitz. Jakjego przodkowie, pozostał on Niemcem, ale - co zawsze z naciskiem dowodził, nie był i stanowczo nie chciał być Prusakiem. W okresie, o którym snujemy nasze opowiadanie, Toeplitz dźwigał na swoich barkach już siedem krzyżyków i już dziesięć lat był wdowcem. Żył tylko dla swoich dzieci, które kochał, jak tylko dobry ojciec kochać może. Córę Klarę za to, że była portretem nieboszczki matki swej a jego żony ubóstwianej; a syna Fryca, że jego był sobowtórem. Córę wydał szczęśliwie za mąż za Polaka-ewangelika, pastora w Kępnie Wielkopolskim. Oprócz wspaniałej wyprawy, pięćdziesiąt tysięcy marek gotówką, dostała córa, jako wiano ślubne, co wonczas stanowiło już wielką fortunę. Syn Fryc, jak ojciec sobie tego życzył, studiował w Lipsku prawo i zdobył doktorat, a od ojca, na wypoczynek po trudach studiowania dostał kilka czeków bankowych na zwiedzenie świata. Fryc podziękował serdecznie ojcu za hojny ekwipunek we świat i wyruszył z Poznania wprost do Mediolanu, we Włoszech. Tak, młody Toeplitz, chłopaczkiem jeszcze będąc, marzył tylko o scenie teatralnej i pragnął być aktorem, o czem znowuż ojciec ani słuchać chciał: - Jednego tylko mam syna, - zwykł mawiać - ale komediantem nie chcę cię widzieć. Owszem, bądź czemkolwiek tylko chcesz - doktorem czy pastorem, szewcem, kramarzem, albo kominiarzem, byłeś mi nie mówił o teatralnem komedianctwie. Fryc mając teraz dość pokaźną sumkę do swej dyspozycji, nie oddał się hulankom, ale będąc już w Mediolanie, zaawizował się dyrekcji teatru "La Scala". Nie darmo mówi przysłowie: - Pieniądz to klucz złoty, którym wszelkie drzwi otwierać sobie można. Za dobrem wkupnem, przyjęto z miejsca Toeplitza do zespołu teatralnego, początkowo w charakterze statysty i ucznia szkoły dramatycznej. Po pięciu latach pobytu w "La Scali", Fryc Toeplitz opuścił Mediolan, jako skończony artysta sceny i teraz dopiero puścił się na wojażerkę po świecie. Ponad sumę, w jaką ojciec go zaopatrzył w podróż, nie potrzebował prosić o więcej pieniędzy, bowiem dyplom "La Scali" i świetne recenzje pism włoskich, otwierały przed nim podwoje wszystkich teatrów stolic krajów świata. Był przecież nie lada artystą, bo z marką mediolańskiej "La Scali", więc suto honorowano jego gościnne występy na scenie, gdziekolwiek się pojawił. Stary ojciec już na dobre się niepokoi i tęskni za synem, wyglądając jego powrotu, a nawet łudzi się nadzieją radosną niespodzianki, jak mu syn zaprezentuje przystojną i urodną synową. Było to wiosną r. 1888. Niemieckie dzienniki wychodzące w Poznaniu, obwieszczają sensacyjną wiadomość, że Teatr miejski (niemiecki) zaszczyci wkrótce światowej sławy artysta mediolańskiej "La Scali", Friczeplicze, co jak na Poznań, miasto tylko prowincjalne, wielkim jest zaszczytem. W tydzień później, zajeżdżają na ulicę Wenecjańską dwa wspaniałe powozy. Z pierwszego wysiada okazałej postawy mężczyzna, z figury i twarzy sobowtór starego Toeplitza, z tą jednakże różnicą, że stary Toeplitz był już siwiuteńki, a wysiadający z powozu, mógł mieć co najwyżej lat trzydzieści sześć o bujnej, kruczo-czarnej czuprynie kędzierzawej. Ojciec Toeplitz, właśnie co po spożytym obiedzie wstał od stołu, a słysząc turkot i nagłe zatrzymanie się pojazdów przed domem, wygląda oknem, ale nie poznaje syna. Wychodzi jednak przed dom, a tu syn rzuca się jemu na szyję. - Ojczulku kochany! Nie gniewaj się na twego syna, że ci tak długo nie dawał znaku życia, ale temu winne były dalsze studia i wreszcie wojażerka po świecie... - Więc to ty jesteś, naprawdę?... Mój Fryc, synek mój kochany?! - odpowiada łzami radości tłumionym głosem ojciec. I wskazując ręką na drugi powóz zamknięty i mrużąc filuternie jedno oko, dodaje: - A tam pewnie twój skarb serdeczny, a moja synowa?.. "Synek" Fryc otwiera drzwiczki powozu i na jego krótką komendę: "na hop!" wyskakuje z powozu może z lat dwadzieścia mający murzyn, a za nim - najprawdziwszy, piękny żywy lew. Stary Toeplitz, o mało na wznak się nie obalił z przerażenia na widok lwa, mimo że miał on mosiężną obrożę i na takimż był łańcuchu. - Oto na razie, mój skarb serdeczny, kochany ojczulku! - mówi Fryc, prezentując ojczulkowi lewka-pieszczocha swojego. O ożenku pomyśleć, jak dotąd, nie miałem czasu. Niech się ojczulek nie boi mojego pieska kochanego. Mieczysław N oskowicz Wychowałem go od maleńkiego kociaka, a dostałem go, będąc w Adis Abebie, stolicy Abisynii od księcia następcy tronu. Miłe to psiątko jest na łańcuchu z nakazu władz tylko wtedy, kiedy wychodzę z niem z domu między ludzi... Traf zrządził, że moi rodzice kazali mi pójść do Toeplitza zamówić centnar węgla. Zaciekawiony dwoma powozami przed domem Toeplitza, podchodzę bliżej, ale na widok murzyna i lwa, włosy na głowie dęba mi stanęły. Cofam się, aby zawrócić do domu, a stary Toeplitz woła: - Nie bój się, Mięciu! Piesek ci nic nie zrobi!... - Ale ten murzyn może mnie zjeść, - odpowiadam - bo murzyni podobno ludzi pożerają... Na to znowuż młody jegomość, bezbłędną polszczyzną uspokaja mnie: - Pogłaskaj lewka po grzywce, a czarnemu panu Barnabie powiedz grzecznie dzień dobry... A ode mnie - dodaje stary Toeplitz - dostaniesz trzy marki na książki. Wiedział poczciwota Toeplitz, czem mnie pokusić. Od szóstego roku życia, kiedy ojcu najpłynniej czytałem gazetę, każdy zdobyty grosz oszczędzałem - nie na łakocie będź zabawki, ale na książki. Wreszcie pomyślałem sobie: - Pan Toeplitz, przyjaciel dziadka, chyba nie pozwoli mnie skrzywdzić. Podchodzę więc do lwa i pogłaskałem go parę razy po grzywie i grzbiecie, a lewek niemal jeszcze raz tak duży, jak dobrze wyrosły bernardyn, widocznie zadowolony z pieszczoty, tylko sobie pomrukiwał. Podchodzę do murzyna, a ten na całą szerokość, może z ćwierć metrową "usteczek" swoich śmieje się do mnie i - aż zdębiałem z podziwu, mówi do mnie po polsku: - Meczu dobry! dżyn dobry!... Pan Toeplitz, zamiast przyrzeczonych trzech, dał mi pięć marek, a młody wcisnął mi w rękę "złotego motylka", czyli dziesięć marek. Jeszcze tego samego dnia, do biblioteczki mojej przybyło prócz dziesięciu tomów "Powieści Krzysztofa Szmyta", kilkanaście innych książek. N astępnego dnia była niedziela. Pod wieczór przychodzi dziadek do moich rodziców i zabiera mnie ze sobą do niemieckiego teatru na "Lohengrina", na bilety zafundowane przez młodego Toeplitza. Do teatru zajechaliśmy dorożką w trójkę tylko - stary Toeplitz, dziadek mój i ja. Pan Fryc miał się zjawić nieco później w loży, na jaką mieliśmy bilety. Już muzyka gra uwerturę, a Fryca nie widać. Wreszcie kurtyna się podnosi i operowa akcja już się rozgrywa. Lohengrin śpiewa. Teraz dopiero ojciec Toeplitza zdaje się poznawać swojego syna. Jedną ręka ujmując rękę dziada mojego, a drugą chwyta moją i półgłosem drżącym, nie wiedzieć - z oburzenia czy wzruszenia, mówi do nas: Patrzcie widzicie sędziego, doktora, jako teatralnego komedianta?.. Takiej ja tylko pociechy się z niego doczekałem... O gdybym to był wiedział, że pod pokracznem przezwiskiem Friczeplicze, kryje się mój własny, rodzony synek!... Chyba mnie oczy nie mylą, ani czart grzeszną pokusą je tumani, anim ochlan, ale trzeźwiuteńki!... Przypatrzcież się wy lepiej! Mój to, Fryc, czy nie Fryc?.. I wybałusza stary Toeplitz oczy swe, jak wielkie na jawnicę i szarpie palcami plusz balustrady leży i przechyla się, że omal nie wyleciał na parter, gdyby go dziedek mój nie szarpnął za poły surduta i usadził znowuż na fotelu. Czy nie widzicie i wy, w onym komediancie mojego własnego, rodzonego Fryca?.. Nie widziecie, nie poznajecie młodego Toeplitza?.. Kończy się akt pierwszy. Niby burza zrywa się grzmot oklasków i wołania rozentuzjazmowanych widzów: - Niech żyje Lohengrin - FriczepliczeL. Artystę zarzucają bukietami kwiatów i na scenę wnoszą kosze najpiękniejszych kwiatów. Więcej panu Maurycemu Toeplitzowi nie było trzeba, aby nie tylko zmiękł, ale się i rozkrochmalił. Serdeczne wzruszenie opanowało go, że łzy zrosiły siwiutkie wąsy jego. On, tak poważny Toeplitz, do entuzjastycznych wiwatów na cześć jego syna, dorzuca i swój głos: - Niech żyje mój Fryc kochany! Mój sędzia, doktor i Lohengrin kochany!... Skończyło się przedstawienie. Wychodzimy z loży, a bileterka podaje Toeplitzowi liścik, zawierający bilecik z temi tylko słowy: Drogi ojcze! Proszę momencik poczekać na mnie. Twój kochający Cię Fryc. A drogi ojciec, na odwrotnej stronie bileciku, nakreślił też parę tylko słówek: - Sproś dyrekcję i cały zespół artystów do hotelu Myliusa na kolację mojej fundacji. Ojciec. Bileterka ściskając w garści "złotego motylka" za fatygę, niczem sarenka pobiegła z odpowiedzią do pana Friczeplicze. Nazajutrz, podczas obiadu, Fryc zagaduje ojca: - Papo! - Za wczorajszy mój występ gościnny dostałem tysiąc marek. Chcę je poświęcić na jakiś dobry cel, może na biednych nie żebrzących, a nędzę cierpiących?.. - Opatrzność cię za to nagrodzi, mój synu. Chcesz wspomóc cichą nędzę? zaraz tobie poradzę. Mamy tuż blisko, bo pod naszym bokiem Bractwo Cygarnicze. Ludzie ci za swoją zdrowie niszczącą pracę są bardzo nędznie opłacani. Każdy cygarnik bądź cygarówka, po kilku już latach zapadają na gruźlicę, która jednych szybciej, drugich później i dłużej wyniszcza, wykańcza bez ratunku. Ze zdrowiem zniszczonem, nie mają się na kogo oglądać. Sprzedali fabrykantom siły swoje i zdrowie za marne grosze i wychodzą z fabryki schorowani, niezdolni do pracy, prawie, jak ten stary, wysłużony pies, nie mogący już nic ze siebie wydać. Bez sił do pracy, a zatem już bezużyteczny, jak stara postrzępiona szmata wykopnięty, wiele jeszcze, że nie na śmietnik, ale na łaskę nędzy, głodu i śmierci, która niekiedy dłużej każe na siebie czekać. Leży biedak nie zawsze na łóżku, które z biedy trzeba było sprzedać, a więc leży na barłogu, jak Łazarz schorowany i z bólem, rozpaczą i rozgoryczeniem w sercu patrzy się na nędzę i głód swojej rodziny... - Dosyć, ojcze kochany! - przerywa młody Toeplitz. - Proszę, wskaż mi takich nędzarzy, a odwiedzę ich i poratuję. - W kantorku, synku, pokażę ci książkę klienteli kupujących u mnie opał na kredyt. Czerwono podkreśleni, to rodziny chorych cygarników; podkreśliłem ich czerwono na znak, że płacić nie mogą, a ja ani myślę dopominać się od nich pieniędzy, ani odmawiać dalszego kredytowania. Ale jakoś na tern wspomaganiu biedaków, nie tracę, ani ubożeję. Słusznie mówi na nie jednem kazaniu pastor Linke: - Co ubogiemu ze szczerego serca się użyczy, to jakby się na sowity procent do skarbony Bożej wkładało. Masz i książkę lokatorów Mieczysław N oskowiczdomów naszych. I tam znajdziesz czerwono podkreślone nazwiska. Płacić nie mogą, starzy, chorzy, ale porządni i uczciwi ludzie, więc nie cisnę ich o dzierżawę. Wiem, że gdyby mogli, toby płacili, a że nie mogą, toteż za to i ja nie mogę ich wyrzucać spod mojego dachu. Wyrzucę dzisiaj biedaka-bliźniego, a jutro mnie śmierć wyrzuci z domu mojego... Syn słucha w skupieniu ojca, zdaje się sercem wchłaniać złote słowa jego, a kiedy tenże skończył wynurzenia sumienia swego, Fryc - sędzia, doktor i słynny artysta sceny, ujmuje ręce ojca i ze czcią one całuje. I znowuż stary Toeplitz powraca do cygarników: - - Tak, biedni ci cygarnicy. Wprawdzie są oni nieomal wszyscy czerwoni, czyli socjaliści, ale przecież są to ludzie, nasi bliźni. I może nie byłoby socjalistów na świecie, gdyby wszyscy ludzie mieli więcej serca dla bliźnich, dla nędzy, nieszczęśliwych, gdyby nie było ciemięstwa biednych i bezbronnych, maluczkich, słabszych przez tych, którzy z racji zajmowanego stanowiska w hierarchii społecznej świeckiej i duchownej, mają władzę w swym ręku; gdyby nie było bezdusznego pastwienia się, wyzysku ze strony tych, co we wszelkie dostatki opływają, ale bliźniemu biedakowi jeszcze by ostatnią skibę chleba sprzed ust wzięli, albo ostatnią koszulę z niego zdarli. A najwięcej już zgorszenia sieją wokół ci, którzy głoszą wzniosłe hasła i nauki o miłości bliźniego, a sami nie mają jej ani drobiny w sercu swojem. Obłudnicy wstrętni, faryzeusze, groby pobielane pełne trupiej zgnilizny; są to trupy chodzące, fałszem cuchnące! Ciskają gromy potępienia na rzekomych grzeszników-gorszycieli za słowo najszczerszej prawdy właśnie w duchu Ewangelii, a sami po uszy grzęzną w bagnie bezprawia, bezeceństw i urągowiska z wzniosłego Zakonu Chrystusowego... - Święte słowa twoje, ojcze drogi. Tobie było zostać duszpasterzem, a parafian swoich przemieniłbyś w aniołów... I jeszcze tegoż samego dnia zaczął Fryc Toeplitz odwiedzać chorych cygarników. I odtąd został on nie tylko przyjacielem, ale serdecznym bratem-aniołem Bractwa Cygarniczego. Przez wszystek czas pobytu swego w Poznaniu, wspomagał biednych, chorych bliźnich-braci cygarników. Fryc Toeplitz wyjeżdżał raz po raz na gościnne występy, na kilka dni, a nieraz i na parę tygodni, zależnie od tego dokąd jechać mu wypadało. U ojca zostawiał ulubieńca swego, lwa Marka i lokaja, murzyna Barnabę, do którego lew był, jak do pana swego przywiązany. Murzyn z lewkiem, pod nieobecność ich pana, towarzyszyli ojcu jego w kantorku. I zdarzyło się razu pewnego, że obywatel Toeplitz przeoczył termin uiszczenia podatku i na domiar złego zapomniał o monicie. Przychodzi więc komornik, aby dokonać zajęcia czegokolwiek i - na swoje nieszczęście wali pięścią we drzwi kantorka, które wcale nie były zamknięte, ale nawet nieco uchylone, więc zbyteczne było aż pięścią walić w nie. Nagle z rykiem do gromu podobnym wypada lew Marek z kantorka. Komornika omal parada nie siekła z przerażenia. Chce uciekać, ale nie ubiegł dalej za furtę, jak z chodnika w ściek, w którym rozciągnął się jak długi w błocie, bo tegoż dnia deszcz padał. Komornik wrzeszczy, jak opętany ratunku, a grzeczny lewek chwyta go "delikatnie swemi ząbkami" za część pośladkową spodni i przynosi dokantorku, kładąc go na ziemi u nóg ojca Toepłitza. Komornik ani zipiał, umarł w butach, czyli zemdlał i ojciec Toeplitz wraz z murzynem mieli dużo roboty, aby go docucić. Dokładne oględziny "nieboszczyka" wykazały, że tylko kolana były nie poranione, ale nieco potłuczone wskutek upadku w ściek. Toeplitz mówi do murzyna: - Na szczęście, nie ma żadnego okaleczenia, a na zbite kolana przyłożymy dwa plastry stomarkowe. Na te słowa, jakby za czarodziejskiem zaklęciem, "trup w butach" odzywa się: - Dziękuję, serdeczne panu dobrodziejowi dziękuję... Ale jest tu jeszcze ten smok piekielny?.. - Ostrożnie, panie z obrazą lwiego majestatu - odpowiada Toeplitz - bo lewek mógłby zrozumieć i wtedy biada. Tym razem on sobie tylko zażartował, ale rozgniewać go na dobre, tedy można swojej głowy nie oglądać... O wyjściu zaraz komornika na świat nie było mowy, bo ze spodni i kalesonów tylko strzępy zostały i dolne partie płaszcza i munduru były poodzierane. Toeplitz zaprowadził komornika do swego mieszkania, do łazienki, aby się dobrze wypłechtał, po czem jednego z robotników swych posłał do najbliższego składu garderoby męskiej, z poleceniem od siebie, aby przyniesiono parę garniturów do wyboru. Komornik, rozumie się wybrał sobie najlepszy garnitur. A za płaszcz i mundur, poszkodowany dostał tyle, że w duchu chyba wdzięczny był lewkowi za jego psotę. Ale bądź co bądź, strachu wyżył on niemało, kiedy lewek ząbkami swemi poprzez odzież go po pośladku połaskotał. Mimo polubownego załatwienia sprawy komornika z lewkiem Markiem, tydzień później policjant rewirowy doręcza za pokwitowaniem seniorowi Toeplitzowi pismo dyrekcji policji z kategorycznym nakazem usunięcia lwa i to w trzech dniach, po którym to okresie, polecono komisarzowi rewirowemu stwierdzić, azali nakaz został wypełniony. W przeciwnym razie zagrożono karą trzystomarkową i unieszkodliwieniem lwa przez władze przemocą. Toeplitz był w nie małym kłopicie. Syn wyjechał na gościnne występy do Drezna i Lipska i nie wiadomo było, kiedy wróci, a tu czasokres trzydniowy. Murzyn Barnaba, słysząc o co'chodzi, zaciskał pięści i rolując oczyma, że jeno ich białka świeciły, jakby rzeczywiście upatrywał kogo połknąć, wreszcie po ciężkiem odsapnięciu, niby miech kowalski, wybuchnął niemiecko-polską mozajką: - Jo niks geben lewka! Mogą nur kommen, a ich werde razem z lewka di dajwel zymbami i mit pazure podrzeć, cerrajsen! Donnerwetter! Jo pszekraw, nik s geben, nie dom tym szpycbubom tfu! tfu pruskim, jak mój pon herrek mówi! Ja donnerwetter! mogę kommen, ale lewka nie dom! Ani kłak od niego! Niks, niks! nur to, co zpod szwanca mu wypadnie, to werde je geben, to mogą dostać od lewka!... I głaszcząc pieszczotliwie Marka po "łebku", uspokaja go: - Herszte, lewek. My obaj, cwaj bajdę nie domy sie! Wyr werden, my bydziem bajssen, gryzać i podrzyć na tauzend, na sto sztuki i kawołki! niech mi di zbóje za to kopf utną, ale lewka nik s nie domy, ani kawałka! Donnerwetter! nein, niks oni od lewka nie dostać! Pszakraw! SzpycbubyL. A lewek pomrukuje, jakby odpowiadał, jakby rozumiał, co mówi przyjaciel jego i z lekka tylko kitą porusza. Mieczysław N oskowicz N araz lewek rozdyma chrapy i strzyże uszami. Z dala, ledwie ucho podchwycić może, ale jednak już rozeznać można oddalony turkot pojazdu. Murzyn, jak dziecko wybucha radością i klaszcząc w ręce, wrzeszczy aż senior Toeplitz uszy sobie zatyka. - Herr oczec! Pan seren (zamiast senior) Nasz herrek Pryczplycz już jest!... I obejmuje obu rękoma łeb lwa i tuląc go do siebie, wrzeszczy mu nad uchem: - Lewek! mój ty lieber lewek! Nasz herrek byndzie cie obronić, a ty nas!... Dorożka staje przed domem, a lewek huknąwszy nad uchem swego przyjaciela mhrrrruuum! niby gromem, wyprysł z kantorka i zanim czarny jego przyjaciel wygramolił się spod stołu i dwóch krzeseł, bo i pan senior siedział na ziemi, lewek już był na ulicy, a nawet w dorożce. Koń na widok lwa, wspiął się dęba i z uciechy czy przestrachu usiadł na ogonie, łamiąc przytem dyszel, ale tuż znalazł się przy nim czarny Barnaba i pomaga koniowi stanąć na nogach. Dorożkarz, już na sam widok lwa struchlał, że słowa ze siebie wykrztusić nie mógł, blady jak trup, z oczyma jak cebule na wierzch wybałuszonemi, poruszał tylko ustami bezdźwięcznie, jak dziadek do rozgryzania orzechów. Teraz dla niego już świat się kończy. Widzi przecież, jak on - sam czarny piekielnik się krząta przy jego koniu. - Rany Pańskie! Koniec ze mną! Święty Prokopie, miły mój Patronie, ratuj! Ratuj grzeszną duszę moją i biednego ko. k ., nI a mOJego.... A pieszczoch Pryczeplicza, z radości, że znowu widzi pana swego, jak nie machnie ogonem, a pędzel jego nie ma oczu, więc od razu strzepnął dorożkarza z jego kozła honorowego koziołkiem na ziemię. Złotosercy murzyn biegnie teraz do dorożkarza, aby go podnieść, a dorożkarz trzęsie się ze strachu niby osika i wznosi oczy i ręce ku niebu i wrzeszczy jakby z niego skórę zdzierano: - Panie Boże! czy już naprawdę mam żywcem pójść do piekła?! Dryndulkę zajęły już dwa smoki, a tu trzeci, sam czarny piekielnik, już za kołnierz chce mnie chwytać. I w ostatecznej już rozpaczy, pokłada się dorożkarz krzyżem na ziemi, a wierzgając nogami i wymachując rękoma, niczem tekturowy pajac na sznurku, broni się przed dotknięciem piekielnika i sumituje się już teraz sumiennie: - Panie Boże! Ostatnie już dzisiaj kwateruszką imbierówki wypiłem! O ile mi jeszcze na tym świecie żyć pozwolisz, już ci kieliszka do ręki nie wezmę. Będę suszył, będę pościł i na twoją chwałę święty Pro kopie , patronie mój, jeno mnie ratuj, ratuj mnie jeszcze dzisiaj od piekła!... A komisarz z paroma pilicjantami, zdała dla własnego bezpieczeństwa przypatrują się tej scenie i widzą, jak młody Toeplitz prowadzi lwa, niby pieska do kantorka i tam go zamyka, po czem wraz z ojcem zajęli się dorożkarzem. Konikjuż się uspokoił, ale od biednego dorożkarza, coś nie bardzo przyjemnie pachniało. Murzyn Barnaba, zakwaterował konika do stajni, do towarzystwa koni Toeplitzowych, dając jemu pełne korytko owsa. Dorożkarz, w Toeplitzowej łazience dobrze się wykąpał, dostał w prezencie czystą bieliznę i prawie że nowiuteńkie kalesony i spodnie. Dorożkę, robotnicy Toeplitza zatoczyli na Wielkie Garbary do powoźnika Gołaszewskiego, aby przyprawił nowy dyszel. Dorożkarz, po sutem ugoszczeniu u Toeplitzów, prosił ich tylko, aby w potrzebie dorożki o nim pamiętali; zapewniał nawet, że i lewka chętnie powiezie, byle razem z jego panem. Pan Prokop i z murzynem jakoś się dogadał, a nawet go przeprosił, że wziął go za piekielnika. Autor niniejszej pracy, był naocznym świadkiem wyżej opisanego zdarzenia. Fryc Toeplitz - lwi tata, jak go już ojciec jego żartobliwie nazwał, zaniepokoił się pismem dyrekcji policji, ale postanowił sobie za żadną cenę nie pozbywać się lewka Marka, swojego pieszczocha: - Będę go, gdziekolwiek pojadę, ze sobą zabierał, a nie rozstanę się z nim. A murzyn od siebie dodaje: Jo herrchen, jo pilnować lewka i szpycbubom pruskim nie oddam! Niks dostaną od lewka, bo Barnab go bardzo, bardzo lubić. Barnab kochać swojego herrchen -pana i lewka Marka!... Donnerwetter! Pszakraw! Jak uni byndom kommen po lewka, to im knochy połumie!... - Tern gorzej - pomyślał sobie młody Toeplitz. Znał dobrze swojego murzyna. Ten, zwykle jak dziecko miły i łagodny Barnaba, doprowadzony do złości, gotów był wroga swego i każdego nieprzyjaciela jego pana bądź lewka pazurami i zębami rozszarpać. Czwartego dnia po doręczeniu pisma dyrekcji policji, po rannym jak co dzień apelu komisarzy w dyrekcji, komisarz Keathner, po drodze do swojego komisariatu podpił sobie dobrze, a to dla dodania sobie odwagi. Miał przecież z góry polecenie, pójść do Toeplitzów i zbadać, co zrobiono z lwem, azali go usunięto i w jaki sposób. W rewirze dobiera sobie Kaethner dwóch policjantów do pomocy, i jako świadków. Droga do posesji Toeplitza, trzydzieści kroków. W kantorku siedzą obaj Teoplitzowie, murzyn Barnaba i lewek u nóg pana swego z "łebkiem" na jego kolanach. Już słychać brzęk szabli wlokącej się po granitowym chodniku, bo komisarz spuścił ją z haczyka umyślnie, aby jej brzękiem podnieść jeszcze swój animusz. Drzwi kantorka były otwarte, zatem bez stukania można było wejść. I stanęły trzy pikelhauby na progu kantorka, komisarz Kaethner z dwoma policjantami, ostatni za jego plecami, ale na sam widok lwa zgrabnie i cichutko się wysunęli na ulicę. Komisarz w swoim i w imieniu swej asysty, która się już na dobre ulotniła, obwieszcza tonem urzędowym: Przyszliśmy zbadać, jak się ma sprawa z lwem, co on tu robi?.. - Jak pan widzi - odpowiada młody Toeplitz, że siedzi grzecznie tuż u moich nóg... - Kiedy pan myśli się pozbyć, względnie usunąć tę bestię? - podniesionym już głosem zapytuje komisarz. Na co znowuż Toeplitz: - Radzę panu szczerze mówić do nas po ludzku, grzecznie, a nie podnosić głosu, bośmy nie pana rekruci ani niewolnicy. A mój piesek, zresztą bardzo grzeczny, ale ma bardzo wrażliwe uszy na podniesiony, hałaśliwy ton... Komisarz, teraz już rozsierdzony, drze się jeszcze głośnie: - Pan się zapomina kim jestem! Ja komisarz policji, głowa całego obwodu miasta!... - A my, jak nas tu pan widzi - odpowiada spokojnie Toeplitz - jesteśmy obywatelami, którzy podatkami swymi składają się na utrzymanie pa Mieczysław N oskowiczna, rodziny jego i wszystkich urzędników państwa! I sam król pruski zarazem cesarz niemiecki, żyje naszym chlebem!... Po coś pan przyszedł: umawiać się, kłócić ze mną, czy służbowo?... - Ja...ja...służbowo, - bełkoce już komisarz, bo krótko przedtem dość sporo kwantuiri wchłonięte alkoholu, zaczęło teraz na dobre działać. - Ja..ja., przyszedłem tego lwa sprzątnąć, bo panowie, jak się widzi gwiżdżecie sobie na rozkazy władzy! Ja wam pogwiżdżę inaczej tak rychtig po prusku!... domawiając ostatnie słowa, komisarz dobywa z pochwy szpadę i obracając się poza siebie, komenderuje: - Blank ziehen! (dobywać szpady) Donnerwetter! d . ,. ?, g ZleSC1e są..... N a to już sam tylko lewek Marek odpowiedział swoim gromowem mhrrrruuuum! i wedle udzielonej przez jego pana tresury, chwycił delikatnie "ząbkami" swymi i pana komisarza za spodnie, w miejscu pośladka, i wyniósłszy go na ulicę, rzucił w ściek, po czem najspokojniej wraca do kantorka. Murzyn Barnaba wybiegł za lewkiem, ale po to tylko, aby do ścieku dorzucić komisarską szpadę na troje połamaną. Wykombinował on sobie: - Szpycbub pruski, wpadając w ściek, mógł sam szpadę połamać. I Toeplitzowie wybiegają na ulicę i wołają lewka, rozkazując mu: - Marek! podnieś goL.. Posłuszny na zew swoich panów, wraca lewek, ale zamiast ochwycić znowuż za spodnie komisarza, najwyraźniejszym grymasem wykrzywia mordkę i fałdzi czuły nosek swój, a wstrząsając grzywiastą "główką" odchodzi znowuż do kantorka. - Złe z nim, - odzywa się ojciec Toeplitz, wskazując na komisarza - to samo nieszczęście, co z dorożkarzem. U marł w butach i jego będzie trzeba zanieść do łazienki. Komisarzowi Kaethnerowi natryskowa kąpiel dobrze się przysłużyła. Momentalnie nie tylko ożył, ale wytrzeźwiał, jak rybka. Niewielkim kosztem udało się Toeplitzom udobruchać komisarza. Sto talarów, czyli trzysta marek nawiązki za przeżyty strach, nowy garnitur ubrania i trzy butelki koniaku. Za tę cenę kupili sobie Toeplitzowie komisarza Kaethnera. A kiedy po wyśmienitym obiedzie wyszedł z ich domu, ojciec, syn i poczciwota murzyn, spojrzeli tylko na siebie. Ojciec splunął ku drzwiom i przez zęby wycedził: - Paskud pruski! zapowietrzył tylko nasz dom!... doktor i aktor przywtórzył ojcu: - Koszeń la Pre! (świnia Prusak) I murzyn nie chciał być nic dłużnym pod adresem komisarza, więc też dorzucił swoje zdanie. - Prusak szpycbub! Pszakraw! Chciał zabić lewka! Donnerwetter!... Komisarz Kaethner poszedł wkrótce na emeryturę. Z lewkiem Markiem, sprawa nie była tak łatwa, jak się zdawało. Po głębszej deliberacji Toeplitzów nad lewkiem, którego i senior Toeplitz bardzo polubił, okazało się jednak rzeczą niemożliwą, podróżować po świecie z lwem, że to jednak zbyt uciążliwy i kłopotliwy balast, a w domu ojca, na dłuższą metę nie można go było trzymać. Władze nie dawały spokoju i już kilkaset marek grzywny ściągnęły i sprawa sądowa o usunięcie lwa była już w toku. Z ciężkim sercem zdecydowali się wreszcie Toeplitzowie oddać lwa do ogrodu zoologIcznego. Pewnego dnia z rana, dwie dorożki zajechały przed zoolog. Z pierwszej wysiedli obaj Toeplitzowie, z drugiej Barnaba z lwem, spłakany jak dziecko. Zarząd zwierzyńca już ich oczekiwał. Podziękowano pięknie Toeplitzom za tak cenny dar, a młody doktor Toeplitz, odpowiedział głosem zdławionym przez łzy. Całe jego przemówienie składało się w kółko wciąż powtarzanych słów: -. Tylko nie zróbcie jemu krzywdy... Nie krzywdźcie mojego pieszczocha. Murzyn Barnaba był nie do pocieszenia. Płakał łzami, jak dziecko i zaledwie był zdolen wykrzutusić ze siebie: - Moje drogi lewka!... Mój lieber lewka!... Ja werden bez ciebie zdechnąć!... Lwa Marka umieszczono w odpowiedniej dla dzikich zwierząt klatce, którą za nim zamknięto. Dozorca, który odtąd stał się opiekunem Marka, dostał od Toeplitzów suty napiwek, z obietnicą dalszych za dobre obchodzenie się z lewkiem. W domu Toeplitzów bez Marka, smutno było, jak po pogrzebie kogoś z rodziny. Murzyn codziennie odwiedzał lewka w zoologu i smutny, spłakany wracał do domu. Toeplitz artysta, wyjechał znowuż na parę gościnnych występów, na całe dwa tygodnie. Już tydzień tkwi lewek Marek w zoologu, w klatce. Pierwsze trzy dni i noce ryczał bezustannie. Tylko pragnienie gasi wodą, jedzenia, mięsiwa nie ruszy. Wreszcie umilkł i legł skulony w ostatnim kącie klatki. Przyjacielowi swemu kiedy przyjdzie, przysuwa do krat głowę, a murzyn czule ją głaszcze i łzy ze ślepi rękoma obciera. Lewek już nie pomrukuje, ale żałośnie wzdycha i jęczy, że Barnabie serce omal nie pęknie z żalu. Nie tknie lewek ani chleba z szynką, dotąd tak ulubionego przysmaku jego. I za odchodzącym przyjacielem swoim już nie zaryczał, ale kwilił, jak rozpłakane dziecko. Po dwóch tygodniach wraca młody Toeplitz z gościnnych występów do domu. Barnaba, zamiast jak zwykle witać go radośnie, wybucha serdecznym płaczem: - Dobry pon! Herrek kochany! Unser lewek robi umrum, może już niks leben, nie żyje! Oh! oh! i jo werden umrum, ich zdechnąć z lewek!... Było to jeszcze przed południem. Dobry jak zwykle obiad, dzisiaj Toeplitzom nie chce przejść przez gardło, a biedny murzyn, już od paru dni nic do ust nie bierze, jeno po kątach wypłakuje. Po obiedzie wybrała się nasza trójka dorożką do zoologu. Dozorca zwierząt, mający pieczę i nad lewkiem, żali się przed Toeplitzami, że lew Marko już dwa tygodnie nic nie jada, że już na nogach ustać nie może. Podchodzą przed klatkę jego. Lewek podnosi łeb i łzami zamglonemi oczyma patrzy się na swoich panów i na przyjaciela, ale już nie staje na nogach, lecz przyczołguje się z kąta po brzuchu prawie aż do krat, podnosi znowuż łeb i jęczy, a patrzy na panów swoich, jakby do ich serca, do sumienia chciał przemówić: - Tak żeście mi odpłacili za przywiązanie moje do was i serdeczne was ukochanie moje?!... Płaczą pospół z lewkiem, wszyscy trzej - stary ojciec Toeplitz, syn jego doktor i chyba naj serdeczniejszy przyjaciel Marka, murzyn Barnaba. Nagle, to przed chwilą jeszcze tak słabe zwierze, z widocznym wysiłkiem, zebrawszy ostatki sił, wspina się i siada słupkiem i wyciąga poprzez kraty Mieczysław N oskowiczobie, od słabości trzęsące się już łapy, jakby one im podać chciał na ostatnie pożegnanie. Wydobywa jeszcze ze siebie ostatni ryk zmieszany z jękiem. Było w nim tyle bólu, żalu i skargi rozpaczliwej, że młody Toeplitz, łkając płaczem, bije się kułakiem w piersi i wzdycha: - O serce zwierzęce! o jak dużo, dużo lepsze i wierniejsze jesteś od serca niejednego człowieka. Nikczemnik ze mnie, bo zdradziłem, zabiłem najlepszego przyjaciela swego... Osuwa się Marko, co raz niżej, aż do podłogi klatki, ale z łapami wciąż przez kraty na zewnątrz wysuniętemi. Tak, teraz można one już dosiągnąć, więc Toeplitzowie głaszczą grzywiasty łeb i łapy Marka, a murzyn Barnaba, głaszcząc je, całuje i łzami oblewa. I tak biedny lewek Marko zasnął pod ostatniemi pieszczoty swoich panów, zasnął na zawsze. W jakie pół roku po onym procesie za obchód I-go i 3-go Maja (1890) dr Fryc Toeplitz alias Friczeplicze, wraz z murzynem Barnabą i towarzyszem Franciszkiem Pacyną, wyjechał do Ameryki, do Pitsburga. Tam będąc, Toeplitz dopomógł krawcowi Pacynie do usamodzielnienia się. Z wyjazdem dra Toeplitza z Poznania, Bractwo Cygarnicze straciło swego najszczodrobliwszego dobrodzieja i przyjaciela. Wkrótce też, bowiem w latach 1900 do 1903 przeniesiono całą fabrykę cygar z ulicy Wenecjańskiej na Jeżyce i odtąd zaczął się upadek starego Bractwa Cygarniczego, bo i starsi towarzysze powoli powymierali, a młodszym ich następcom nie stało już ich ducha. Oto zarys zaczątku socjalizmu w Poznaniu, jeszcze nie zorganizowanego, co dopiero później nastąpiło, kiedy towarzysze - Matuszewski Tadeusz, Sremski, Gulińscy, Wolski, Morawski II i inni z zapałem wzięli się do pracy nad zorganizownaiem PPS na Poznańskie. Antonin - Poznań, w listopadzie 1955. PRZYPISYl Prócz fabryki Krausego, było w Poznaniu kilka mniejszych wytwórni cygar w rękach kupców branży tabacznej, Polaków bądź Niemców. 2 Sami oni nazywali się i urzędowo tylko "Cigarrenarbeiter" czyli robotnicy cygamiczy. 3 Od r. 1885, wszystek poznański zespół cygamiczy nazywał się "Cigarrenarbeiter Bruderschaft" czyli Bractwo robotników cygarniczych. 4 Najcięższa klątwa niemiecka: - Krzyżowe jasno-niebieskie pioruny. 5Pikelhauba - hełm policji pruskiej. 6 Pastor Linke przy zborze ewangelickim św. Krzyża na Grobli. Rękopis znajduje się w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu Reprodukcję nr 37 wykonał Grzegorz Borowski